Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi
walce z magicznymi mocami zazwyczaj będziemy mieli do czynienia z wrogimi energiami, skierowanymi celowo lub nie, w naszą osobę. Rzucanie czarów lub uroków, jest astralnym oddziaływaniem, i przed nimi powinniśmy nauczyć się zabezpieczać.
Do pochłaniania wszelkich fluidów świetnie nadaje się węgiel, na którego można położyć niewielkie przedmioty, aby poprzez bliski kontakt wchłonęły w siebie wszelkie energie, jakie znajdują się na danym przedmiocie. Większe przedmioty byłoby bardzo niezręcznie obkładać stosem węgla. Dlatego też tu bardzo użyteczne może być kadzidło. Większe przedmioty umieszczamy w kole magicznym i obchodzimy je po trzykroć z kadzidłem kładąc na przedmiocie kawałek węgla. Użyte węgle zakopać pod drzewem.
Innym sposobem obrony przed złymi duchami, mogą być wszelkie metalowe ostrza umieszczone nad drzwiami i łóżkiem. Jak wiadomo, metalowe ostrza mają właściwości rozpraszania astralu.
Najlepszym ze sposobów na odparcie złego ducha jest jednak modlitwa i miłosierdzie. Pamiętać trzeba, że w walce z siłami astralnymi należy się wystrzegać mówienia źle o innych, a także myślenia o nich w negatywny sposób. Najlepiej wybaczać krzywdy i prosić Boga o oświecenie mrocznych dusz. Psalm 31 jest skuteczny na wszelkie wrogie oddziaływania astralu. Najważniejszą rzeczą jest jednak fakt, że imię Chrystusa wymówione głośno, przeraża i tłumi potęgi astralne, są one wobec tego imienia bezsilne.
Działanie broni na larwy i demony
Poniższe fakty sądzę, iż będą zasługiwały na uwagę.
Osada P., o której piszę składa się z sześciu zabudowań, zajętych przez dwadzieścia kilka osób. O siódmym domku znajdującym się pośrodku farmy, a należącym do moich rodziców, jako niezamieszkałym, nie wspominam. Obok stała chata, na wpół rozwalona, własność niejakiej B., w całej okolicy okrzyczanej za czarownicę; przypisywano jej czyny najstraszliwsze z zakresu czarnej magii: rzucanie uroków, chorób, sprowadzanie klęsk ect.
Po raz pierwszy ujrzałem ją w parę miesięcy po nabyciu przez moich rodziców posiadłości w P. Regularnie zachodziła na farmę co sobota, by kupić jajek, masła i sera, które to produkty odsprzedawała dalej.
Była w wieku lat czterdziestu; mała, krępa, szatynka, o twarzy niemiłej, choć niebrzydkiej. Miała wargi mięsiste, zmysłowe, nos krótki, gruby o szeroko rozdartych nozdrzach. Najbardziej zwracały uwagę charakterystyczne oczy: każde oko było innego koloru prawe szare, zaś lewe w górnej połowie zielonkawe, zaś w dolnej przechodziło w brązową barwę.
Jako, że znałem wszystkie bajdy o B. obserwowałem ją z zaciekawieniem.
Tu podkreślę szczegół, w dalszym biegu wydarzeń, nie bez znaczenia. Zanim moi rodzice nabyli posiadłość, ta należała do pewnego magnata węgierskiego; zarządzał nią prosty chłop, bez wykształcenia, ścisłymi więzami złączony, jak fama głosi z B.
Farma nie dawała dochodów z tego powodu sprzedaną ją wraz z ziemią i całym inwentarzem. Wśród inwentarza znajdował się pies, duży owczarek, o sierści rudej, świetny stróż w nocy, lecz w dzień niezwykle łagodny. Pies szybko przywiązał się do mnie.
Oczy miał dziwne: jedno szare, drugie w połowie zielone, w połowie brunatne; słowem, oczy identyczne, jak B. Poza tym zwierzę, jak wspomniałem niezwykle spokojne, wprost nie znosiło wspomnianej osoby. W dniu, gdy przychodziła, ujadał zaciekle i rzucał się tak, że trzeba go było wiązać na łańcuchu, dopóki B. Przebywała na fermie.
Przyczyna psiej nienawiści była nieznana. A gdy pewnego dnia zagadnąłem kobietę, czy nie wyrządziła mu kiedyś jakiejś krzywdy, odpowiedziała tylko, że jest to bestia złośliwa, której należałoby się co rychlej pozbyć, inaczej spowoduje nieszczęście. Dodać muszę, że pies, poza obrębem domu, obawiał się bardzo B. I skoro tylko ją z dala dostrzegł, uciekał co prędzej.
Przyzwyczailiśmy się w końcu do tych kaprysów; a co sobota rano owczarka brano na uwięź.
W lipcu 1876 r. Na parę dni przed terminem powrotu do pułku, wyszedłem na przechadzkę z mym towarzyszem M.N. Pies biegł za nami. Miałem zamiar zajść do niezamieszkałego domku; jak wspomniałem B. Zajmowała chatę obok.
Musiała nas dostrzec, gdyśmy wchodzili, gdyż wychodząc zauważyłem, że stoi przy drzwiach, oparta o ścianę. Owczarek, który podążał z tyłu, naraz wydaje pisk bólu, którego silnie uderzono znienacka, ile sił, w stronę farmy. Zdumieni spoglądamy na tę scenę, a kobieta wciąż stojąca przed chatą, zaczyna cicho się śmiać. Sam, nie wiem czemu, ogarnęło mnie dziwne rozdrażnienie. Zaczynam wołać psa, który był w odległości stu kroków. Na me uporczywe gwizdanie, zawraca i powolutku zbliża się spowrotem. Lecz, tak przerażony, że przykuca co chwilę, a ogon tuli pod siebie. W miarę zbliżania się, gdy głos mój coraz silniej doń dobiega, nabiera odwagi, już jest o dwanaście metrów ode mnie, wtedy zamiera na ziemi głucho warcząc.
Wyczuwałem, że coś się stanie ( M.N. później wspomniał, że ogarnęło go omdlenie ). Instynktownie spojrzałem na B.; twarz jej miała wyraz twardy, nienawistny. Nigdy nie mogłem zapomnieć tego szatańskiego grymasu, jak również zrozumieć niepohamowanego gniewu, który zdawałoby się bez przyczyny mną owładnął.
Rzuciłem krótki, ostry rozkaz wiedziałem, że pies usłucha. Wyprężył się uniósł z ziemi i rykiem wściekłości rzucił się w kierunku kobiety; ta szybko uskoczyła do chaty, zatrzaskując drzwi. Zwierzę wsparło się łapami i drapiąc zaciekle, usiłowało dostać się do wewnątrz. Z trudem uspokoiłem rozszalałego owczarka; wziąłem go za obrożę i zaciągnąłem do domu.
Długo w nocy siedzieliśmy z M.N., dyskutując nad dziwnym zajściem i snując tysiące komentarzy.
Nazajutrz wyjechałem do Paryża.
W grudniu otrzymałem ponowny urlop; szybko pośpieszyłem do P. nic niezwykłego przez czas mojej nieobecności nie zaszło.
Jako, że pokoje farmy były zajęte, mieszkałem w pustym domku, zamieszkałem w pustym domku, przy którym odbyła się pamiętna scena. O godzinie 11 wieczorem czując znużenie, ze służącą udałem się w miejsce noclegu. Wraz z nami pies. Służąca zasłała łóżko, poukładała bieliznę, poczym odeszła zabierając psa. Pokój, jaki zajmowałem, znajdował się na pierwszym piętrze. Szło się doń przez długi korytarz, na który wychodziły drzwi drugiego pokoju, ten stał pusty, bez mebli; inne wejście łączyło się z sypialnią w ten sposób, że drzew, i otwierające się w moją stronę, znajdowały się w nogach posłania.
Po odejściu służącej zamknąłem dół na klucz, potem udałem się na górę; drzwi sąsiedniego pokoju pozostawiłem, jak były: z lekka uchylone.
Rozebrałem się z munduru, oparłem szablę o krzesło zastępujące nocny stolik; położyłem się i zdmuchnąłem świecę.
Gdy tylko pozostałem w ciemnościach usłyszałem hałas. Było to wyraźne skrobanie do pierwszego pokoju, wyraźne drapanie pazurami psa, który chce wejść.
Po pierwszym odruchu zdziwienia, pomyślałem, że owczarek zapewne został w domu; lecz co było najbardziej zastanawiające to to, że drapanie dochodziło z wewnątrz, nie z zewnątrz. Parokrotnie zawołałem go po imieniu Sokół. na co hałas tylko się wzmocnił.
Jak wspomniałem, drzwi do sąsiedniego pokoju pozostały uchylone i opierały się o koniec mojego łóżka. Wysunąłem nogę spod kołdry, pchnąłem je tak, że trzasnęły z hukiem. W tejże chwili rozpoczęło się drapanie w te właśnie drzwi. Przyznaję się, z początku, szczególnie po bezskutecznym wołaniu Sokoła, ogarnął mnie strach; dlatego odruchowo zatrzasnąłem drzwi; lecz skoro spoza nich zabrzmiały skrobania, strach minął i zapaliłem świecę. Nim zabłysło światło zaległo milczenie.
Wstałem z łóżka, by obejrzeć sąsiedni pokój; wciąż mi się zdawało, że może istotnie, gdzieś ukrył się pies; lecz pokój był pusty. Wyszedłem na korytarz, na schody, na parter wszędzie nic.
Cóż miałem robić. Powróciłem do sypialni, otuliłem się kołdrą i zgasiłem świecę.
Zaledwie to zrobiłem, hałas powstał z większą siłą od strony drzwi, które tym razem zamknąłem starannie. Wyskoczyłem z łóżka, schwyciłem pałasz i rzuciłem się do sąsiedniego pokoju. Wchodząc poczułem, jakby opór, zdawało się, że jakiś blask, jakiś cień świetlny zastępuje mi drogę. Cofnąłem się w kierunku drugich, prowadzących na korytarz, drzwi. Nie namyślając się długo, zadałem straszliwy cios szablą; trafiłem w drzwi. Snop iskier bryznął, jakby broń napotkała na gwóźdź; pałasz przeciął drzewo głęboko i utkwił tak, że z trudem mogłem go wydobyć. Pośpieszyłem po światło i z bronią w ręku obejrzałem dokładniej drzwi. Nigdzie nie było śladu ćwieka, ani też szabla przecinając deskę, nie trafiła na żelazo. Raz jeszcze obszedłem dom, dookoła lecz nic anormalnego nie dawało się zauważyć.
Gdy wróciłem do sypialni - biła północ.
Nie rozumiałem tego, co zaszło; nerwy moje uspokoiły się znacznie: głos wewnętrzny mówił, że zrobiłem coś. co musiałem zrobić. Machinalnie gładziłem rękojeść broni i położyłem ją pod kołdrę, kładąc się do łóżka.
Zasnąłem bez dalszych przeszkód, budząc się, mniej więcej, koło ósmej rano.
Przy dziennym blasku wypadki ubiegłej nocy wydawały się jeszcze bardziej niezrozumiałe.
Poszedłem di fermy na śniadanie. Opowiadanie moje jakkolwiek brzmiało nieprawdopodobnie, uczyniło duże wrażenie, szczególnie na moich rodzicach i na M.N.
Po śniadaniu, koło dziesiątej, wszyscy chcieli obejrzeć miejsce wypadków; udajemy się więc wspólnie do zajmowanego przeze mnie domku.
W połowie drogi napotykamy wieśniaczkę; ta mówi, że szła właśnie do nas, by M.N. zechciał odwiedzić B., która zachorowała. Inna kobieta, przed chwilą weszła do B. I zastała ją pokaleczoną.
Przyśpieszamy kroku; przyznaję byłem dziwnie wzruszony usłyszanymi słowami.
U B. Oczekiwał nas straszliwy szok.
Leżała ona bez przytomności na łóżku. Twarz miała pokrytą zakrzepłą krwią, która zalewając oczy sączyła się jeszcze cienkim strumieniem ze śmiertelnej rany na głowie. Rana ta, zadana bezwzględnie jakimś ostrym narzędziem, rozpoczynała się przy włosach, a kończyła u nasady nosa, ciągnąc się na przestrzeni siedmiu i pół centymetra. Czerep był dosłownie rozłupany i mózg wypływał na wierz przez ranę.
M.N. pobiegliśmy do domu M.N. po bandaż, a ja, by co prędzej, wysłać posłańca do najbliższego lekarza.
Gdy wrócił M.N. już zrobił prowizoryczny opatrunek. Chata zapełniła się ludźmi. Wszyscy zastanawiali się, co mogło się stać. Że jednak B. Powszechnie była znienawidzona, obecnymi powodowała raczej ciekawość, niż litość. Nikt rannej nie żałował, a żona oberżysty odezwała się na głos: na koniec B. Dostała, co jej się dawno należało.
Muszę dodać, że jakieś światło zaczynało błyskać w mojej świadomości. Miałem niezbitą pewność, że ona czarownica straszyła mnie w nocy i że ją trafiło ostrze mej broni, gdy uderzyłem w drzwi, raniąc ją śmiertelnie.
To też, gdy po ukończeniu opatrunku, weszliśmy z M.N. do mojego domku i gdy pokazałem głęboki otwór w drzewie, wyraziłem swoje domysły.
Nie miałem wtedy pojęcia o naukach tajemnych i o ukrytych siłach natury, supozycje moje były więc ściśle intuicyjne.