ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


18






























II
Kto wiosny owej przesypiał całe noce?Kto znał wczesne i spokojne sny?O późnej,
nocnej godzinie po grobli,która wśród dwu rzędów wierzb wznosiła się nad dwoma rozło-
gami łąk,pędził na koniu człowiek szarą burką owinięty.Całą szybkością bystrego konia
pędził,U końca grobli obszerny dwór okrążył,na dziedziniec jego jak wicher wpadł i ko-
nia przed gankiem domu osadził.
Na ganku szarzało w zmroku kilka postaci męskich i bielało kilka sukien kobiecych.
Głos jakiś zapytał:
-Kto?
Jeździec,z konia zaskakując,odpowiedział:
-Posłaniec.
Wszedł na ganek i cicho mówić zaczął:
-Partia z Dziatkowicz ku lasom horeckim idzie i na dwie godziny we dworze,z które-
go posłaniec przybywa,stanęła.
Naczelnik partii wzywa najbliżej zamieszkujących członków organizacji,aby dla po-
mówienia z nim o rzeczach ważnych przybyli.Jak najprędzej,gdyż ani minuty dłużej nad
dwie godziny partia się tam nie zatrzyma.Kilku takich jak on posłańców rozleciało się w
strony różne,jemu tu pędzić co koń wyskoczy rozkazano.I tak samo powracać z uwiado-
mieniem,czy wezwani przybędą.Jest jeszcze kartka do pani...
Nie skończył mówić,gdy już para ludzi,mężczyzna i kobieta,ku stajniom przez dzie-
dziniec biegła.W moim ręku szeleściła kartka z pięciu słowami:
„Przyjeżdżaj także.Jesteś potrzebna.Stefania ”.
Służbę stajenną budzić?Strata czasu.Do powozu konie zakładać?Kto by tam teraz my-
ślał o powozach!
Kilka minut upłynęło i już przed stajnią stał koń do linijki zaprzężony.
Nie wiesz,co to linijka?Taka gładka,zwyczajna deska,pomiędzy czterema kołami
położona i suknem obita.Nic więcej.Wąskie to,niezmiernie lekkie,dla gospodarzy do
jeżdżenia po drożynach i miedzach polnych...Kobiety rzadko tym jeździły,jednak czasem,
w takiej postawie,jak jeżdżą na koniu.

Towarzysz mój ujął lejce,ja za nim już siedziałam.
Trzy wiorsty drogi tylko.Linijka nasza jak strzała pruła powietrze,turkocąc po twardej
grobli,prawie doganiając pędzącego przed nią na koniu posłańca.Noc była gwiaździsta,
trochę wietrzna.Wierzby lekko chwiały się i szemrały po obu stronach drogi.
Wpadliśmy na wielki dziedziniec latarniami oświetlony,mrowiskiem ludzkim pokryty.
Latarnie na drzewach,na słupach u ścian budynków,i w czerwonawym ich świetle
mrowisko ludzkie,poruszające się i gwarne.
Czamary,bluzy,krótkie sukmany,szerokie pasy,skórzane,wysokie obuwia,czapki jak
łan kwiatów,amarantowe,szafirowe,białe.Na plecach strzelby,u pasów pistolety.Duży
pęk kos,pionowo w długie trzony oprawionych,stał oparty o ścianę domu i w świetle la-
tarni nad nim wiszącej błyszczał jak stalowe słońce.Ruch,gwar,szum ludzkich kroków i
głosów.Nawoływanie,wydzwaniające imiona i nazwiska,rozmaite rozmowy,tu i ówdzie
wybuchy śmiechu.W mrocznych głębiach dziedzińca,pod gospodarskimi budynkami ko-
nie rżą i parskają,rysują się mętne sylwetki wozów i ludzi,w pobliżu domu,na przestrzeni
najlepiej oświetlonej,pobrzękują nad długimi stołami naczynia gliniane i szklane.
Mnóstwo postaci i twarzy;ogromna rozmaitość ich zabarwienia i wyrazu.Są tu syno-
wie domów zamożnych,dzieci dostatku i elegancji,z niestartym piętnem ich w porusze-
niach i odzieży.Są młodzi uczeni,dzieci myśli i wiedzy,z niepozbytym ich światłem na
czołach i oczach.Są wszyscy niemal strażnicy lasów o barach szerokich,wzrokach nieco
ponurych,lecz bystrych,do przebijania gęstwin i mroków nawykł ych.Jest cała młodzież
zagród drobnoszlacheckich,raźna,śmiała,o uśmiechach łatwych i zamaszystych ruchach.
I jest jeszcze nieco postaci wątłych,najmniej wyraźnych,zdających się być cieniami,które
idą za tamtymi.Tych,z miasteczek,gdzieniegdzie ze wsi chłopskich,z jakichś może dróg
losu obłędnych i nieszczęśliwych,przywiodły tu hasła,które sennymi duszami wstrząsnę-
ły,nadzieje przyszłości lepszej,które czarem spłynęły na złą teraźniejszość.
Kiedy linijka nasza przez tłum ten z wolna się przesuwała,z ganku domu zbiegła i na-
przeciw niej biegła wiotka,ładna kobieta w białej sukni,za ręce mnie z linijki zeskakującą
pochwyciła,mówiąc spiesznie:
-Przyjechałaś?To dobrze!Dają zlecenie mnie i tobie,przez nas innym.Chodź prędko!

Weszłyśmy razem do wnętrza domu,które w porównaniu z dziedzińcem wydawało się
dziwnie pustym i cichym.
Sala jadalna oświetlona była,ale pusta.Nikogo niej nie było.Tylko białe oblicze zega-
ra patrzało na nią z wierzchołka czarnej kolumny i u otwartych okien wiatr poruszał firan-
kami.
W przyległym salonie kilku ludzi,przy jednym ze stołów siedząc,półgłosem rozma-
wiało.Zaraz w progu rzuciły mi się w oczy kruczoczarne włosy Traugutta.Gdyśmy się
powoli i trochę nieśmiało zbliżały,on właśnie mówił:
-Sam nie chciałbym tego,ale jakże inaczej szpiegostwo,donosicielstwo ukrócić?Pra-
wa wojskowe dla postępków takich zawsze i wszędzie mają karę śmierci.Jednak czy za-
stosowanie jej w tym przypadku nie pociągnie skądinąd następstw dla sprawy szkodli-
wych?
Gospodarz domu,z brwią zmarszczoną,odpowiedział:
-W okolicznościach,śród jakich się znajdujemy,objaw energii i rzucenie postrachu na
żywioły nam nieprzyjazne wydają mi się koniecznymi...
-A ja -przerwał Orszak -byłbym za okazaniem wspaniałomyślności,która może ująć
nam serca.
-Ideologia!-sarknął gospodarz domu.-Odwykliśmy od energicznych czynów i jak
„mdłe panienki ” gotowiśmy dostawać spazmów na widok kropli krwi.
-Zdaniem moim -ozwał się ktoś inny -sam pan naczelnik o,losie człowieka tego
rozstrzygać powinien.Tylko.Do nas to nie należy.
-Byłożby to piłatowym umywaniem rąk?-z najsarkastyczniejszym ze swych uśmie-
chów rzucił gospodarz domu i mówił dalej:
-Jesteśmy naturalnymi doradcami naczelnika i co do mnie,w charakterze doradcy,gło-
suję za okazaniem energii,za rzuceniem postrachu,czyli -za śmiercią szpiega i donosi-
ciela.
Byli tak bardzo rozmową zajęci,że zaledwie teraz nas spostrzegli.
Po krótkich powitaniach gospodarz domu bez żadnej zwłoki przedstawił to,czego orga-
nizacja od nas żądała.Były to zadania mające związek z potrzebami ekonomicznymi partii,

właściwie z pewnymi ich szczegółami,które teraz dopiero,po jej zgromadzeniu się,na jaw
wystąpić mogły i wystąpiły.Trzeba było usunąć pewne braki,zadośćuczynić większym,
niż rachuby poprzednie wskazywały,wymaganiom,zapobiec mogącemu zdarzyć się nie-
przygotowaniu i niedostatkowi.Rzeczy tych drobnych i zarazem dość trudnych kobiety
dokonać mogły z większą niż mężczyźni łatwością,z mniejszym niebezpieczeństwem.
Szło nie o jedną ani o dwie kobiety,ale o cały legionik kobiecy,roztropnie i trafnie do-
brany.Na wzgląd ostatni kilka głosów nacisk położyło.Omyłki w wyborze mogły pocią-
gnąć z sobą następstwa nieobliczone.
Przymiotami legioniku,mającego krzątać się po okolicy rozległej i nad którą niezawod-
nie po wystąpieniu partii nieprzyjaciel straż baczną rozciągnie,musiały być:zwinność ru-
chów,ich spokój i ich niejako naturalność.Druga cecha niezbędna:umiejętność ujmowa-
nia dla roboty swojej serc i chęci ludzkich.A trzecie:umiejętność milczenia.I czwarta
jeszcze:odwaga.
-I przytomności umysłu w żadnym wypadku nie tracić!-z przyjacielskim ku nam uśmie-
chem dodał Orszak.
Słuchałyśmy szczęśliwe,przejęte,skupione;w piersiach grały nam bohaterskie pieśni,a
po głowach już przelatywały myśli:kto,gdzie,jakim sposobem?Ku mówiącym pochylo-
ne,w słowa ich zasłuchane,z ogniami na policzkach,bez żadnej o tym wiedzy swojej
mocno ściskałyśmy się za ręce.
Wtem usłyszałyśmy głos Traugutta.Spojrzenie jego zza szkieł okularów spoczywało na
nas uważne,przenikliwe,lecz nie surowe;owszem,wewnętrznym uśmiechem rozjaśnione.
Do otaczających rzekł:
-Paniom tym w zupełności zaufać można.A potem do nas:
-Z ufnością powierzamy wam te na pozór drobne,lecz w rzeczywistości ważne intere-
sy polskiego żołnierza.
I tak jak wówczas,po młodzieńczym i entuzjazmu pełnym oświadczeniu właściciela
Dziatkowicz,usta rozkwitły mu świeżym,szczerymi perłowym uśmiechem.Snadź uśmie-
chy na tę twarz surową najłacniej wywołał widok młodości,która na kształt świecy przed
ołtarzem paliła się przed obliczem ideału płomiennie i prosto.

Jeszcze kilka zapytań,odpowiedzi,przestróg,uwag i uczułyśmy,żeśmy tu już niepo-
trzebne.
Pociągała nas ku sobie wielka sala stołowa.Nie była już pusta.Kilkunastu ludzi weszło
tu z rojnego dziedzińca i nietrudno było odgadnąć,że znajdowali się pod wpływem wzru-
szenia,może nawet wzburzenia,które na wodzy trzymane,objawiało się jednak w szep-
tach,gestach,wyrazach twarzy.
Byli tam bliscy znajomi nasi,towarzysze zabaw i zajęć,krewni.Uderzyła nas zmiana,
która w nich zaszła.Wydawali się wzrostem wyżsi i wyrazem więcej męscy niż przedtem.
Postawy i poruszenia ich nabrały energii i prostoty,oczy stałego i silnego blasku.Strzelb
przy sobie nie mieli;tylko u pasów pobłyskiwały pochwy kryjące w sobie różną krótką
broń.
Był tam ze swym rzymskim profilem twarzy i wzrostem wszystkie inne przenoszącym,
Scypionem czasem zwany,Feliks Jagmin,był Radowicki szafirową konfederatkę z fanta-
zją u boku trzymający,był demokrata ów zacięty,świeży eks -student Florenty,byli Artur i
Henryk Ronieccy,synowie ojca,który za białego ogłoszony,przez to znielubiony,teraz
dwóch synów miał w partii;mały Tarłowski,dziwny chłopak,biał y i różowy jak panienka,
botanista uczony,a z dobrej woli nauczyciel dzieci chłopskich w pobliskim miasteczku;
dwaj młodzi medycy,którzy w partii funkcję lekarzy obozowych pełnić mieli;i inni jesz-
cze,dobrze znani,bliscy...
Rozmawiali z sobą głosami przytłumionymi.Można było dosłyszeć słowa:
-To niepodobna!To stać się nie może.
-Pójdźmy!przedstawmy!powiedzmy zdania nasze!
-Od tego rozpoczynać?Nigdy!Byłoby to dla nas wstydem...
-Fałszywym krokiem względem ludu...
-Kimkolwiek jest,człowiek ten pochodzi z tutejszego ludu,na tej ziemi się urodził.
I wiele innych zdań oderwanych,z których niepodobna było wyrozumieć,o co chodzi,
ale które objawiały uczucia zatroskania,obrzydzenia,niepokoju,na wodzy trzymane,po-
wściągane,jednak wybiegające na zewnątrz w gestach ramion,w marszczeniach brwi,w
błyskach oczu.

Zamieniłyśmy z nimi przyjacielskie uściśnienia dłoni i zapytałyśmy,o co idzie,co stało
się lub ma się stać.Śmiało mogłyśmy zapytywać.Pomiędzy nimi i nami,wobec idei i
działań w imię jej przedsiębranych,panowała równość zupełna.
Florenty,cały w ogniu,z oczyma zmartwionymi,jedną z nas za rękę pochwycił.
-Chodźcie!pokażę.I opowiem.
Szłyśmy z nim na dziedziniec.Poszli za nami Artur Roniecki i Marian Tarłowski.
Prędko przez ten dziedziniec przebrnąć było teraz niepodobna.Wszędzie gromadki i
tłumiki ludzkie,ruszające się,rozmawiające.
Mnóstwo po drodze przywitań,krótkich rozmów,próśb o dobre życzenie na drogę,o
dobrą pamięć dla odchodzących w drogę.W drogę bliską,a jednak daleką i dla wielu bez-
powrotną.Nieraz oczy zapiekły nas od łez,kilka razy spostrzegłyśmy w innych oczach
szklistą ich powłokę.Ale były to sekundy,po których wracała raźność gwarna i wesoła,w
uczuciach wezbranych,w wyobraźni rozkołysanej źródło swe mająca.
Raz,gdyśmy tak szły,witając i razem żegnając,ściskając ręce ludzi,zamieniając z nimi
krótkie słowa,po dziedzińcu rozległ się huk przeraźliwy.Jakby coś ogromnego upadło i
rozbiło się na mnóstwo szczątków,jakby mnóstwo metalowych ostrzy wzajem o siebie
uderzyło.Były to kosy,które wskutek nie wiedzieć jakiego wypadku ześliznęły się po
ścianie,o którą były oparte,i upadając sypnęły w powietrze garść dźwięków,tak samo jak
ich żeleźca ostrych.Podniesiono je natychmiast i umieszczono na miejscu uprzednim,
gdzie znowu w świetle latarni rozbłysły jak stalowe słońca.
Ale przez wypadek ten,czy może przez wrażenie na niektórych sprawione,wywołany,
rozległ się w powietrzu zbiorowy wybuch śmiechu.
Jednak im więcej wraz z towarzyszami swymi oddalałyśmy się od domu,tym więcej
tłum ludzki rzedniał i tym wyraźniej w gwiaździstym zmroku występowały przed nami
ściany budynków gospodarskich i otaczające je rozłożyste drzewa.Ze sfery światła i hała-
su weszłyśmy w sferę cienia i względnej ciszy.Na znacznej przestrzeni paliło się tu tylko
kilka latarń,w których świetle dostrzec było można sylwetki osiodłanych koni i w milcze-
niu dokoła nich poruszających się niewielu ludzi.Gwiazdy za to wyraźni ej ni ż t am
iskrzyły się na niebie,wiatr szeleścił w czarnych drzewach i od traw podnosiła się rzeź-

wiąca wilgoć rosy.
Prędko obok nas idąc Florenty opowiadał:
-Zaledwie wyszliśmy z Dziatkowicz,drogę nam zabiegł chłopak wiejski,może trzyna-
stoletni,i cały drżący,przelękniony,do Jagmina,który z połową jazdy na czele partii je-
chał,żałosnym głosikiem wołać zaczął:
-Stójcie,panoczku,stójcie!Zatrzymajcie się,jeżeli Boga kochacie!Jagmin konia po-
wstrzymał,nam to samo uczynić rozkazał i z siodła pochylił się ku chłopcu,który mu ja-
kąś zapisaną kartkę papieru podawał.Rozwinął kartkę,przeczytał i nam pokazał.Było to
ni mniej,ni więcej,tylko oznajmienie posyłane do wojska,że wyszliśmy z Dziatkowicz,
ilu nas jest,w jakim udajemy się kierunku.Wszystko wyśledzone,wyszpiegowane i dono-
szone.My do chłopca:
-Kto jesteś?
-Sługa dziakowy.
-Gdzie mieszkasz?
-U dziaka.
-Dlaczego nie u rodziców?
-Nie mam rodziców,pomarli.
-Kto ci tę kartkę dał?
-Dziak.
Kazał dziecku co tchu z tą kartką do miasteczka biec i oficerom ją oddać.Widzicie,
gałgan jaki!Nie chłopak,ale dziak!Chłopaka Jagmin na konia podniósł,przed sobą na
siodle posadził i zapytuje:
-Czy wiesz,co w tej kartce napisane?
-Wiem -odpowiada.
Słyszał,jak dziak żonie swojej czytał.
-Dlaczegoś nam ją oddał?
Tu dzieciak rozpłakał się,zmęczyły go już pytania,czy czegoś zląkł się,Jagmin po
włosach go pogładził,w głowę pocałował i znowu:
-Dlaczegoś nam ją oddał?Nie bój się niczego.Dobrześ uczynił i dziękujemy ci za to,

ale dlaczego?
Spuścił kudłatą łbinę i tak cicho,że ledwieśmy dosłyszeć mogli:
-Jak zobaczył was,to pożałował...Póki nie widział,to leciał tam,gdzie dziak kazał,a
jak zobaczył,to pożałował,bo...bo...dziak przed żoną swoją mówił,że oni was wszyst-
kich jak kaczki wystrzelają...
-Miał po trochu rację dziak!W czystym polu i niespodziewanie.Ale co o tym dziecku
chłopskim myślicie?Jakie serce złote?Jaka natura tkliwa!?
-Jeżeli nie kłamał!-flegmatycznie odezwał się idący za nami Artur Roniecki.
Florenty oburzył się.
-Że chłopskie dziecko,to już zaraz kłamać miało!Wstydź się,Arturze!
Tamten,z jednostajną wciąż flegmą,odpowiedział:
-Nie dlatego,że chłopskie,ale dlatego,że ludzkie dziecko,a temu,co mówią dzieci
ludzkie w ogóle,nie dowierzać trzeba...
-Także filozofia!A sam całowałeś chłopca,aż mlaskało...-Sentyment we mnie obu-
dził...
-W nas wszystkich.
Odebrał go od Jagmina Żemirski,od Żemirskiego tu obecny filozof,od filozofa ja go w
obroty wziąłem,ode mnie ktoś inny.Dziw,żeśmy go na śmierć nie zacałowali.Ośmielił
się,prawie rozswawolił,śmiać się zaczął i różnych części odzieży naszej dotykać:
-Jakie u was czapki ładne!A jakie pasy!A strzelby,a jej!Weźcie mnie z sobą...
strzelbę dajcie...
Rozkosz nie malec!Gdyby był choć trochę starszy!Ale bęben taki!Za wcześnie go
jeszcze na bale z sobą brać!
-Ale cóż z kartką?
-Jagmin zawrócił konia i z nią do naczelnika,a naczelnik jak z bicza trząsł,natych-
miast:„ten,ten,ten,do dziaka niech jadą!Ręce i nogi mu związać,oczy zawiązać,tu
przywieźć!Marsz!Marsz!”.U niego wszystko tak:w trybie rozkazującym,w tempie
szybkim.Dziak,bestia,bliziuteńko mieszkał,wycieczka kwadransa nie trwała.Wrzesz-
czał,klął,pluł,drapał,aż pistolety musiały z pochew wyleźć.To pomogło.No i jest tutaj z

nami.
Tu głos mu nieco ścichł,spoważniał:
-Powieszony ma być!
Zadrżałyśmy obie i usłyszałyśmy za sobą szczególny dźwięk,wychodzący z ust Ro-
nieckiego,jakieś przeciągłe:pfuuu!Wyglądało to na powstrzymaną chęć splunięcia.
A obok Ronieckiego idący mały Marian Tarłowski szepnął:
-Zły początek!Bądź co bądź...człowiek bezbronny!
-Cicho,nie mów nic!Może posłyszeć!
Stanęliśmy jak do ziemi przykuci,w milczeniu.
O kilka kroków przed nami stał pod rozłożystym drzewem prosty wóz chłopski w jed-
nego konia zaprzężony i w pobliżu wożą szarzały o drzewo oparte dwie rosłe postacie
stróżujących nad nim ze strzelbami na plecach powstańców.
Na wozie wyraźnie w gwiaździstym zmroku widać było cienkiego i wysokiego czło-
wieka,w długim,aż prawie do stóp ubraniu,z rękoma u piersi związanymi i ze szmatą
białego płótna,która zasłaniała mu wraz z oczyma znaczną część twarzy.Głowę miał
okrytą tylko gęstymi,siwiejącymi włosami,siwiejąca również broda opadała mu na zwią-
zane sznurami ręce.Sploty sznurów krępujących nogi ukazywały się spod skraju długiej
odzieży.
Jeżeli kiedy człowiek ten -jak opowiadał Florenty -wrzeszczał,pluł,klął,drapał,teraz
mu to już przeszło.Teraz już wiedział,że znajduje się na samym dnie niedoli,że nic go nie
uratuje,że lada chwila śmiercią ohydną zginąć musi.Śmierć tę widział może pod przy-
twierdzonymi do źrenic powiekami,wiszącą i kołyszącą się na tych samych sznurach,któ-
rych twarde obręcze na nogach i rękach swych uczuwał.Może tułały się mu po głowie
przypomnienia różne i z serca wyciskały łzy,może to serce piekł ogień nienawiści i po
członkach rozlewały się gryzące strumienie żółci;najpewniej śmiertelny strach krople krwi
ścinał mu w sople lodów i włókna nerwów stężał w nieme od przerażenia struny.
Cokolwiek czuł i myślał,był w tej chwili upostaciowaniem tej męki,która już nie ma
ani głosu,ani słów,ani jęków i tylko jak wiatr niewidzialny ciałem człowieka kołysze.Na
wozie siedząc kołysał się nieustannie.Z siwiejącymi włosami na głowie i u piersi,z białą

chustą na twarzy to w tył,to naprzód odginał swą cienką i wysoką postać,miarowo,nie-
ustannie,w milczeniu kamiennym.Widok zaś tego miarowego,powolnego,wiecznego
kołysania się daleko więcej,niżby to zdziałać mogły krzyki i przekleństwa,patrzącym
krew w żyłach zatrzymywał,w pamięci rył się na zawsze.
Nie wszystkim jednak patrzącym.Jeden z tych,którzy ze strzelbami na plecach pod
drzewami stali,odezwał się głosem od śmiechu nabrzmiałym:
-Pokłony wybija...jak przed ikoną!
Zaśmieli się obaj.Leśni strażnicy to byli,chwaty dzielne i chłopy uczciwe,lecz z nie-
tkniętą jeszcze w duszach pierwotną siłą nienawiści,zacięte i mściwe,z tą siłą,która po-
dobno w wojnach zapewnia zwycięstwo.
Roniecki z cicha ich upomniał:
-Nie trzeba śmiać się z nikogo,kto popadł w nieszczęście.
-Oho!A w jakie nieszczęście szelma ten chciał nas wprowadzić!Mówiąc to nie śmiali
się już,raczej warczeli.Oko za oko,ząb za ząb.Zemsta straszliwa,lecz kto na wojnę idzie,
musi ją z sobą brać,a my i ci najbliżsi towarzysze nasi szliśmy na wojnę bez niej...Już
nam było niepodobna dłużej na mękę człowieka tego patrzeć.
Wracaliśmy do domu spiesznie,w milczeniu.Raz tylko towarzyszka moja przemówiła:
-A cóż stało się z chłopcem?Jeżeli tam powróci,prześladować go będą.
—Ale gdzie tam!Jagmin tu go na koniu swoim przywiózł i stąd zaraz do rodziców
odesłał,o opiekę nad nim prosząc.Będzie mu tam jak w niebie...syn prosił...
W sali jadalnej,zaraz u drzwi,towarzyszów naszych wymówki i zapytania spotkały:
-Gdzieżeście byli?Czekamy na was!Do naczelnika idziemy,ale bez ciebie,Arturze,
nie można.Ty przemówisz...
-Dlaczego ja?
-Boś najspokojniejszy,a tu trzeba...
-Dobrze w garści się trzymać.Macie rację.Potrafię.
-Idźmy więc.Historia rzeczywiście przykra.
-Tarłowski słusznie mówi:zły początek!
-Pętlicą wisielczą ręce brudzić!

-Bezbronnego zwyciężać...
-To jest syn chłopski!
-Jednej z chłopami wiary!
-Obruszymy przeciwko sobie lud!
-Chodźmy!Czas ucieka!
-Chodźmy!
Do salonu we czterech weszli i przed Trauguttem,który wśród kilku członków organi-
zacji siedział,w postawach pełnych uszanowania stanęli.Postawy ich były uszanowania
pełne,ale w oczach,na czołach,na wargach coś takiego im drgało,paliło się,migotało,że
wprzód,nim słowo z ust któregokolwiek wyjść mogło,Romuald Traugutt gestem ener-
gicznym ramię ku nim wyciągnął i głowę podnosząc rzekł:
-Niech panowie nie mówią.Proszę nie mówić nic.Wiem,o co idzie.Było to bystre
przeniknięcie tych głów zapalonych i tych niezaprawionych do posłuszeństwa woli;było
to przytomne zapobiegnięcie słowu jakiemuś,które mogło z ust się zerwać,niosąc z sobą
konieczność kary i niepodobnego do naprawienia nieszczęścia.
Przez chwilę milczał,prosto w twarze ich patrząc,aż z tym samym spokojem w głosie,
którego miał pełne oczy i postawę,mówić zaczął:
-Idzie o człowieka,który dopuścił się względem nas szpiegostwa i donosicielstwa.
Prawo wojskowe ma dla postępków takich karę śmierci.Tym razem jednak,z przyczyn
mnie wiadomych,ułaskawiam tego człowieka.Niech odwieziony będzie o wiorst kilka od
domu tego i tam wśród pola pozostawiony.Zasłony z oczu ani więzów z rąk i nóg nie
zdejmować.Panowie Jagmin,Radowicki i Roniecki wóz z jeńcem eskortować będą i na-
tychmiast po spełnieniu rozkazu mego tu powrócą.
Na zegarek spojrzał:
-Partia wychodzi stąd za pół godziny.
Trzej wymienieni przez naczelnika młodzieńcy złożyli głębokie ukłony i spiesznie dom
opuścili.Czwarty,Florenty,obok nas przechodząc do uszu nam szeptem rzucił:
-Co za głowa!Z oczu nam awanturę wyczytał i sam niby tak postanowił.
Czy niby,czy istotnie sam tak postanowił,odgadnąć trudno było.Długo siedział zamy-

ślony i milczący.Gospodarz domu pierwszy przerwał milczenie.Czuł się widocznie nie-
zadowolonym,po ustach mu szpilki ironii biegały.
-Będziesz miał,panie naczelniku,robotę długą i trudną.
-Z czym?
-Z poskramianiem fantazyj naszych,sentymentów naszych,warcholstwa naszego.
Śmiem zapytać:czy dobrze się stało,że ustąpiłeś?Podniósł głowę Traugutt i twardo od-
powiedział:
-Nie ustąpiłem;ostateczną decyzję tylko powziąłem.Potem łagodniej już nieco dodał:
-Człowiek ten,do godności urzędu cerkiewnego podniesiony,jest przecież chłopem.
Młodzieńcy ci mieli słuszność.Nie od mordowania chłopów zaczynać nam należy.Nie
ustąpiłem przed nimi,ale zdanie ich po rozwadze podzieliłem.
Wstał z krzesła.Odbicia światła w szkłach,które na oczach miał,iskrzysto od ruchu
głowy zapłonęły.
-Ilekroć zgodnie z przekonaniem swoim będę mógł zapobiec wybuchowi warcholstwa,
zapobiegnę mu;ilekroć przekonaniu memu w drodze on stanie,poskromię go.
Przy ostatnich słowach ręka jego ruchem pomimowolnym spadła na zawieszone u pasa
pistolety.
Trzej jeźdźcy pod ganek domu podjechali,z koni zaskoczyli.
-Siedzi sobie niedaleko drogi na zagonie -flegmatycznie opowiadał Roniecki -i cze-
ka,aż go kto przechodzący albo przejeżdżający z pęt wyzwoli.Zapewne stanie się to nie-
bawem,a im później się stanie,tym dla nas lepiej będzie.I jedno tylko mam do zarzucenia
ekspedycji,to,że jakimś sposobem opaska kupidynowa z oczu mu się zsunęła i że nas uj-
rzał,a ujrzawszy poznał.
-Cóż z tego wyniknąć może?
-Ano to tylko,że w razie...okoliczności nieprzyjaznych my na jego miejscu,jak leśnik
Grzegorz się wyraża,zadyndamy!Poszli naczelnikowi oznajmić,że rozkaz jego spełniono.
Latarnie na dziedzińcu i gwiazdy na niebie przygasły,wczesny świt wiosenny rozbłękit-
niać zaczynał powietrze,gdy Traugutt w otoczeniu cywilnych towarzyszów swych na ga-
nek domu wyszedł.Zaraz też po dziedzińcu rozległ się donośny,metaliczny głos jego:

-W szeregi formuj się!Jazda na koń!
Spiesznie Radowicki do wodza się zbliżył i z uszanowaniem mówił:
-Żołnierze zapytują,czy wolno im dzień i pochód rozpocząć odśpiewaniem hymnu.
Wódz głową znak potwierdzający uczynił,adiutant zaś z brzegu ganku na cały dziedzi-
niec krzyknął:
-Śpiewanie pozwolone!
Na dziedzińcu odbywały się szybkie,milczące ruchy.Dziesiętnicy i setnicy piechotę w
szeregi ustawiali,jazda wsiadała na przyprowadzone od stajen konie.
Traugutt zawołał:
-Jagmin z połową jazdy naprzód!
Przebiegła przed gankiem garść jeźdźców na pięknych koniach,z szablami u boków,
konfederatkami nas żegnając i u początku drogi,która z dziedzińca wychodziła w pole,jak
wryta przed szeregami pieszymi stanęła.Druga,zupełnie do tamtej podobna,stalą za
dwoma nieco wyosobnionymi i na siodłach nieruchomymi jeźdźcami.Byli nimi wódz par-
tii i jego młody adiutant.
Chwila milczenia,kamiennej ciszy porannej w powietrzu coraz bielszym od szybko
powstającego dnia,aż na znak dany przez wodza stanął w strzemionach młody adiutant i w
ciche,białe powietrze rzucił okrzyk dźwięcznego głosu:
-Naprzód!Marsz!
Wtedy jak fala,która szumnie,lecz poważnie płynie,zaczęli odjeżdżać,odchodzić.Stą-
pania ludzkie i końskie szemrały głosem przyciszonego wiatru i nad szumem tym wybuch-
nęła pieśń kilkuset piersi męskich.
Z pieśnią tą szli i jechali powoli,równo,w porządku niezmąconym,pomiędzy dwoma
rzędami strzelistych topoli,naprzeciw jutrzence,która za topolami szlakiem różanym dale-
ki skłon nieba powlekła.
W błyskach słonecznych,które na szlaku jutrzenki drgać poczęły,płynęła nuta i
brzmiały coraz dalsze słowa pieśni.
Ganek domu pełen ludzi wezbrał silnym biciem serc i szeptem błagalnym:
-Boże,błogosław!

Byli tam tacy,którzy ramiona ze splecionymi dłońmi ku oddalającym się wyciągali,i
tacy,którzy oczy zasłaniali dłońmi.Orszak w niebo patrzał.Z czoła gospodarza domu wy-
niosłość zniknęła bez śladu i przewlekły się po nim chmury ciężkich myśli,gdy usta,z któ-
rych ironia bez śladu zniknęła,szeptały:
-Boże,zmiłuj się!
...............................
...Nie pobłogosławiłeś,Boże!
Nie zlitowałeś się,o,Boże!
Dlaczego?
Czy tam,w światłości niebieskiej,dowiedzą się o tym ci,którzy tu żyli i pomarli w pie-
kielnej ciemności?

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •