ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


229






























ROZDZIAŁ XXV
Następnej nocy koło godziny czwartej, stał Ben-Hur z Esterą na tarasie głównego składu
towarów. Poniżej na wybrzeżu panował wielki ruch, pakowano skrzynie, paki i tłumoki: ludzie
biegali tu i tam, podobni przy światłach pochodni do fantastycznych duchów opisywanych
w czarodziejskich baśniach Wschodu. Ładowano towary na galerę, która miała niedługo
odpłynąć. Simonides nie opuścił dotąd kantoru, gdzie do ostatniej chwili wydawał rozkazy
kapitanowi.. Polecił mu sterować bez przerwy do rzymskiego portu Ostii, gdzie miał wysadzić
na ląd jednego z podróżnych. Stamtąd już wolniej winien płynąć do Walencji na hiszpańskim
wybrzeżu.
Podróżny, to właśnie ów pełnomocnik, wysłany do uregulowania spuścizny po Ariuszu.
Skoro odwiążą liny okrętu i ten wypłynie na pełne morze, Ben-Hur będzie już nieodwołalnie
związany z dziełem omówionym ostatniej nocy. Jeśli żałuje danego przyrzeczenia, to zaiste
mało ma przed sobą czasu do zerwania umowy, a jednak jest panem i dość mu powiedzieć
słowo.
Takimi mogły być jego myśli w tej chwili, gdy stał z założonymi rękoma i patrzył na scenę
u stóp jego się rozgrywającą z wyrazem człowieka walczącego ze sobą. Łatwo przypuścić, że
młody, piękny, bogaty i zaledwo wyrwany z kół rzymskiego towarzystwa, nie bez żalu rzucał
świat, wabiący go więcej, niż jakaś może urojona powinność lub chęć sławy, połączonej z
niebezpieczeństwem i wygnaniem. Może widzi oczyma duszy trudności prawie nie do zwalczenia,
bezowocność walki z Cezarem. Z drugiej strony tajemnica osłaniająca przyjście króla
i jego samego, a poza tym stracony spokój, sława, bogactwa, co go nęciły jak towary na targu:
nade wszystko zaś uczucie nowe, zbudzone widokiem domu i przyjaciół, z którymi jakże miło
mógł pędzić życie! Ci tylko, którzy sami długie dni wygnania znają, mogą ocenić siłę pokusy,
wabiącej młodzieńca.
Dodajmy to tego podszepty światowe, przewrotne, słodkie słówka, które mówią; „żyj,
uważaj!” przedstawiając zarazem tylko słoneczne strony życia, w których pewne znaczenie
miała i słodka towarzyszka Ben-Hura.
– Byłaś, Estero, kiedy w Rzymie?
– Nie – odparła.
– A pragnęłabyś tam być?
– Zdaje mi się, że nie.
– Dlaczego?
– Lękam się Rzymu – odparta z drżeniem w głosie.
Spojrzał na nią, przy nim zdawała się małą jak dziecko. W zmroku nie widział jej twarzy,
kształty jej nawet niewyraźnie się rysowały. A przecież przypomniała mu Tirze i nagła opanowała
go tkliwość wraz ze wspomnieniem tej, co tak samo stała u jego boku, na szczycie
domu owego straszliwego dnia, w którym się stało nieszczęście. Biedna Tirza! Gdzie ona
teraz być może? Estera skorzystała na tych wzbudzonych wspomnieniach; nie była jego siostrą,
ale niewolnicą, jednak nie zdołał jej za sługę uważać, przeciwnie, zdawało się, że dlatego
dla niej jest serdeczniejszym i względniejszym.
– Nie mogę sobie wyobrazić Rzymu jako miasta pałaców, świątyń i przepełnionego tłumem
ludzi; wydaje mi się raczej potworem, co posiadł nasz piękny kraj i grozi ludziom
śmiercią i zagładą. Potwór to straszny i nic mu się oprzeć nie zdoła, bo żarłoczny jako zwierz
i łaknie krwi: – Dlaczego...
Tu zatrzymała i zmieszana patrzyła w ziemię.
– Mów dalej – rzekł Ben-Hur tonem zachęcającym.
Przysunęła się do niego, spojrzała w górę i rzekła:
– Czemu, panie chcesz wejść w nieprzyjaźń z Rzymem? Czemu z nim raczej nie zawrzeć
przymierza i być spokojnym? Wszak w życiu tyle spotkało cię złego, znosiłeś wiele i uszedłeś
mnogich zasadzek. Cierpienia zatruły twą młodość, czemuż resztę twych dni chcesz oddawać
na łup boleści?
Dziewczęca postać zbliżała się ku niemu; oblicze, coraz to bledsze, nabierało błagalnego
wyrazu, nareszcie pochyliła się nad nim, a on zapytał łagodnie:
– Cóż chcesz, abym uczynił Estero?
Wahała się chwilę, a potem zapytała:
– Czy twa posiadłość pod Rzymem jest domem?
– Tak.
– I pięknym?
– I bardzo pięknym. Jest to pałac wśród ogrodów, rozrzuconych drzew, krętych ścieżek.
Wśród cienistych krzewów biją wodotryski i stoją milczące posągi. Wzgórki otaczające wieńczy
winograd; gdy wstąpisz na nie, ujrzysz Neapol, Wezuwiusz i błękitne morze, gdzieniegdzie
ruchomymi bielejące żaglami. Cezar posiada letnią willę w pobliżu, ale w Rzymie mówią,
że stara willa Ariuszów o wiele piękniejsza.
– I żyć tam można w spokoju?...
– Nigdy dzień letni, ani noc księżycowa nie były spokojniejsze nad pobyt w tym miejscu.
Chyba, że goście chwilami napełnią willę zgiełkiem. Teraz, kiedy dawnego właściciela zabrakło,
a ja jestem tutaj, nic nie mąci ciszy i spokoju. Nic tam nie słychać prócz szeptu sług,
szczebiotu ptaków lub szmeru wodotrysków. Wszystko tam głuche i jednostajne; całą rozmaitość
stanowi szelest spadających liści, pękających pączków lub więdnących kwiatów, i słońce
to zachodzące. Życie tam dla mnie, Estero, było za spokojne; nieraz wyrzucałem sobie
próżniactwo, myśląc, że tyle spraw czeka na mnie, ja zaś otaczam się jedwabnymi więzami i
może wkrótce... zakończę życie nie zdziaławszy nic.
Oczy jej spoczęły na rzece.
– Czemu się pytałaś – zapytał.
– Mój łaskawy panie...
– Nie mów tak, Estero, nie mów tak! Zwij mnie przyjacielem, bratem, jeśli chcesz, ale nie
nazywaj mnie panem, bo nim ani jestem, ani być chcę. Zwij mnie bratem.
W cieniu nocy nie mógł ujrzeć jej zarumienienia, ani blasku oczu, co w dal na rzekę patrzyły.
– Nie mogę pojąć – rzekła – jak można wybierać życie...
– Walki z przemocą i przelew krwi – dokończył zdanie za nią.
– Tak – potwierdziła i dodała: Zamiast spokojnego życia w pięknej willi.
– Jesteś w błędzie Estero. jeśli sądzisz, że czynię to z upodobania. Wierzaj mi, że nie mam
wyboru: zostanę tu, czeka mnie śmierć niechybna; pójdę tam, może mnie spotkać koniec ten
sam. Cóż łatwiej, jak podać zatruty kielich, namówić śmiałka, co pchnie sztyletem, albo
świadka, co fałszywie przysięgnie. Messala i Gratus wzbogacili się mieniem mego ojca, a
dziś utrzymanie w rękach grabieży jest dla nich ważniejsze, niż było w chwili zaboru. Nie
można przypuszczać, aby ta sprawa dała się godnie załatwić, bo musieliby się przyznać do
swej zbrodni. Zresztą – zresztą, Estero, gdyby mi przyszło od nich kupić tę zgodę, nie wiem,
czy chciałbym. Nie wierzę, abym kiedy znalazł spokój, tym mniej mogę go znaleźć w roz-
kosznych gajach i czarującym powietrzu, pod marmurowymi portykami starej willi. Nie znalazłbym
go nawet, gdybym tam miał istotę, co cierpliwą miłością słodziłaby ciężar dni moich,
dźwigając wespół mą dolę. Nie ma dla mnie spokoju, póki nie odnajdę moich! Muszę więc
mieć się na baczności, a gdy i jeśli je znajdę, i one opowiedzą swe cierpienia, mógłbym
znieść, aby winny nie był ukarany? Jeśli je zabito, czy mogę pozwolić, aby morderca uszedł?
O nie! Sumienie nie pozwoliłoby mi zasnąć, najczystsza miłość z całym czarem nie zdołałaby
mi przywrócić spokoju.
– A więc nieszczęścia nie da się uniknąć? – spytała drżącym od wzruszenia głosem – i nic
zgoła nie można w tej sprawie odmienić?
Ben-Hur wziął jej rękę. – Więc także troszczysz się bardzo o mnie?
– O bardzo – odparła po prostu.
Ręka jej była gorąca i ginęła w jego dłoni, tak że czuł jej drżenie. Stanęła mu w myśli
Egipcjanka, tak zupełnie różna od tej małej, taka słuszna, śmiała, zalotnie pochlebiająca i pełna
dowcipu. Jej piękność tak urocza, zamajaczyła na tle nocy, a młodzieniec podniósłszy do
ust rękę Estery, spuścił ją, mówiąc:
– Będziesz dla mnie Tirzą, Estero.
– Któż to jest Tirza?
– Takie imię nosi moja mała siostrzyczka, porwali ją Rzymianie; zanim ją znajdę, nie mogę
spocząć, ani być szczęśliwym.
W tej chwili padł na nich promień światła od strony tarasu, odwrócili się i ujrzeli Simonidesa,
którego z krzesłem właśnie wtaczano. Zbliżali się ku niemu, a w dalszej rozmowie on
już główne zajmował miejsce.
Tymczasem na wybrzeżu odcięto liny galery, która jak ptak popłynęła ku morzu przy blasku
pochodni i wśród radosnych okrzyków wioślarzy. A Ben-Hur?.... Został. – On i jego losy
związane nieodwołalnie ze sprawą króla, którego przyjścia oczekiwano.

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •