Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi
31
III
Zasnęła bardzo późno i obudziła się bardzo wcześnie.Zwykle w mgnieniu oka zrywała się
z pościeli i jednym skokiem dopadała miski z wodą,w której pluskała się długo,jak ptak w
piasku.Dziś usiadła na łóżku i słuchała.Głowę miała pełną i cała była pełną tonów melodyj-
nych i słów rytmicznych,pieszczących słuch i serce.
...Ty jesteś jak kwiat
Piękną,czystą,powiewną...
Fortepian i wiolonczela wtórowały:
I rad bym wznieść dłoń
Do nieba z modlitwą śpiewną...
Przezwyciężyła się,zeskoczyła z posłania i w pół godziny była już ubraną.Dopóki myła
się,krzątała,czyściła swoje ubranie,dopóty nic;ale gdy tylko stanęła przed oknem zapinając
guziki stanika,w głowie i,jak się jej zdawało,w niej całej znowu zaśpiewało:
Oby zachował clę Bóg
Tak piękną,czystą,powiewną!...
Boże,Boże,co się stało?Co się z nią dzieje?Jaka ona szczęśliwa!Serce jej zatopione w
słodyczy niewypowiedzianej,o jakiej dotąd nie miała pojęcia...Ja i przyjaciel mój będziemy
grali dla pani...Grali do późna,ona słuchała,Co za noc!Dla niej ktoś grał!Nigdy jeszcze
tego nie było.On grał dla niej...dla niej!...Jaki dobry!
Mocno zacisnęła ręce i powiedziała sobie stanowczo:
Dosyć!
Zarzuciła na plecy okrycie,na głowę małą chustkę wełnianą,pochwyciła ze stołu kuchen-
nego koszyk,nie ten od roboty,ale inny,większy,z rączką i nakrywką.Trzeba jej było po-
biec dziś do miasta po trochę prowizji kuchennych.Ojciec i brat mogą jeszcze spać dobrą
godzinę,Franię obudzi,aby zgotowała mleka i pilnowała domu.Przed obudzeniem siostry
pobiegnie jeszcze do ogrodu i przyniesie dzbanek,który wczoraj zostawiła przez zapomnienie
około małego klombu z kwiatami.Frania może go potrzebować i nie znaleźć.Wybiegła na
ganek i stanęła jak wryta.Co to jest?Skąd to?Cóż za prześliczne owoce!Jak żyje,nie wi-
działa takich!
Na wąskiej ławce ganku stał kosz napełniony owocami przepysznymi i ułożonymi z wiel-
ką umiejętnością ogrodniczą.Pośrodku z piramidki liści twardych wychylał się ananas,zu-
pełnie złoty pod promieniem słońca zaledwie wschodzącego;otaczały go brzoskwinie różo-
we,żółte morele,zielone renklody,spod których wyzierały jabłka rumiane i gruszki duże,
siedzące na fugach melona powleczonego siecią żyłek delikatnych.Wszystko to było malow-
niczo zmieszane z liśćmi,które opadając okrywały cały koszyk,bijący zapachami ananasa i
melona,zmieszanymi ze świeżością rosy świecącej na liściach.
Klara stała z rękoma opuszczonymi i silnie zaciśniętymi.Tylko w pierwszej chwili zdu-
mienia mogła zawołać w myśli:Skąd to? Po upływie minuty odpowiedziała już sobie:Od
niego!Ktoś przyszedł tu przed jej obudzeniem się jeszcze i ten koszyk postawił z jego roz-
kazu.Przecież mówił,że książę pozwolił mu dawać owoce ze swego ogrodu komu tylko ze-
chce.Rumieniec płomienny uderzył jej do twarzy.
Niech sobie daje...ale nie nam!Nie mnie powtórzyła o,nie!Za nic!Podarunek od
człowieka zupełnie obcego za nic!
Z siłą wielką uczuła w tej chwili,że był on dla niej obcym;zarazem strzałka bolesna prze-
szyła jej serce.Cóż stąd,że to boli?Może sobie boleć,niemniej prawdą jest,że on obcy.Na-
wet nie zna jej ojca!Jakżeby ojciec jej mógł zjadać owoce darowane przez człowieka nie-
znajomego?Trzeba mu to oddać.Ale jak?Odesłać nie ma przez kogo.Może przez Stasia?
Ach,nie!Trwoga przejęła ją na myśl,że Frania albo Staś obudzić się mogą i wybiec na ga-
nek.Co ona by im powiedziała?Później namyśli się,jak uczyni,a teraz co najprędzej kosz
ten schowa,aby nikt w domu zobaczyć go nie mógł.Prędko też zamknęła go w szafie ku-
chennej,od której klucz schowała do kieszeni.Szczęście,że wszyscy śpią jeszcze.Teraz
obudzi Franię i pobiegnie do miasta.
Przez następne kilka godzin czuła się z kolei to spokojną i obojętną zupełnie,to rozżaloną
tak bardzo,że ledwie mogła powstrzymywać się od płaczu.Postanowiła zanieść kosz z owo-
cami do altanki i poprosić Przyjemskiego,aby go sobie zabrał,jeżeli przyjdzie...Czasem była
zupełnie pewną,że przyjdzie;czasem wątpiła.Jeżeliby nie przyszedł,postawi koszyk z dru-
giej strony sztachet.Spostrzeże go pewnie wkrótce on sam albo kto inny i rzecz będzie skoń-
czoną.Zapewne też pan Przyjemski obrazi się,nie będzie się starał jej zobaczyć i wszystko
skończy się na zawsze.Były chwile,w których ta myśl nie budziła w niej żalu najmniejszego.
Owszem,jeżeli ma myśleć,że lubi jego towarzystwo dla prezentów,to niech lepiej nigdy nie
zbliża się do niej.Będzie wszystko tak,jak było przed trzema dniami,kiedy go jeszcze nie
znała.Nie zaszkodzi to ojcu,ani Frani,ani Stasiowi,ani nikomu na świecie;czegóż więc
martwić się?i co ją to może obchodzić?Ale w pół godziny potem opanował ją taki żal
ogromny,że nie wiedziała sama,co robi,i porzucając wszystko opierała się łokciami o starą
komódkę,a rękoma przyciskała powieki,aby nie płakać.
Na godzinę przed obiadem siedziała w altance bzowej szyjąc prędko,pilnie,z głową nisko
pochyloną.Obok niej na ławce stał kosz z przepysznymi owocami.Liście zwiędłe zaszele-
ściły w alei pod stopami,które je kruszyły.Klara niżej jeszcze pochyliła głowę i zaczęła szyć
jeszcze prędzej.Czuła wielkie gorąco w twarzy i powieki jej nabrzmiewały.Nie widziała
wcale roboty zza mgły kłującej,która przysłoniła jej oczy.Głos dobrze znany wymówił za
sztachetami:
Dzień dobry pani.
Podniosła głowę,ale wzrok jej nie spotkał się ze wzrokiem Przyjemskiego,który już tkwił
w owocach piętrzących się obok sukni jej w różowe i szare paski.Z kapeluszem nieco pod-
niesionym nad głową Przyjemski znieruchomiał.Zrazu zmarszczka jego pogłębiła się bardzo,
a usta przybrały wyraz gniewny.Ale trwało to kilka sekund,po czym piękna ta twarz rozpo-
godziła się zupełnie i nawet stała się tak rozpromienioną,jaką Klara jeszcze jej nie widziała.
Ona teraz z gorąco zarumienionej stała się bladą;palce jej,trzymając nitkę jeszcze mokrą od
łzy.która na nią spadła,trochę drżały.Przyjemski wyciągając rękę nad sztachetami przemó-
wił z uśmiechem:
Naprzód niech mi pani na powitanie rączkę poda...
Uczyniła to.Szorstka,trochę czerwona i trochę drżąca jej ręka znajdowała się przez chwilę
w uścisku dłoni białej i miękkiej.
Następnie niech mi pani powie,co to znaczy,że ten koszyk przywędrował tu za panią?
Podniosła głowę i ze spojrzeniem odważnym odpowiedziała:
Przyniosłam go myśląc,że może pana tu zobaczę.Niech pan będzie łaskaw postawi ten
kosz z drugiej strony sztachet,a potem przyśle kogo,aby go zabrał.
I obu rękoma podawała mu przedmiot,o którym była mowa,nie bez trudności,bo był
ciężkim.Przyjemski milcząc,powoli,z zimną krwią zrobił,jak powiedziała:wziął od niej
kosz i postawił go na trawie,z drugiej strony sztachet,po czym oparł się o sztachety i patrząc
na nią oczyma napełnionymi blaskiem szczególnym,zaczął mówić:
Dobrze.A teraz,kiedy egzekucja już spełnioną została,chciałbym poznać motywy de-
kretu...
Widziała,że nie jest obrażony,że owszem,pod żartobliwością,z jaką mówił,dżwięczała
w jego głosie nuta więcej przyjazna niż kiedykolwiek.Toteż dość swobodnie odpowiedziała:
Doprawdy,nie potrafię panu tego wytłumaczyć.Ale to nie podobna...myśmy nigdy,ani
mój ojciec,ani ja...Przecież można nie być bogatymi,a jednak...
Wystarczać sobie dokończył.
Stał dość długo zamyślony,ale nie chmurny;owszem,zmarszczka jego była daleko mniej
głęboką niż zwykle,prawie zniknęła.Po chwili zaczął znowu:
A dlaczegóż pani przyjmuje różne rzeczy od pani...pani wdowy po weterynarzu?
Ależ to zupełnie co innego!z przejęciem się zawołała Klara.Pani Dutkiewiczowa
kocha nas i my ją kochamy!A od tych,których kochamy i którzy nas kochają,wszystko
przyjąć można...
Po sekundzie zastanowienia dokończyła z rozwagą:
Nawet trzeba,bo nieprzyjęcie znaczyłoby,że uważamy ich za obcych...
Przyjemski wpatrywał się w nią jak w tęczę.Potem zapytał zwolna:
A od obcych nie przyjmuje się nic wcale?
Nic! patrząc na niego,odpowiedziała śmiało.
Ja zaś dla pani jestem obcym,co?Złotawe źrenice jej zamigotały,w linii ust drgnął żal ,
wnet powściągnięty.
Tak szepnęła.
Stał jeszcze chwilę oparty o sztachety,patrząc nie na nią już,ale kędyś daleko.Potem wy-
prostował się,odstąpił o krok od sztachet i podnosząc trochę kapelusz wymówił:
Będę miał przyjemność złożyć dziś wizytę ojcu pani!
Idąc powoli aleją cienistą myślał:
Voilá,oú la fierté va se nicher! Od tych,których kochamy i którzy nas kochają,
wszystko trzeba przyjąć,bo nie przyjmując okazalibyśmy,że uważamy ich za obcych...Bar-
dzo delikatnie uczute,bardzo delikatnie!A co za święta wiara w kochanie!Kochamy,kocha-
ją!Voilá,oú la foi se niche!Foi de búcheron!Ale jakie to szczęście mówić:Kochamy,ko-
chają...i nie śmiać się!Gdybym mógł jeszcze...choć raz w życiu powiedzieć:Kocham,
kocha i nie zaśmiać się,ucałowałbym,idylko moja,stopki twe...w dziurawych trzewicz-
kach!
Wielkim to było szczęściem dla Klary,że jeszcze w obecności Przyjemskiego nie klasnęła
w ręce i nie podskoczyła z radości.Uczyniła to wbiegłszy do domu,zarumieniona,rozpro-
mieniona,zdyszana.Więc nie obraził się,ale przeciwnie,obiecał być u jej ojca dziś jeszcze...
dziś jeszcze!O ,dobry,dobry!...Zrozumiała pobudkę obietnicy niespodziewanej.Gdy zazna-
jomi się z jej rodziną,zacznie bywać w ich domu,przestanie być obcym dla niej,będzie mo-
gła uważać go za bliskiego znajomego,może za przyjaciela.Miał a serce pełne wdzięczności.
Zarazem,przypominała sobie każde słowo,które dziś wymówił,każde poruszenie,które
uczynił.Ogromnie śmieszył ją sposób milczący i poważny,w jaki spełnił jej życzenie biorąc
od niej kosz z owocami i umieszczając go na trawie,po drugiej stronie sztachet.Było to bar-
dzo zabawne;tak poruszał się i wyglądał,jak gdyby spełniał czynność nadzwyczaj uroczystą,
a jednocześnie uśmieszek prawie niewidzialny błąkał się mu po wargach cienkich i trochę
filuternych.Śliczne ma usta,a także oczy i czoło...Sama nie wie,co w nim najpiękniejsze.
Chyba profil zarysowany delikatnie,z wypukłymi brwiami rozdzielonymi zmarszczką,w
której jest tyle smutku i tyle rozumu...Nie,ani profil,ani usta,ani oczy nie są w nim najpięk-
niejsze,tylko dusza,dusza piękna,wzniosła i taka jakaś smutna!Najpiękniejszą ze wszyst-
kiego jest w nim dusza,pewno,niewątpliwie!I serce złote,które nie rozgniewało się na nią za
to,że podarunku przyjąć nie chciała,ale owszem zapragnęło jeszcze więcej zbliżyć się do niej...
Myśląc o tym wszystkim,śpiesznie oszywała brzeg stanika białą jak śnieg szlareczką,a
potem dobywała z komody pasek skórzany,ozdobiony klamerką stalową.
W małej bawialni,która zarazem była jadalnią,spożywanie obiadu miało się ku końcowi.
Pokój nieduży,którego część znaczną zajmował piec z zielonych kafli,miał sufit niski,pod-
trzymywany przez kilka grubych belek,podłogę pomalowaną farbą czerwoną i miejscami już
spełzłą,ściany oklejone papierem błękitnawym w czerwone cętki.Pomiędzy dwoma oknami
otwartymi na zieloną ścianę fasoli Teofil Wygrycz siedział na wąskiej kanapce z poręczami
jesionowymi,przy stole zasłanym ceratą,zastępującą obrus.Na ceracie stało kilka talerzy z
resztkami jadła,karafka z wodą,solniczka,słoik szklany z chrzanem.U ściany przeciwległej,
na starej komódce,obok niedużej lampy,wychylał się ze szklanki spory pęk rezedy.Dwoje
młodszych dzieci siedziało po obu stronach ojca;Klara przyniosła z kuchni talerz z kilku
gruszkami i stojąc zaczęła jedną z nich obierać.
Doskonałe gruszki kupiłam dziś tateczce...Frania i Staś dostaną też po jednej.
A drogie? zapytał Wygrycz.
Twarz kancelisty,dobrze już podstarzałego,była długą i kościstą,miała cerę żółtą i wyraz
na wpół kwaśny,na wpół apatyczny,właściwy ludziom chorym chronicznie i spełniającym
zajęcia nielubione.Oczy tylko,takie jak u Klary,piwne i z długą rzęsą,patrzały niekiedy
spod czoła bardzo pomarszczonego,rozsądnie i łagodnie.Obok niego siedząca dziewczynka
piętnastoletnia,blondynka,sucha i niedokrwista,z rysami jak u ojca wydłużonymi i wargami
wąskimi,zagadała z żywością wielką:
Czegoś się ty,Klarciu,tak dziś wystroiła?
Klara miała na sobie swoją codzienną suknię perkalową w paski,tylko świeżą szlareczkę u
szyi i pasek z klamerką stalową.Nie była nawet uczesaną jak należy,bo włosy nieposłuszne
za nic w świecie nie chciały leżeć gładko ani trzymać się w więzach szpilek podwójnych.
Pełno też było na czole i na karku pasemek ich kruczych i kędzierzawych,spośród których
wyglądała różowa lewkonia.Usłyszawszy uwagę siostry nachyliła się dla podjęcia z ziemi
kawałka łupiny od gruszki,a wyprostowując się odpowiedziała spokojnie:
Wcale się nie wystroiłam,tylko oszyłam stanik świeżą szlarką,bo tamta była już brudną.
I pasek nowy włożyłaś! z przekorą zauważyła znowu Frania.
Klara nie odpowiadając siostrze,która miała w sobie ducha przekory i kłótni,położyła
przed ojcem gruszkę obraną i nożyk z trzonkiem drewnianym.
Będziemy dziś mieli gościa,tateczku rzekła.
Gościa! zadziwił się stary któż to taki?Może pani Dutkiewiczowa?...ale to nie gość.
Klara zaczynając obierać drugą gruszkę spokojnie mówiła dalej:
Parę razy spotkałam w ogrodzie pana Przyjemskiego,sekretarza księcia Oskara,i roz-
mawialiśmy z sobą dość długo.Dziś powiedział mi,że będzie z wizytą u tatki.
Wygrycz wykrzywił usta.
Potrzebna mi ta wizyta!...spać po obiedzie nie da...zmęczony jestem i trudno mi roz-
mawiać...
Mówił tonem gderliwym;czuł istotnie zmęczenie ciągłe i odzwyczaił się od ludzi obcych.
Frania zaś z żywością zdradzającą ostrość języczka zagadała cienkim głosikiem:
To ty,Klarko,w ogrodzie znajomości robisz z kawalerami!Jakimże to sposobem?...
Cicho bądź i nie dokuczaj siostrze!ofuknął Wygrycz młodszą córkę,która też umilkła
natychmiast.
Za to mały chłopak w bluzce i pasku skórzanym prędko trzepać zaczął:
A ja wiem,kto to teki ten pan Przyjemski,bo syn ogrodnika księcia jest w jednej klasie
ze mną i opowiadał,że książę przyjechał i przywiózł z sobą takiego sekretarza,którego bar-
dzo lubi...gra z nim na fortepianie i na czymś tam jeszcze...ten sekretarz nazywa się Przy-
jemski,bardzo jest wesoły i ile razy zachodził do ogrodnika,bawił się zawsze z dziećmi...
Cicho,Staś! syknęła Frania już kawaler Klarki idzie!
Za fasolą słychać było powolne,równe kroki;w minutę potem otworzyły się drzwi od
sionki,tak niskie,że wchodzący przez nie człowiek wysoki musiał pochylić głowę.Wszedł i
jednym rzutem oka objął wszystko:pokoik z niskim sufitem,zielonym piecem i cętkami
czerwonymi na błękitnawych ścianach,trochę nie dojedzonej kaszy na talerzach,cztery osoby
przy stole zasłanym ceratą,pęk rezedy na komódce.Klara z różowym obłokiem na twarzy,
ale dość rezolutnie rzekła do ojca:
Tatku,pan Juliusz Przyjemski,mój znajomy.
A do gościa:
Ojciec mój...
Wygrycz wstał i wyciągając do przybyłego długą,kościstą rękę wymówił:
Bardzo mi przyjemnie...Niech pan będzie łaskaw usiąść...bardzo proszę...
Klara zaś,już bez rumieńca,spokojnie,z uśmiechem trochę rozchylającym usta,zdjęła ze
stołu naczynia i ze stosem talerzy w ręku wyszła do kuchenki,wzrokiem ukazując siostrze,
aby zabrała karafkę z wodą i ceratę.Spod zdjętej ceraty ukazał się stół jesionowy okryty siat-
ką z białej bawełny.Staś postawił na nim szklankę z rezedą,zdjętą z komody.
Kiedy Klara po upływie kilku minut wróciła z kuchenki,uradowało ją ożywienie,z którym
ojciec rozmawiał z gościem.Musiał to być czarodziej prawdziwy,skoro potrafił w czasie tak
krótkim zetrzeć z twarzy człowieka zmęczonego i chorego wyraz apatii i skwaszenia.Zapy-
tywał go był o miasto,w którym stary kancelista spędził całe życie,i tym sposobem dotknął
od razu przedmiotu najprawdopodobniej dobrze znanego mu i nieobojętnego.Wygrycz mówił
obszernie o ludności miasta,różnych jej warstwach,stopniu zamożności każdej z nich.Mowa
jego,zrazu powolna i trudna,jak bywa z ludźmi odzwyczajonymi od prowadzenia rozmów,
stała się po kilku minutach dość ożywiona;przy tym w ciemnych oczach był wyraz rozsądku,
a kościste ręce czyniły niekiedy gest energiczny.Z takim gestem,wytłumaczywszy gościowi
stosunki wewnętrzne miasta,rzekł:
Bieda w górze,bieda pośrodku,bieda na dole.Wiele brakuje do dobrego wszędzie i każ-
demu.Ale niech mi pan dobrodziej wybaczy,jeżeli powiem,że wina w tym po trosze takich
ludzi możnych i pewno rozumnych,jak książę Oskar...
Urwał,zawahał się.
Niech pan dobrodziej będzie łaskaw przebaczy,bo może nie powinienem tego mówić
przed sekretarzem i podobno przyjacielem księcia...
Ale owszem z niejaką żywością przerwał Przyjemski owszem!jestem przyjacielem
księcia i dlatego właśnie nadzwyczaj interesuje mię opinia,której książę tu używa.Będę na-
wet prosił pana bardzo o wytłumaczenie,w czym pan widzi tę winę?
Wygrycz uczynił na wąskiej kanapce poruszenie żywe.
W czym wina? zawołał ależ panie dobrodzieju,to rozumie się samo przez się!Prze-
ważna część dóbr książęcych znajduje się w tych stronach;w samym mieście posiada on pa-
łac zbudowany przez jego dziada czy pradziada...Jest on tak możnym,posiada takie imię,że
gdyby żył pomiędzy nami,gdyby nas znał,gdyby wchodził w stan rzeczy i ludzi,każde
jego słowo mogłoby być poparciem,oświeceniem,każdy czyn błogosławieństwem...Przepra-
szam pana dobrodzieja,ale sam rozkazałeś mi mówić...Książę buja po świecie...
Przyjemski wtrącił z cicha:
Od pięciu lat tylko nie był tu wcale.Przedtem mieszkał dość długo w dobrach swoich
tutejszych,a po części w tym pałacu...
Wygrycz rozkładając ręce zawołał:
I jakby go nie było!...Wtedy także było tak,jakby go nie było!...
Oczy mu świeciły,na wąskich ustach wyraz ironii zastąpił poprzednie skwaszenie.Czuć w
nim było teraz coś gorzkiego i ciężko przecierpianego;może niechęć pomiędzy klasową,mil-
czącą zawsze i która wybuchała,może urazę do ludzi możnych,mającą naturę głębszą.Przy-
jemski siedział na krzesełku jesionowym,z głową trochę pochyloną i z kapeluszem w spusz-
czonym ręku.Postać jego,w czarnym półfraku wykwintna i zgrabna,profil z wypukłymi
brwiami i cienkimi wargami pod złotawym wąsem odbijały w sposób zadziwiający od tła
pokoiku błękitnawego z wielkim piecem zielonym.Ze spuszczonymi oczyma i bardzo powoli
mówić zaczął:
Pozwoli pan,że stanę trochę w obronie księcia...tylko trochę,bo sam należę do tych,
którzy najmniej wierzą w doskonałość człowieka:.jakiegokolwiek.Chciałbym tylko powie-
dzieć,że książę nie jest wyjątkiem.Jeżeli posiada jakie wady,nie spełnia jakich obowiązków
i różne tam inne rzeczy...nie jest wyjątkiem.Każdy człowiek jest istotą marną,samolubną,
zmienną w tym znaczeniu,że przelatuje po różnych odmianach złego,jak motyl po kwia-
tach...
Wygrycz niespokojnie kręcił się na kanapce,aż wybuchnął:
Ależ przepraszam pana dobrodzieja,nie każdy!nie każdy!Są na świecie ludzie uczciwi i
którzy nie latają po grzechach jak motyl po kwiatach.Ja panu dobrodziejowi bardzo dziękuję
za takie motyle!Przez takie motyle źle jest na świecie!A komu wiele zostało danym,od tego
także wiele będzie wymaganym!Książę wiele otrzymał od Boga,wiele też wymagać od nie-
go muszą Bóg i ludzie...Ja pana dobrodzieja bardzo przepraszam,że mówię tu o pryncypale i
przyjacielu...Ale człowiek,który zawsze milczy,potem nie może wytrzymać,aby nie wyga-
dać tego,co się w nim nazbierało.Ubliżać księciu nie chcę...może on jest i najlepszym czło-
wiekiem,ale zapytam pana dobrodzieja:co on na świecie robi?
Rozłożył ręce kościste i aż trochę drżące od zapału i z oczyma bardzo świecącymi mówił
dalej :
Co książę robi ze swego majątku,ze swego rozumu,ze swojej możności wielkiej?dla
kogo?dla czego?Co?co robi?
Z rozłożonymi rękoma,pytająco,nagląco patrzał na Przyjemskiego.
Ten podniósł powieki i odpowiedział zwolna:
Nic a nic.
Wygrycza to przyznanie mu słuszności ochłodziło nieco.Podniósł w górę długi,żółty palec.
Widzi pan dobrodziej!...a jednakowoż książę jest chrześcijaninem,to pierwsze;urodził
się i posiada dobra w tych stronach,to drugie...
W tej chwili Klara,która siedząc u okna przez cały czas rozmowy garnirowała koronką ja-
kiś biały czepiec,podniosła głowę i nieśmiało przerwała ojcu:
Mój tateczku,mnie się zdaje,że nie powinniśmy sądzić surowo ludzi tak innych od nas,
zupełnie innych...
Jak to innych?Co za innych?Dlaczego innych?Zwariowałaś czy co?Wszystkich jeden
Bóg stwarza i jedna ziemia nosi...wszyscy grzeszą,cierpią i muszą umierać,a to jest wielka
jednostajność,ogromna jednostajność...
Pan ma rację...potwierdził Przyjemski pan powiedział rzecz głęboką...Błądzić,cier-
pieć i umierać wszyscy muszą,i to jest wielka jednostajność...ale byłbym bardzo wdzięczny
pannie Klarze za dalszy ciąg obrony przyjaciela mego...
Patrzał na nią oczyma tak rozpromienionymi,że ona uśmiechając się swobodnie mówić
dokończyła:
Mnie się zdaje,że ludzie tak możni i tak urodzeni,jak książę,żyjąc zupełnie inaczej niż
my wszyscy,muszą...muszą nabywać innych wyobrażeń,potrzeb,przyzwyczajeń,tak że
później to,o czym my wiemy dobrze,dla nich jest niewiadomym,co dla nas jest obowiąz-
kiem,im wydaje się niepotrzebnym albo zanadto trudnym.Może książę jest bardzo dobrym,
tylko nie umie żyć tak,jak my wyobrażamy sobie,że żyć powinien...Może go też ludzie zra-
zili albo zepsuli przez pochlebstwo czy przez udawanie przed nim różnych rzeczy dla interesu...
Twarz Przyjemskiego przybierała wyraz coraz więcej zachwycony.W dziewczynę mówią-
cą wpatrywał się jak w tęczę.Wygrycz,przeciwnie,słuchał córki kwaśno i niecierpliwie.Gdy
przestała mówić,machnął ręką.
Babski rozum,panie dobrodzieju!Baby wszystko wytłumaczyć sobie umieją:a to to,a
to owo!A to tak,a to owak!Z krupami przywykły mieć do czynienia i każdą rzecz rozdra-
biają na krupy.U mnie zaś jedno prawo i jeden sąd:król albo cygan.Albo człowiek słucha
prawa boskiego,służy bliźnim swoim i każdej sprawie dobrej,albo nie czyni tego.Pierwszy
może sobie być nawet grzesznym człowiekiem,ale zawsze będzie czegoś wart;drugi trzech
groszy niewart,i po wszystkim.
Przyjemski zwolna odpowiedział:
Sąd pana jest srogim i bezwzględnym,ale panna Klara stanęła pomiędzy nami jak anioł
wyrozumienia i słodyczy...bo jest aniołem.
I natychmiast,nie dając nikomu czasu do odpowiedzi,zagadnął Wygrycza:
Czy pan zawsze pełnił zajęcia te,co teraz,czy też,jak mi się zdaje,trudnił się kiedyś
czymś innym?
Wygryczy krzywił się kwaśno.
Zawsze,panie dobrodzieju,zawsze,od osiemnastu lat życia swego pracuję w biurze.Je-
stem dzieckiem mieszczańskim,ojciec mój miał tu swój domek i był rzemieślnikiem.Mnie
do szkół oddawał,pięć klas gimnazjalnych skończyłem i do biura wstąpiłem.A dlaczego pan
dobrodziej zapytał mię o to?
Przyjemski namyślał się chwilę,a potem z lekkim ukłonem rzekł:
Otwarcie wyznam panu,że znalazłem nastrój myśli i mowy...wyższy...
Niż się pan dobrodziej spodziewał! podchwycił Wygrycz i zaśmiał się,ale ironicznie.
Widać pan dobrodziej przebywając w domu pryncypała i przyjaciela swego niewiele miał do
czynienia z ludźmi ubogimi.Ubóstwo,panie dobrodzieju,niekoniecznie znaczy to samo co
idiotyzm...Che,che,che!...
Śmiał się ostro,ale znać było,że zdanie gościa pochlebiło mu i uczyniło go weselszym.
Jednak ciągnął dalej co się mnie tyczy,miałem w życiu swoim pewne warunki
sprzyjające...Ożeniłem się,uważa pan dobrodziej,z kobietą wykształconą,to raz,a najlepszą
w świecie,to dwa.Nauczycielką była,pokochaliśmy się i pobrali,chociaż pod względem
materialnym mogła była lepszą partię zrobić.Ale nie żałowała t ego nigdy.Byliśmy z sobą
szczęśliwi.Co do wykształcenia,stałem od niej niżej i tyle tylko miałem rozsądku,aby to
uznawać i z tego korzystać.Przy pracy biurowej zawsze jest kilka godzin wolnych,więc w
tych godzinach czytywaliśmy razem albo grywała mi wieczorami na fortepianie,bo ładnie
grała...Ej,panie dobrodzieju,mam ja w życiu dobre wspomnienia,święte wspomnienia.I na
tamtym świecie mam swoją świętą,z którą pragnąłbym się połączyć jak najprędzej,gdyby nie
dzieci.Ale ona mi zostawiła te dzieci i znowu człowiek do tej ziemi przywiązany.Wiele ja,
panie,zawdzięczam tej kobiecie,z którą przeżyłem dwadzieścia trzy lata jak dwadzieścia trzy
dni...ona także,umierając przytomnie,dziękowała mi przed skonaniem...Rozstaliśmy się w
zgodzie i miłości,tak samo spotkamy się gdzieś tam...przed Bogiem...
Końcem kościstego palca otarł wilgotną powiekę,umilkł.Przyjemski ze spuszczoną trochę
głową także milczał przez chwilę.Potem z zamyśleniem wymówił:
Więc są na ziemi poematy takich związków i takich wspomnień...
Wygrycz skrzywił się ironicznie.
Jeżeli pan dobrodziej nie doświadczył i nawet nie widział takich związków i takich
wspomnień,to...przepraszam za otwartość...ale pan dobrodziej jest bardzo biednym!...
Przyjemski nagłym ruchem podniósł głowę i popatrzył na kancelistę z wyrazem zdumie-
nia,które jednak wnet zniknęło.
Tak,tak... wymówił bieda i bogactwo posiadają znaczenia różne...bardzo różne...
Zwrócił się do Klary pochylonej nad piętrzącym się na kolanach muślinem.
Książki pożyczonej od pani jeszcze nie oddaję i co więcej,proszę o pożyczenie drugiej
w tym rodzaju,jeżeli pani posiada drugą.
Pan chce poezji? zapytała podnosząc głowę.
Tak,czegoś z poezji,którą znam,ale źle,z daleka...
Wygrycz wtrącił:
Żona moja zostawiła córkom biblioteczkę maleńka ,w której znajdują się i poezje.I
grzecznie dodał:
Klarciu,pokaż panu naszą biblioteczkę,może co wybierze...
Klara rzekła wstając:
Jest w moim pokoju.
Boże!Czyliż można było nazywać pokojem tę klateczkę,znowu z zielonym piecem,z jed-
nym oknem,z dwoma grubymi belkami nad głową,z łóżkiem,stolikiem,dwoma krzesłami i
małą szafką na czerwono pomalowaną,do połowy oszkloną!Jaki pokój,taki księgozbiór.
Kilka półek,z dwoma setkami tomów w oprawach szarych,starych.Przyjemski stał tuż za
Klarą,która palcem dotykając tomów wymieniała ich tytuły i imiona autorów.
W Szwajcarii ...Może to...
Niech będzie W Szwajcarii ...Tyle razy byłem w tym kraju.Poemat znam;zdaje mi
się,że znam...ale może nie,może i nie!
Biorąc książkę bardzo zniszczoną,ogromnie znać czytaną,zatrzymał chwilę rękę jej w
swojej i szepnął:
Dziękuję za obronę przyjaciela mego...Dziękuję,że pani istnieje na ziemi...
Wrócili zaraz do malutkiej bawialni.Przyjemski stanął przed gospodarzem domu,który
wstał z kanapki,rękę z kapeluszem oparł o stół i zdawało się,że chce coś powiedzieć,ale
waha się i namyśla.Po chwili mówić zaczął:
Chcę pana o coś zapytać,o coś prosić i z góry przepraszam,jeżeli w moim zapytaniu czy
prośbie będzie mała niedyskrecja...
Owszem,owszem skłonił się Wygrycz niech pan dobrodziej nie robi sobie żadnej
subiekcji.Jesteśmy sąsiadami i jeżeli mogę być w czymkolwiek użytecznym...
Przyjemski przerwał:
Przeciwnie,ja to chciałem zapytać pana,czy nie pozwoliłby mi pan być użytecznym.
Mocniej opierając o stół rękę,mówił głosem bardzo miękkim,wprost aksamitnym:
Rzecz się przedstawia tak:pan ma zdrowie słabe,dwoje dziatek,które jeszcze potrzebują
wiele,warunki życia trochę...trochę ciasne...Z drugiej strony ja posiadam pewne wpływy,
znaczne wpływy na księcia Oskara,który jest człowiekiem bardzo możnym...bardzo moż-
nym...Jestem pewny,że gdy mu rzecz przedstawię,książę poczyta sobie za przyjem...za
szczęście oddanie panu wszystkich usług możliwych...Może temu małemu kawalerowi uła-
twić edukację,a potem karierę...może też w dobrach swoich znaleźć z łatwością posadę,któ-
ra by przy zajęciu mniej uciążliwym przedstawiała warunki...mniej ciasne...Jeżeli pan po-
zwoli mi pomówić o tym z księciem...
Zawiesił głos,czekał.Wygrycz słuchał zrazu ciekawie,potem z głową spuszczoną.Gdy
Przyjemski mówić przestał,podniósł na niego oczy,odchrząknął i odpowiedział:
Bardzo dziękuję panu dobrodziejowi za dobre chęci,ale z łaski książęcej korzystać nie
chciałbym...nie,nie chciałbym...
Dlaczego? spytał Przyjemski.
Wygrycz odpowiedział:
Bo do korzystania z łask,panie dobrodzieju,trzeba przywyknąć...Nie przywykłem.W
warunkach ciasnych czy nieciasnych,byłem przez całe życie,panie dobrodzieju,sam sobie i
robotnikiem i panem.
Przyjemski podniósł głowę,z szafirowych źrenic jego strzeliła błyskawica gniewu.Więcej
niż kiedy w sposób powolny i rozdzielający sylaby wyrazów mówić zaczął:
Widzi pan...A widzi pan...Czyni pan księciu zarzut z tego,że jest on niepożytecznym
dla ludzi,a kiedy zdarza się mu sposobność stania się użytecznym,okazuje się,że przysługi
jego byłyby nieprzyjętymi...
A tak,panie dobrodzieju,a tak odrzucił Wygrycz z błyszczącymi także oczyma bo
gdybym wiedział,że książę odda mi przysługę jak brat bratu,jak człowiek więcej obdarzony
przez Boga mniej obdarzonemu,ale równemu,to bym ją przyjął,owszem,przyjąłbym i był-
bym wdzięczny...Ale książę rzuciłby mi dobrodziejstwo jak kość psu,a ja,choć niebogaty,
kości z ziemi nie podniosę...
Przyjemskiemu blady rumieniec wystąpił na policzki.
To uprzedzenie rzekł fanatyzm...książę nie jest takim,za jakiego pan go ma...
Wygrycz znowu ręce rozłożył.
Nie wiem,panie dobrodzieju,nie wiem!I nikt tu o tym wiedzieć nie może...bo nikt tu
księcia nie zna...
W tym jądro naszego procesu zakonkludował Przyjemski i wyciągnął do kancelisty
swoją białą,długą rękę. Proszę pana o pozwolenie zajrzenia tu jeszcze kiedy...
Owszem,owszem zgodził się grzecznie Wygrycz a czy książę i pan dobrodziej długo
tu jeszcze zabawicie?...
Dość krótko.Odjedziemy stąd do dóbr tutejszych księcia...ale może być bardzo,że po-
wrócimy i osiedlimy się tu na całą zimę...
Przy ostatnich wyrazach patrzał na Klarę,która oczyma rozpromienionymi patrzała nie na
niego,ale na ojca.
Gdy tylko drzwi zamknęły się za gościem,rzuciła się ojcu na szyję.
Tateczku mój kochany,mój drogi,mój złoty,jak tatko dobrze zrobił!
Całowała go w ręce i w policzki.Wygrycz wykręcał głowę i krzywił się.
No,dość już tego...daj mi szlafrok i pantofle.Spać pójdę...zmęczyła mię ta wizyta...
Klara skoczyła po przedmioty żądane i we drzwiach usłyszała ostry głosik siostry mówią-
cy:
Wie tatko!ten pan Przyjemski kocha się w Klarce.Uważał tatko,jak on to powiedział:
Bo panna Klara jest aniołem.I tak na nią patrzał...
A tobie nie pora jeszcze decydować o takich rzeczach... zgromił ją ojciec.
Frania odgryzła się zaraz:
Już nie jestem dzieckiem i jeżeli Klarka może mieć kawalerów,to ja mogę przynajmniej
widzieć,że ich ma...
Klara podawała ojcu szlafrok rękoma drżącymi.Wygrycz obrócił się do młodszej córki:
Przykąś języczek i przestań dokuczać siostrze,a proś lepiej Boga,abyś była do niej po-
dobną.Ten pan,kiedy mówił,że ona jest aniołem,prawdę mówił...
W szlafroku i klapiąc pantoflami wyszedł do swego pokoju.
Frania,zarzuciwszy na głowę chustkę,wybiegła do magazynu.Klara zawołała brata.
Przynieś kajet,powtórzymy arytmetykę...Chłopak pyzaty,ładny,z bystrymi oczyma,
objął ją i z nadąsaniem mówić zaczął:
Ta Frania taka zła!zawsze tobie dokucza,zawsze chce kłócić się z tobą!...
Klara głaszcząc czoło i włosy malca odpowiedziała:
Nie trzeba mówić,że Frania zła;ona ma serce dobre i kocha nas wszystkich.Tylko tro-
chę prędka,powinniśmy jej to wybaczać...
Chłopak obejmując ją ciągle i ze wzniesionymi ku niej oczyma prawił:
Ty lepsza,lepsza,lepsza...ty jesteś mamą moją,i Frani,i tatki...
Klara zaśmiała się i schylona,głośno,po dwakroć ucałowała pyzatą buzię malca.
KONIEC ROZDZIAŁU