ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


Autor: Ewa Białołęcka
Tytul: Okrąg Pożeraczy Drzew

Z "NF" 11/95


Szare, masywne cielska waya sunęły wolno utartą koleiną.
Od momentu gdy słońce przedarło się przez gęstwę liści,
tabor ciężkich stworzeń parł naprzód, nie zmieniając tempa.
Prędkość, niewielka zresztą, opaść miała pod wieczór, a po
zapadnięciu zmroku długie stado, złączone niewidzialnymi
więzami, miało się rozpaść. Pojedyncze sztuki będą wymiatać
przed sobą wszystką roślinność, nadającą się do przeżucia i
zmagazynowania w baniastych wolach.
Merya, usadowiona na twardym, ciepłym grzbiecie wielkiego
zwierzęcia, przyglądała się wartownikowi, który przycupnął o
krok dalej. Był ładny. Ze swego miejsca widziała tylko jedno
jego oko - ogromne i brunatne. Ciemna sierść, zaczynająca
się u nasady nosa, pokrywała kształtną głowę, by na karku
zmienić się w gąszcz długich włosów, opadających do połowy
pleców. Włosów twardych i wijących się jak giętkie,
delikatne gałązki werby odarte z liści. Wartownik kręcił
powoli uniesioną głową, wypatrując niebezpieczeństw. Nozdrza
mu drgały, łowiąc zapachy lasu. Składały się nań wonie
świeżych liści, kory, butwiejącego drewna. Od czasu do czasu
dolatywał ostry, mdlący zapach grzybów lub padliny. Waya
pachniały własnym, niepowtarzalnym zapachem bezpieczeństwa.
Merya poruszyła się, zmieniając pozycję. Czteropalczasta
dłoń o dwóch symetrycznych kciukach przelotnie dotknęła
zaokrąglonego brzucha. Oto czwarty raz jest brzemienna. I to
właśnie ów wielkooki strażnik był tym razem jej partnerem.
Gdy pół okręgu temu posłuchali nakazu zmysłów, przymuszeni
zmienionym zapachem skóry, pożądała go gwałtownie.
Rozpalona, gotowa zabijać, gdyby ktoś próbował przeszkodzić
im w miłosnym akcie. Teraz jednak patrzyła na niego z
przyjemnością pochodzącą od widoku zgrabnego ciała.
Cieszyła się jego urodą i sprawnością, przewidując te same
cechy u swych wielkookich dzieci. Jak miał na imię? Merya
przez chwilę szukała w pamięci. Nor-man. Słowo łagodne w
ostrej, drapieżnej mowie rasy Rkheta.
Wtedy Nor-man zerwał się, wydając gardłowy okrzyk-
ostrzeżenie:
- Aryeen!!
Wróg! Nad przecinką wśród oceanu zieloności - trasą waya
- przesunęła się sylwetka wielkiego ptaka. Nieruchome iks
czarnych na tle nieba skrzydeł leniwie wyniosło drapieżnika
poza zasięg wzroku, lecz nikt nie miał wątpliwości, że
wróci. Kilkakrotnie jeszcze rozległy się ostrzeżenia
podawane z ust do ust. Wartownicy napięli łuki czekając.
Ptak pojawił się nagle, znacznie niżej i szybciej. Merya
usłyszała krótkie brzęknięcie cięciwy, któremu zawtórowały
inne, z sąsiednich grzbietów. Drapieżnik zachybotał się w
powietrzu i spadł jak kamień.
- To estrb - mruknął Nor-man siadając. Jego głowa podjęła
monotonny ruch z prawa na lewo i z powrotem. Młodzież,
licząca zaledwie jeden okrąg, z piskiem zsuwała się z waya
biegnąc na poszukiwanie zestrzelonego mięsa. Jasnozielone
ciała natychmiast wtopiły się w zieleń puszczy.
Korony drzew rozbijały światło słońca na miliardy
drżących, złotych plamek drażniących oczy. Merya wyciągnęła
duży, drobno żyłkowany liść ze stosu leżącego opodal.
Zręcznie spięła go w stożek i tak sporządzonym kapeluszem
osłoniła głowę. Ciepło rozleniwiało. Zwinęła się w kłębek,
gotowa do drzemki. Spokojna, bezgranicznie wierząca w
czujność swego strażnika.
Raptem z tylnego krańca taboru nadeszły sygnały. Ostre,
przenikliwe gwizdnięcia, niosące zaszyfrowane nowiny.
- Co...?! - Merya oprzytomniała w jednej chwili. Nor-man
nasłuchiwał.
- Jeden z chłopców, który przyniósł estrba, pośliznął się
i wpadł w koleinę.
Merya sapnęła. Mężczyzn było wielu. Nawet zbyt wielu.
- Marnotrawstwo - mruknęła myśląc o ciele zmiażdżonym i
roztartym na bezkształtną papkę. Cokolwiek dostało się pod
ciężkie brzuchy waya, nie dawało się rozpoznać po ich
przejściu. Po martwym dziecku zostanie długa wilgotna smuga,
trochę drobnych odłamków kości i może jakieś strzępy skóry,
którymi nasycą się owady.
Dzień był czasem podróży i odpoczynku. Merya na przemian
spała, zajmowała się drobnymi pracami lub po prostu
gawędziła z paroma kobietami dzielącymi z nią szeroki
grzbiet. Niebawem inny mężczyzna zmienił Nor-mana na jego
posterunku. Wielkooki strażnik chciwie napił się wody,
przechowywanej w łupinach owoców. Porwał kawałek mięsa i
dołączył do innych mężczyzn przeżuwających swoje porcje.
Między jednym kęsem a drugim wymieniali zwykle żarty i
przechwałki. Czasem gwizdali i szczebiotali w łowieckim
języku, rzucając przekorne spojrzenia w stronę grupki
kobiet. O czym mogli mówić? Merya wydęła wargi w pobłażliwym
uśmiechu. Im też potrzebna była odrobina prywatności.
Wkrótce jednak męska grupa zaczęła się przerzedzać.
Odchodzili, pojedynczo i parami, zmęczeni długą służbą,
senni. Nor-man ułożył się w pobliżu Meryi. Zasłonił oczy
opaską ze skóry i już po chwili boki poruszał mu regularny
oddech. Wartownicy zasypiali natychmiast.
Spokój nie trwał długo.
- Jestem głodna! Przynieś mi coś! - rozległ się okrzyk za
plecami Meryi. Nie musiała się odwracać. Znała aż za dobrze
ów rozkapryszony głos. To była Kerstn, najmłodsza w grupie.
Pierwszy raz w ciąży i od razu miała urodzić dziewczynkę,
więc kompletnie przewróciło jej się w głowie.
- Sama sobie przynieś - warknęła Merya.
- No to niech on pójdzie! - zza ramienia Meryi wyleciała
próżna łupina i uderzyła w plecy śpiącego wartownika. Drgnął
gwałtownie, przewrócił się na wznak, rozrzucając szeroko
ręce. Merya odwróciła się nagle, chwyciła dziewczynę za
szczęki i uderzyła, celując w najbardziej czułe miejsce -
membranę słuchową. Trafiona zawyła.
- Jeśli jeszcze raz spróbujesz kogoś dręczyć - wysyczała
Merya - postaram się, by coś ci się stało. Trafisz do
spiżarni, a twoje dzieci donoszą inne! Rozplącz więc te
swoje długachne nogi i sama pofatyguj się po mięso!
Przestraszona Kerstn wyrwała się i uciekła, chowając się
wśród innych kobiet. Spiżarnia była miejscem, o którym się
nie mówiło, omijanym nawet w myślach. Ostatnie grzbiety waya
zajmowali członkowie plemienia, którzy byli nieprzydatni:
najstarsi wartownicy, którym wzrok i słuch odmawiał
posłuszeństwa, bezpłodne kobiety, nie posiadające żadnych
szczególnych talentów pozwalających im utrzymać się na
szczycie herarchii lub kalekie dzieci. Karmiono ich tak samo
jak innych, lecz mieli służyć swymi ciałami podczas długiej
i ciężkiej przeprawy przez pustynię, gdzie nawet waya z
braku wody i pożywienia kruszyły się pancerze.

- Ciężko nosić taki brzuch - odezwała się Dert i
delikatnie poklepała jego wypukłość.
- Narzekasz, ale wyglądasz na zadowoloną - odpowiedziała
Merya.
Roześmiały się obie. Odcinały ze zwalonych pni kruche,
blade grzyby i gromadziły je w koszykach z kory. Wokół
panował mrok, lecz była to najmniejsza przeszkoda dla dużych
oczu Rkheta, lśniących w ciemnościach jak miniaturowe
słoneczka. Waya buszowały w zaroślach, pożerając ogromne
ilości gałązek, pnączy i bulw, wykopywanych za pomocą
łopaciastych wyrostków pancerza. Część mężczyzn oddaliła się
w spokojniejsze miejsca, szukając zdobyczy. Dzieci pomagały
w zbieraniu bulw i grzybów, czyściły z pasożytów załomki
pancerzy waya lub po prostu swawoliły.
Stado dotarło do strefy, gdzie nie było parno, rośliny
rosły nie dusząc się wzajemnie i mniej było drapieżnych
zwierząt.
- Już niedaleko do miejsca narodzin - rzekła Dert. - Jak
twoje? Mogę?
Merya kilka razy odetchnęła głęboko i rozluźniła mięśnie.
Fałda pośrodku tułowia rozdzieliła się tworząc szczelinę.
Merya rozszerzyła ją ostrożnie. Dert z ciekawością spojrzała
do środka.
- Tym razem pięć.
- Zawsze rodzisz sporo. Duże i ładne. Będą idealnymi
strażnikami.
Merya zakaszlała z dezaprobatą.
- Wiem, wiem. Nie powinnam tak mówić, ale to naprawdę
chłopcy. Są przecież jasne.
W tym momencie tuż obok rozległ się przeraźliwy krzyk.
Ciemnowłosa dziewczynka siedziała na ziemi i trzymała się za
łokieć krzycząc na całe gardło. Pochylał się nad nią
stropiony młodziutki wartownik. Dert rzuciła się w tamtą
stronę, a Merya pospieszyła za nią. Jeden rzut oka
wystarczył, by stwierdzić, że małej nic się nie stało i
wrzeszczy wyłącznie dla efektu. Nie ugłaskało to jednak
Dert, która chwyciła strażnika za ramię i potrząsała nim,
prawie unosząc z ziemi.
- Thert! Merhtwy work! Masz jej pilnować! Inaczej trafisz
do spiżarni, zanim zdążysz zliczyć do czterech.
Chłopak nie próbował ani uciec, ani się usprawiedliwiać.
Mrużył tylko oczy i osłaniał dłońmi membrany. Gdy wreszcie
rozdrażniona kobieta puściła go, zniknął w zaroślach
szybciej i ciszej od przestraszonego węża.
- Czy nie potraktowałaś go zbyt surowo? - spytała
niepewnie Merya. Wzmianka o spiżarni w obecności dziecka
była co najmniej nie na miejscu.
Dert fuknęła gniewnie.
- "Kobieta myśli, mężczyzna działa" - zacytowała
popularne przysłowie. - Ten niech się nauczy działać czym
prędzej, tak będzie lepiej i dla niego, i dla nas. Mojej
małej stała się krzywda!
Dziewczynka najspokojniej objadała się grzybami z koszyka
matki, nie pamiętając już o stłuczonej ręce. Merya
zastanowiła się.
- A czy to nie był twój syn? Podobny.
- Owszem. Nawet wiem, z kim go miałam. Wyjątkowo
beznadziejny partner. Żałuję, że był w pobliżu, gdy nadeszła
pora godów - odpowiedziała Dert pieszcząc córkę.
Merya zabrała swój koszyk z zasięgu chciwych rączek i
odeszła.
- Ja nie żałuję - powiedziała cicho do siebie.

Czasem koleina waya krzyżowała się z inną. Nie wiadomo,
kto pierwszy z ludu Rkheta postawił w takim miejscu wielki
konar drzewa. Stało się to tak dawno, że plemię przywykło
szukać na drewnie skomplikowanych nacięć. Zawierały
pozdrowienia; wiadomości o miejscach, gdzie można było
znaleźć wodę, lecznicze rośliny lub kamień na narzędzia.
Ostrzegały przed drapieżnikami. Przywódczyni odczytywała
wieści i pozostawiała własne. Tym razem jednak na jednej z
takich krzyżówek wpadły na siebie dwa stada! Spłoszone
zwierzęta zbiły się w wielką gromadę, przepychając się i
usiłując wspinać jedno na drugie. Szorstkie pancerze
chrobotały, trąc o siebie. Potrząsani pasażerowie z trudem
utrzymywali równowagę. Na oczach Meryi czyjeś dziecko
stoczyło się po obłości zadu i ześlizgiwało w dół, ku
strasznej śmierci, bezradnie drapiąc pancerz. W ostatniej
chwili wartownik chwycił je za włosy i, sam ryzykując
upadek, wyciągnął na górę, gdzie porwała je w objęcia
przerażona matka.
Rozległy się przenikliwe gwizdy wartowników i nawoływania
kobiet. Rozpłaszczona na pancerzu Merya widziała, jak
członkowie obydwu plemion ratują się, skacząc z grzbietu na
grzbiet i chronią w lesie.
- Skacz! - usłyszała. To Nor-man podczołgał się do niej.
- Nie mogę! Nie mogę! - wyjęczała. Naprawdę nie mogła.
Paraliżował ją strach.
- Możesz! Zrobisz to! - krzyczał wartownik ciągnąc ją za
rękę. - Chodź, bo cię uderzę!
Sama groźba była tak niesłychana, że Merya, zaskoczona,
pozwoliła mu dowlec się ku krawędzi pancerza.
- Skacz!!
- Nie... - nagłe pchnięcie w plecy wytrąciło ją z
równowagi i musiała skoczyć. Odbiła się z całej siły.
- To łatwe! - usłyszała już po drugiej stronie.
Nor-manowi obsunęła się stopa. Rozpaczliwie machnął
ramionami, odwracając głowę tam, gdzie w dole tarły o siebie
szorstkie płyty niczym dwie chciwe szczęki. Merya chwyciła
go za rzemienie krzyżujące się na torsie i szarpnęła ku
sobie.
- Łatwe? - spytała.
- Następny... grzbiet... - wydyszał tylko.
Członkowie obu szczepów, z początku przestraszeni,
wymieszani w jednej ruchliwej gromadzie, niebawem zaczęli
rozdzielać się, dążąc ku swoim przywódczyniom. Matki
przywoływały córki. Wartownicy wzywali się nawzajem, po
czym, tworząc na nowo grupy, odszukiwali swoich
podopiecznych. Merya obserwowała to z boku, skulona u stóp
wielkiego drzewa. Uniosła tylko ramiona w geście
uspokojenia, gdy kobieta z jej waya popatrzyła na nią
przelotnie. Przywódczynie krążyły od grupki do grupki
zbierając wieści. Kto zginął? Kto jest ranny? Wydawały
polecenia i dodawały otuchy. Cichły odgłosy ze strony
koleiny. I tam niedługo zapanuje spokój. Przewodnicy stad
podejmą wędrówkę, a reszta podąży za nimi tak jak od
tysięcy okręgów. Zanim zapadnie mrok, nie będą już
pamiętały, że cokolwiek zakłóciło odwieczny rytm ich podróży.
Merya patrzyła jak obie przywódczynie, pozornie bez planu
dążąc od jednej gromadki do drugiej, zbliżają się do siebie
coraz bardziej. Wreszcie stanęły twarzą w twarz.
Przywódczyni obcego szczepu była postacią imponującą. Wysoka,
chuda, umięśniona jak łowca. Jej głowę zdobiły kity
wysuszonych traw stepowych, tworzące wysoką, jasną grzywę.
Zielonkawą skórę kobiety pokrywały ciemne, wijące się linie.
Gdy stanęła nieruchomo, Meryi przez chwilę zdawało się, że
znikła i zostały z niej tylko owe linie i jasna plama grzywy
- zawieszone w powietrzu. Wo-grt z plemienia Meryi wydawała
się przy "Grzywiastej" drobniejsza, delikatniejsza i starsza
niż w rzeczywistości. A jedyną jej ozdobę stanowił
"naszyjnik losów", z którego odczytywała narodziny i zgony.
Jednak to nie postura dała jej pierwszeństwo w plemieniu. Na
brzuchu tej kobiety widniało dziewięć wykłutych i
napuszczonych czarnym barwnikiem płodoznaków - tyle, ile
wydała na świat dziewcząt. I chociaż ostatnia pora godów nie
przyniosła jej już dzieci, Wo-grt zachowała przywództwo
dzięki lotnemu umysłowi i twardej ręce. Na dominującą
postawę "Grzywiastej" odpowiedziała pozycją "neutralność" i
nie poruszyła się, dopóki tamta, zwlekając, nie przyjęła
takiej samej.
- Niespodziane spotkanie - pierwsza odezwała się Wo-grt.
"Grzywiasta" milczała przez chwilę.
- Opóźnienie, waye szły za powoli - rzekła wolno
wymawiając słowa. Jej mowa z początku była ledwo zrozumiała.
Pełna przydechów i obco brzmiących zbitek dźwięków.
- Dlaczego opóźnienie? - Wo-grt błyskawicznie dostosowała
się, mówiąc równie prosto i powoli. "Grzywiasta" przysiadła,
całkiem już rozluźniona, a Wo-grt poszła za jej przykładem.
Dłonie pasiastej kobiety poruszały się w skomplikowanych
gestach, oczy błądziły w przestrzeni. Szukała słów.
- Mało jedzenia dla waye. Nie ma drzew. Zjedzone.
Pożeracze Drzew nadeszli i nie ma drzew.
Słuchacze nachyleni ciekawie ku rozmówczyniom wymieniali
niepewne spojrzenia. Ktoś zakaszlał tonem wyrażającym
zwątpienie. Nie było drzew? Gdzież się podziały?
- Czerwony zjadacz liści? Dziecko słońca z pustyni? -
spytała Wo-grt, mając na myśli pożar lasu. Kobieta
naprzeciwko zastanawiała się, przekładając w myśli
skojarzenia.
- Nie! Nie, nie! - zaprzeczyła gwałtownie. - Pożeracze
Drzew! Nic nie czarne, nic nie ciepłe.
- Pożeracze Drzew? Kto widział?
- Nikt nie widział - ciągnęła "Grzywiasta". - Ziemia
mówiła: obce plemię, dużo obce waye. Bardzo obce - dodała z
naciskiem. - Nasze waye długo szukały jedzenie. Dwa dzień-
noce. Opóźnienie.
Rozdrażniona, poklepała dłońmi chude policzki. Wo-grt
uznała, że nie dowie się niczego więcej. Przechyliła się ku
"Grzywiastej".
- Dla ciebie mało wrogów, wiele narodzin, czysta woda i
jedzenie każdej nocy - zaintonowała. Pasiasta kobieta
powtórzyła jej gest. Ich nozdrza zbliżyły się łowiąc
zapachy.
- Dla ciebie mało wrogów, czysta woda i zawsze jedzenie
- powtórzyła "Grzywiasta", taktownie opuszczając fragment o
narodzinach.
Przywódczynie rozeszły się w przeciwne strony. Członkowie
obu szczepów wracali do swoich zajęć. Do opieki nad dziećmi,
na zmianę warty, do dziennej drzemki lub zbierania żywności.
Tylko Merya została na starym miejscu. Zaniepokojona czymś
nieokreślonym. Drążyło ją przeczucie zmiany i
niebezpieczeństw.

Liść pokrywały żółte i brązowe plamki. Wyglądał jak
skrawek chorej skóry. Merya zmięła go w dłoniach. Potem
rozprostowała i znów pogniotła. Monotonny ruch rąk trochę
uspokajał. Bała się. Niepokój wypełnił ją tak dawno temu i
trwał niezmiennie, aż nauczyła się z nim żyć. Strach
nadszedł wiele nocy temu. Zanim jeszcze świat zachorował,
nim przyszli Pożeracze Drzew.
Miejsce narodzin powitało szczep ciszą. Spłoszone ptaki
opuściły gniazda, wszechobecne drobne zwierzątka zniknęły.
Krzewy wyglądały, jakby przetoczyło się po nich stado
ślepych waya. Ziemię gdzieniegdzie pokrywały cuchnące plamy.
Urodzinowe drzewa pochylały się, naruszone w posadach. W
pniach niektórych ziały wyrwy, jakby zrobione gigantycznymi
zębami. Wiele pni leżało zwalonych, sięgających ku niebu
korzeniami w niemej rozpaczy. A wśród sieci ciemnych korzeni
bielały drobne kości. Merya usłyszała, jak ktoś tuż obok
niej wydusił ze ściśniętego gardła:
- Dzieci...
Nie wiedziała, kto to był. Sparaliżowana świadomością
potwornej katastrofy, nie mogła odwrócić głowy. Uwolnił ją
krzyk, który wybuchł chwilę później.
- Moje dzieci!!! Moje dzieciii...!!! - wyła opodal któraś
z młodych kobiet, bijąc czołem o ziemię i kalecząc się w
przypływie szaleństwa. Matki rozbiegły się, szukając drzew,
którym okrąg temu powierzyły swoje potomstwo. W ciągu paru
chwil krzykom pierwszej zawtórowały zawodzenia i jęki
następnych. Merya nie musiała szukać "swojego" drzewa.
Wplątane w korzenie leżącego płasko rozwidlonego pnia
jaśniały szczątki jej synów. Uderzyła obiema rękami drzewo,
które ją zawiodło. Zadała cios powtórnie, mocniej, aż ból
sięgnął barków. Raz za razem. Byle choć trochę zagłuszyć
nowym bólem boleść rozrywającą umysł. Ktoś oplótł ją
ramionami i odciągał, wijącą się i krzyczącą. Drapała te
silne ręce. Gryzła palce, które usiłowały zasłonić jej oczy.
- Dość!! Ugerhs!! Dość!! - usłyszała groźny wrzask. Obok
przebiegła przywódczyni Wo-grt jak uosobienie gniewu.
Miotając przekleństwa, kopała oszołomionych wartowników,
rzucając im rozkazy. Szarpała nieprzytomne z rozpaczy
kobiety. Z premedytacją rozdawała ciosy w najczulsze miejsca
- nozdrza i błony słuchowe.
- Dość! Opanuj się - powiedział stanowczo mężczyzna
trzymający Meryę.
Rozpoznała głos Nor-mana. Dyszała ciężko. Puścił ją, ale
opadające ręce dotknęły jeszcze jej wypukłego brzucha i
zatrzymały się tam odrobinę dłużej niż należało. A więc to o
nie się martwił, o swoje dzieci. Nie chciał, by tarzając się
po ziemi zrobiła im krzywdę. Odepchnęła strażnika szorstko.
- Nic mi nie jest. Im też nie.
Poszła w stronę Wo-grt, która zbierała cały szczep w
jednym miejscu. Nor-man podążył za nią, cichy, pozornie
beznamiętny, jak cień.
Jakże łatwo było zepchnąć jej życie z koleiny. Słowa
przywódczyni: "Żadne z dzieci nie przeżyło. Teraz ktoś musi
pozostać, by opiekować się następnymi". Przejrzenie
patyczków ze skomplikowanym wzorem nacięć w "naszyjniku
losów" i... ona. Wybrana, wypchnięta spośród członków
szczepu, pozostawiona.

- Merya!
Ocnęła się. Liść, bezlitośnie miętoszony, nie przypominał
już niczego. Wielkie oczy Nor-mana osadzone w wychudłej
twarzy wydawały się jeszcze większe.
- Boli cię? - spytała.
- Nie.
Zmienił pozycję, szeleszcząc liśćmi posłania.
- Nie możemy ciągle jeść grzybów - powiedział.
- Wiem - odparła krótko.
- Potrzebujemy mięsa.
- Wiem! - powtórzyła prawie krzycząc.
Zapadał zmierzch - wkrótce nadejdzie pora łowów. Merya
zaczęła nakładać ochraniacz na ramię. Był idealnie
dopasowany. Zrobił go dla niej Nor-man podczas przymusowej
bezczynności. Łuk strażnika był dla kobiety nieco zbyt duży,
ale Merya radziła sobie z nim dość dobrze. Nauczyła się
strzelać metodą prób i błędów. Płacząc nad otartymi cięciwą
palcami i nabiegłymi krwią pręgami na ręce. Płakała też nad
własną bezsilnością. Nie upolowała jeszcze niczego. Nie
umiała podejść zwierzyny. Choćby skradała się najlepiej, jak
potrafiła, żywe mięso zawsze usłyszało ją lub zobaczyło.
Nor-man jadał przynoszone przez nią grzyby, korzonki i
jagody, lecz to nie wystarczało. Złamana noga łowcy nie
chciała się zrastać. Mizerniał, chudł, jego skóra stawała
się coraz cieńsza i nabierała koloru wyblakłych porostów.
Nie raz Merya zastanawiała się, dlaczego tamtego
pamiętnego dnia zażądała, by został z nią. Dlatego, że był
ojcem jej dzieci? Tak niewielkie miało to znaczenie. A może
powodem było to, że potrafił przełamać jej lęk przed skokiem
z grzbietu rozdrażnionego wierzchowca? Czy wreszcie to, że
po prostu przywykła do jego obecności? Jak ją wypchnięto z
ustalonego toru życia, tak ona pociągnęła go za sobą. W
kalectwo i zapewne śmierć.
- Musisz coś przynieść. Inaczej umrzemy.
Merya uderzyła się dłońmi w policzki. Miał rację, miał
tyle racji, że niemal nie mogła tego znieść.
- Mogłabym cię zjeść - warknęła. - Tak jak tamtych.
- Myślę, że tego nie zrobisz - odrzekł. - Wtedy
zostałabyś całkiem sama.
- Myślę?... Od myślenia to ja jestem!
Wypełzła przez wąski otwór szałasu, ciągnąc za sobą łuk.
Dwa kroki dalej stała podobna (choć większa) budowla -
powiązane włóknem gałęzie kryte liśćmi. Kiedyś rozbrzmiewały
w jej wnętrzu łowieckie świergoty towarzyszy Nor-mana, teraz
szałas stał pusty. Omijając go wzrokiem, łapiąc się na
absurdalnym poczuciu winy, Merya starannie zawiązała
rzemienie uprzęży, mocującej kołczan na plecach. W powietrzu
unosiła się niewidoczna mgiełka mżawki. Wszystko dokoła
lśniło, obmyte wilgocią, jaskrawiło się soczystą żółcią i
czerwienią. Nasiąknięte deszczówką mchy nabrały
ciemnobrunatnego koloru. Na czarnej, nawilgłej korze
urodzinowych drzew wystąpiły wyraźnie rdzawe łaty porostów.
Merya otrząsnęła wilgoć z włosów, doskonale wiedząc, jak
daremny jest to wysiłek. I tak wkrótce będzie równie mokra
jak mech pod jej stopami. Choroba świata objawiała się,
prócz żółknięcia i opadania liści, także ciągłym deszczem i
chłodem.
"Może jutro będzie cieplej" - pomyślała, ale sama w to
nie wierzyła. Słońce odeszło wraz z waya, las umierał i nic
nie toczyło się ku lepszemu.
Jak każdego wieczora obeszła urodzinowe drzewa,
sprawdzając, czy nic nie grozi nowemu pokoleniu. U podnóża
jednego z drzew niewielkie zwierzę z zapałem rozgrzebywało
grunt. Puszysty ogon chwiał się w powietrzu, krótkie łapy
pracowały błyskawicznie, wyrzucając grudki ziemi. Merya
cisnęła kawałkiem suchej gałęzi, który rykoszetem odbił się
od drzewa i trafił w małego kopacza. Ten odskoczył,
skrzeknął, odsłaniając spiczaste zęby. A potem natychmiast
przepadł w zwalisku martwych konarów, ciągnąc za sobą ogon
jak niepotrzebny, strojny dodatek. Merya uklękła, zaglądając
do wygrzebanej dziury. Wybrała kilka garści ziemi, próbując
ocenić szkodę. Wścibskie zwierzęce łapy dotarły do drobnej
siatki korzonków, spowijających płód Rkheta troskliwym
kokonem. Pod wpływem dotyku Meryi drgnęły, oplotły jej
palce, jakby smakując zapach skóry i rozluźniły swój oplot.
Merya położyła się, zaglądając głębiej. Jej źrenice
rozszerzyły się w dwie ogromne czarne plamy, gdy wzrok
dostosowywał się do ciemności. Z jamki spojrzało na nią
mętnie oczko - miniaturka jej własnych, a maleńka łapka
rozprostowała maciupkie paluszki. Merya westchnęła głęboko,
oczarowana niespodzianie odkrytym cudem. Gdy matki
powierzały swoje potomstwo korzeniom urodzinowych drzew,
dzieci były jeszcze niekształtnymi kulkami wielkości męskiej
pięści, z nieproporcjonalnie dużymi pyszczkami. Wkładane do
dołków wymoszczonych przeżutymi liśćmi, natychmiast chwytały
ostrymi ząbkami podsunięty korzeń i w żaden sposób nie
dałyby się oderwać. Tym razem przetrzebiony zagajnik przyjął
na siebie większy ciężar. Wiele drzew zginęło i te, które
przeżyły, karmiły teraz wielekroć więcej podopiecznych niż
zwykle. Czy dadzą sobie radę? Merya miała nadzieję, że tak.
Na całej trasie waya istniał tylko jeden lasek urodzinowych
drzew. Jeżeli on zginie, wymrze również plemię. Zasypała z
powrotem dołek i położyła na tym miejscu ciężki kawałek
gałęzi dla ochrony przed nieproszonymi gośćmi. Obiecała
sobie, że podobne osłony zrobi również w innych miejscach.
Lecz później, po łowach.

Było tak jak zwykle. Merya wracała z pustymi rękami.
Ogarnięta desperacją próbowała chwytać nawet te stworzenia,
które umaszczeniem ostrzegały przed swą niejadalnością.
Uśmierciła i usiłowała zjeść zwierzątko o gładkiej,
plamiastej skórze (zbyt powolne, by umknąć). Zwróciła
natychmiast przełknięty kęs, a potem długo pluła, próbując
pozbyć się obrzydliwego smaku. Znów więc pozostawało tylko
zbieranie jałowych grzybów, których i tak było coraz mniej.
Merya ociężale przeskoczyła strumyk ograniczający z
jednej strony urodzinowy zagajnik. Przysiadła na drugim
brzegu. Długotrwała głodówka sprawiła, że nawet niewielki
wysiłek wymagał odpoczynku. Zaczerpnęła wody, która była tak
zimna, że przejmowała bólem stawy. Czas czuwania kończył
się. Szarzało. Niebawem ukaże się słońce. Nie tamto, które
znała Merya, lecz to nowe - blade jak ona sama i zmarniałe
jak wszystko dokoła. W błocie na brzegu strumienia odcisnęły
się ślady zwierzyny. Merya popatrzyła na nie z początku
bezmyślnie. W następnej chwili ożywiła się. Zwierząt musiało
być co najmniej kilka. Przyszły do wodopoju.
- "Kobieta myśli, mężczyzna działa" - wyszeptała,
pochylając się nad tropami. - Myśl! Myśl! I działaj!
Ślady, choć głębokie, częściowo rozmył deszcz. Nie były
świeże. Jak stare?
- Myśl!
Z poprzedniego zachodu słońca? Jak długo można wytrzymać
bez wody? Może stado przyjdzie tu jeszcze raz? Może
przychodzą tutaj zawsze? Myśli Meryi toczyły się precyzyjnie
niczym miniaturowe waya po swych ścieżkach. Prawie już czuła
cudowny smak świeżej krwi i mięsa. Zabić i zjeść! Jak...?
Czekać. Jak? Ukryć się. W jaki sposób? Na drzewie? Jak?...
Zielonkawa skóra Rkheta odcinała się od tła.
- Myśl! Myśl! - szeptała Merya do swego odbicia w wodzie.
Nad ramieniem zniekształconego falami wizerunku coś
trzepotało. Wplątana w zmierzwione włosy na karku tkwiła
gałązka z jedynym liściem, który drżał w lekkich podmuchach
wiatru jak delikatne skrzydło owada. Jak... kitka stepowej
trawy. Przez mgnienie Merya miała przed oczami przewodniczkę
obcego plemienia, która stroiła włosy trawą. Pomalowana w
kręte pasy, wtapiała się w otoczenie, znikając sprzed
zdumionych oczu.
Drżąc bardziej z podniecenia niż z chłodu, Merya nabrała
w garść żółtawej gliny i zaczęła rozsmarowywać ją
nieregularnymi plamami na własnej skórze. Miała uczucie, że
dokonuje właśnie czegoś wielkiego. Czegoś, co zaważy na
losie jej i Nor-mana.
Ukryta w koronie drzewa, złocista wśród złocistości,
czekała cierpliwie. Coś w niej skamieniało. Wszystkie
uczucia - głodu, lęku, frustracji - wyparte zostały przez tę
straszliwą cierpliwość. Była gotowa czekać w tym miejscu aż
do śmierci.
Zwierzyna nadeszła wraz z pierwszym promieniem bladego
słońca, który przedarł się przez rzadką zasłonę liści i
zatańczył na powierzchni wody. Stworzenia były smukłe,
rdzawobrązowe, o długich tylnych nogach i jeszcze dłuższych
ogonach. Merya powoli napięła łuk. Koniec kamiennego grotu
przez chwilę chwiał się niezdecydowanie, mierząc to w głowę,
to w korpus lub lędźwie.
"Nie strzelać w głowę - grot ześlizgnie się po kości" -
przypomniała sobie słowa Nor-mana. Brzęknęła cięciwa i
strzała utkwiła w tułowiu wybranego zwierzęcia. Krótki krzyk
cierpienia ostrzegł pozostałe. W szalonym pośpiechu, a
jednak płynnie i z gracją przeskoczyły strumień i zniknęły
między drzewami. Postrzałek także usiłował ratować się
ucieczką. Potknął się jednak i padł rzężąc. Merya zeskoczyła
z gałęzi, zapominając całkiem o wysokości. Omal nie połamała
nóg. Uderzenie kolanami o piersi zaparło jej dech. Poderwała
się niezdarnie, podpierając rękami, kaszląc i walcząc o
haust powietrza. Ale nie to w tym momencie było ważne. W
zasięgu ręki leżało mięso! Jej mięso!!
Ciężko ranne zwierzę przetoczyło się na grzbiet,
ostatkiem sił wymachując nogami zaopatrzonymi w duże, twarde
pazury. Merya zręcznie uniknęła tych ciosów. Zaszła słabnącą
ofiarę od strony głowy, wbił palce w nozdrza zwierzęcia i
jednym ruchem noża rozpłatała mu gardło.
Niedługo potem siedziała obok swej zdobyczy, opita krwią
i oblizywała zabrudzone nią dłonie. Po raz pierwszy od
długiego czasu było jej ciepło.

Słaniając się ze zmęczenia, wreszcie dowlokła do szałasu
łup prawie tak duży jak ona sama. Zaniepokojony Nor-man
czekał na zewnątrz. Musiał siedzieć tak dość długo, bo był
szary z zimna, a futro nad nosem nastroszyło mu się,
ozdobione na każdym włosku maleńką kropelką.
Popatrzył na umazaną gliną Meryę, na jej zdobycz i po
prostu zaczął się śmiać. Kołysał się, pohukując i bijąc
kułakami w pierś.
- Czyś ty oszalał!? - wysapała Merya, widząc ten atak
dobrego humoru i czym prędzej zasłoniła ręką usta, czując,
że wargi same podchodzą jej pod nozdrza w niezamierzonym
uśmiechu.
- Uh, uh... ou... Jak ty wyglądasz! - wyjęczał Nor-man.
Merya spojrzała na swe plamiaste ręce i też wybuchnęła
szaleńczym śmiechem ulgi.
Jedli i jedli, aż wreszcie prawie nie mogli się poruszać.
- Czy nam nie zaszkodzi?... - słabo wyszemrała Merya pod
wpływem nikłych resztek rozsądku.
- Wolę umrzeć z przejedzenia niż z głodu - odparł Nor-
man.
- A co to za zwierzę?
Teraz, gdy pusty żołądek przestał przesłaniać świat,
Merya zastanowiła się, co też właściwie upolowała. Jak
daleko mogła sięgnąć pamięcią, żaden łowca nigdy nie
przyniósł czegoś takiego. Nor-man patrzył długą chwilę na
poszarpany kadłub, mierzwiąc w zamyśleniu futro nad
membranami.
- Kecztgrent-ra. Ziarnogłów - powiedział.
Rzeczywiście, wąska czaszka stworzenia przypominała
wydłużoną pestkę.
- Skąd wiesz?
- Wymyśliłem. Byłem prawie najlepszy w opowiadaniu
historii - Nor-man spojrzał na Meryę, zadziornie ruszając
nosem.
- Więc... one są nowe? - Dotknęła palcem martwej głowy i
natychmiast go cofnęła, jakby łeb mógł ją jeszcze ugryźć.
- Tu wszystko jest nowe - odrzekł Nor-man.
- Czy kecztgrent-re przywędrowały tutaj? Tak jak waya?
- Pewnie tak.
Merya podniosła wzrok na korony drzew, z których sypały
się liście.
- Wszystko się zmienia, wszystko się porusza - mówiła
powoli. - Gdy byliśmy z waya, liście były zawsze takie same
i zwierzęta były zawsze takie same w zwykłych miejscach. A
teraz my stanęliśmy i wszystko inne ruszyło.
Nie liczyła na to, że towarzysz pojmie, o co jej chodzi.
I chyba nawet obawiała się zrozumienia z jego strony.
Niepokoiły ją cechy odkrywane u mężczyzny, który przedtem
żył obok, jak przedstawiciel innej, użytecznej, lecz
tajemniczej rasy.
- Ostatnio miałem dużo czasu na myślenie - powiedział
Nor-man gładząc usztywnioną nogę. - Może wszystko zawsze się
poruszało, tylko my tego nie widzieliśmy?
- Wszystko się rusza, tylko nie my - wtrąciła Merya.
- Nie - zaprzeczył. - My też, a ty nawet bardziej niż ja.
Popatrzył znowu na złamaną kończynę, ale Merya wiedziała,
że to nie swój stan miał na myśli.

Nowy sposób polowania dawał rezultaty. Merya za każdym
razem przynosiła łupy. Mniejsze lub większe, ale nigdy nie
wracała z pustymi rękami. Często były to zwierzęta, jakich
nigdy przedtem nie widzieli. Do "ziarnogłowa" dołączył
wkrótce "wąchacz" z długim pyskiem ozdobionym pękami
ruchliwych wąsów, "grzebołap" zabity podczas rycia w leśnej
ściółce, kilka "plamiatek" i wreszcie groźny "pazurec",
który omal nie okaleczył łowczyni. Meryę coraz bardziej
wciągały polowania. Przestały być trudnym do spełnienia
obowiązkiem, a stały się czymś podniecającym, wręcz
przyjemnym. Bawiło ją malowanie na skórze żółtych i
brązowych deseni, dających niewidzialność. Czasem podkradała
się i zastygała wśród zarośli o krok od stadka żerującej
leśnej drobnicy tylko po to, by ją obserwować. Czuła się
większa, silniejsza i bardzi niebezpieczna. Nor-man miał
rację - "poruszała się".
Merya znosiła łupy, a Nor-man nabierał sił i coraz więcej
pracował. Wyprawiał skóry upolowanych zwierząt. Z niektórych
zeskrobywał cierpliwie włosie, ciął na paski i splatał z
nich całe wayrty rzemiennych lin, ochraniacze, uprzęże na
narzędzia.
- Po co tyle tego? - pytała Merya. - Zapychasz szałas.
Wszędzie leżą skóry.
- Przydadzą się - zapewnił ją. - Muszę zająć czymś ręce.
Poza tym milej jest zagrzebać się w stosie futra niż w
zimnych liściach.
Skończył się problem jedzenia, chłód pozostał, a nawet
rósł i Merya doceniała wysiłki partnera, gdy wracała do
szałasu mokra i przemarznięta.

Mijały dni i noce. Świat toczył się swą koleiną ku
niewiadomemu. Merya i Nor-man przemierzali las jak dwie
trudno dostrzegalne zjawy. Jaskrawe kolory ich ciał ustąpiły
czerniom i brązom w miarę, jak puszcza zamierała we
wszechobecnej wilgoci i rozkładzie.
Noga wielkookiego Rkhera zrosła się nieco krzywo. Biegnąc
kulał, zataczał się lekko, co sprawiało wrażenie dziwacznego
tańca. Lecz przecież to kalectwo nie przeszkadzało mu czaić
się na zwierzęcych ścieżkach. Strzelał tak samo celnie jak
przedtem. Meryę dziwiło tylko jego zamiłowanie do
bezsensownych czynności. Tracił czas na odsłanianie zębów
ubitych zwierząt, oglądał ich łapy, dmuchał w sierść. Czasem
rozcinał brzuchy i sprawdzał, co jadły.
- Po co to robisz? - spytała pewnego razu zirytowana
Merya.
- Przyda się - odpowiedział spokojnie.
- Babranie się we flakach tych tłustych śmierdzieli ma ci
się przydać?! - fuknęła Merya kopiąc zdobycz.
- Tak, są tłuste - przyznał Nor-man - a ja chciałbym
wiedzieć czemu. Uczę się. Nie wiem, czego się uczę, ale
myślę, że to będzie ważne.
Przykucnięty nad wypatroszonym zewłokiem, pokryty
maskującym rysunkiem, o rękach umazanych krwią i z błyskiem
w oku, wyglądał jak demon z opowieści dla dzieci.
- Możliwe też, że uczę się nieważnych rzeczy - ciągnął. -
Ale to okaże się później. Na razie robię, co robię. Chcę
zrozumieć to.
Wskazał szerokim gestem otoczenie.
Odtąd działali razem. Merya za przykładem Nor-mama
zbierała najdrobniejsze i pozornie błahe ułamki wiedzy o
świecie. Nauczyła się znajdować przyjemność w pytaniu
"Dlaczego?", nawet jeśli pozostawało bez odpowiedzi.
Nadawali nazwy zwierzętom, roślinom i miejscom, biorąc je w
posiadanie. On wspierał ją swą cichą inteligencją i
cierpliwością, ona użyczała mu własnej bystrości i
witalności. Niezauważalnie dla samych siebie wtapiali się w
nowe tak, że stało się znanym. Aż pewnego zmierzchu Merya
podczas zwyczajowego obchodu urodzinowego zagajnika
przystanęła, unosząc oczy ku czerniejącej gmatwaninie gałęzi
na tle popielatego nieba. Wyciągnęła ręce, dotykając
sąsiadujących pni. Nor-man naśladował ją. Ziębły im stopy
zanurzone w opadłych liściach. Palce rozważały śliskie
nierówności kory.
- Czuję się jak drzewo - wyszeptał Nor-man.
- Korzenie żywią się ziemią, a gałęzie niebem -
powiedziała cicho Merya. - Myślę... wydaje mi się...
- Co...?
- Świat nie umiera. On po prostu śpi.
- Heeh... I obudzi się.
- Tak. Obudzi się.

Malutkie zwierzątko, żyjące w norce między korzeniami,
wysunęło ostrożnie pyszczek na zewnątrz. Pęk wąsików
wibrował, łowiąc zapachy i dźwięki. Merya cmokała, wabiąc
cierpliwie płochliwe stworzonko. Zwierzaczek cofnął się, a
potem znów wyjrzał, świdrując intruza parą czarnych,
okrągłych ślepków. Odpowiedział na wabienie czupurnym
"czek-czek..." i schował się ostatecznie, uznając, że dość
ma już poufałości.
- Wyglądał na zdrowego i zadowolonego - odezwał się Nor-
man. - Czy o to ci chodziło?
Merya szczelnie otuliła się płatem futra.
- Jest coraz zimniej, a na nim to nie robi wrażenia.
- Ma futerko.
- My też się o nie postaraliśmy - odrzekła. - To coś
daje, ale nie tyle, ile bym chciała. Ten maluch zagrzebał
się pod ziemią. Ciekawe po co?
Nor-man odruchowo potarmosił sierść nad nosem.
Zastanawiał się.
- Chroni się przed wrogami - powiedział. - Chociaż ten
sposób jest chyba niepewny. Grzebołap wykopałby go z
łatwością.
- Może nora jest bardzo głęboka.
Merya wsunęła rękę aż po łokieć w wąski otwór.
- Chyba... Eh!!
Wyszarpnęła gwałtownie ramię. Rzuciła okiem na skaleczony
palec, po czym strzepnęła z niego kroplę krwi.
- "Zębatek" - zaproponował Nor-man.
Zaśmiała się i oblizała ślad drobnych ząbków.
- Chyba nie bardzo głęboko, ale... w środku jest ciepło!!
- dokończyła z tryumfem.
- A więc wykopiemy sobie norę - podsumował Nor-man.
- Dużą norę!

Budując nowe schronienie wykorzystali zagłębienie pod
jednym z urodzinowych drzew, które ucierpiało od Pożeraczy,
lecz nie uschło. Było pochylone i przed ostatecznym upadkiem
chroniło je sąsiednie. Przez kilka dni Merya i Nor-man na zmianę
wybierali spod korzeni czarnoziem, piach i kamienie, ryjąc
coraz głębiej. Omijali większe korzenie, mniejsze same
cofały się przed nimi, szukając sobie nowych miejsc.
Schronienie pod drzewem było niskie i niezbyt obszerne.
Wyciągnięte ręce dotykały przeciwległych krańców. Ku
zadowoleniu Nor-mana znalazły zastosowanie stosy wytrwale
konserwowanych skór - wyścielił ściany zatrzymując osypujący
się piasek. Wymoszczona futrami ziemianka przeistoczyła się
w wygodne, ciepłe i bezpieczne gniazdo.
Gdy oboje zasypiali w nim po raz pierwszy - przytuleni,
grzejąc się wzajemnie, Merya pomyślała o małych Rkheta
śpiących i rosnących dokoła. Tak samo jak one odpoczywała w
bezpiecznych objęciach urodzinowego drzewa.

Z samego środka zielonych snów wyrwało Nor-mana uczucie
nadejścia czegoś nowego i niepokojącego. Wejście do
ziemianki odcinało się od wewnętrznego półmroku plamą
jasnego światła. Powoli wygrzebał się spod przykrycia.
Ostrożnie jak płochliwy zwierzak wysunął głowę na zewnątrz.
Chwilę trwało, zanim jego oczy przywykły do jaskrawego
blasku.
- A niech mnie zjedzą!! - zawołał.
Wszystko dokoła było jednolicie białe. Powietrze, dotąd
tylko chłodne, teraz stało się tak zimne, że sprawiało ból
nozdrzom. Nor-man, czując, że Merya popycha go z tyłu,
wyczołgał się z krótkiego tunelu, robiąc jej miejsce.
- Co to jest? - zdumiała się, zanurzając dłonie w zimnym,
białym puchu. - Nasiona?...
- Nasiona czego? Eh, eh! To boli! - Nor-man z
nieszczęśliwą miną przestępował z nogi na nogę. Merya
zanurkowała do nory i wyniosła z niej wybrane na chybił
trafił kawałki futer.
- Stań na tym.
Nor-man z zakłopotaniem rozglądał się dokoła. Gładka
biała powierzchnia ciągnęła się jak okiem sięgnąć. Lekki
puch osiadł także na konarach drzew i cienkich gałązkach.
Merya z przejęciem badała nowe zjawisko.
- To nie nasiona.
Grudka białego "czegoś" nie smakowała niczym
konkretnym. Roztarta w dłoniach nikła, pozostawiając po
sobie wilgoć. Merya polizała mokrą rękę.
- To woda! - stwierdziła ze zdumieniem.
- Nor-man zebrał garść bieli i zgniótł ją w bryłkę z
wyraźnie odciśniętymi śladami palców.
- Woda... Ale skąd się to wzięło? Wyrosło czy co?...
Oboje jak na sygnał popatrzyli w niebo, a potem na
siebie.
- Znów coś, co trzeba nazwać - powiedział łowca. - A już
zaczynałem się przyzwyczajać. Czuję się jak źdźbło trawy.
Ledwo wiatr mnie przegnie na jedną stronę, to znów dmucha z
drugiej i na nowo muszę się przechylać.
Kiwnął się w przód i w tył, z zabawnie zmartwioną miną,
stracił równowagę i usiadł w zimnym puchu.
- Eh! Eh!
Zerwał się czym prędzej i otrzepał. Merya śmiała się,
rozbawiona jego wygibasami.
- No to jak to nazwiesz? Ty, prawie najlepszy w
opowiadaniu historii?
- Dort'tefch. Nasienie deszczu.

Dort'tefch pozostało przez kilka dnio-nocy. Potem znikło
i dwoje Rkheta już myślało, że nie zobaczą go więcej, ale
pewnego ranka w powietrzu znów zawirowały białe strzępki.
"Nasienie deszczu" opadało coraz gęściej i gęściej, wreszcie
przykryło wszystko grubą warstwą i zaległo na dobre.
Dwa "źdźbła trawy" ze spokojem pochyliły się wraz z
wiatrem losu. Zręcznie poprzykrawane i sczepione kawałki
skór ochroniły ich przed kąsającym zimnem. Merya wymyśliła,
jak zabezpieczyć nogi, owijając je długimi pasami futra aż
do kolan, a Nor-man ulepszył efekt, smarując skórę
tłuszczem.
Polowali jawnie, dążąc za długimi pasmami śladów,
pozostawianych przez zwierzynę na zdradliwej bieli. W ciągu
paru dni zniknęły grzebołapy. Za to pojawiły się nachalne
krtóre - płaskozęby, przed których łakomstwem trzeba było
chronić korę urodzinowych drzew.
"Nasienie deszczu" nie miało zamiaru znikać, a wręcz
przeciwnie - przybywało go. Ubywało za to zwierzyny i coraz
trudniej było coś złowić. Pewnego razu chudy, zdesperowany
pazurec usiłował odebrać parze łowców zdobycz i odtąd Nor-
man nosił jego jasno nakrapianą skórę.

Gorzkawa woń kobiecej skóry trwała w nozdrzach Nor-mana
ciężkim, nie do pozbycia się osadem. Mężczyzna dążył śladem
owego zapachu, klucząc między drzewami, pozostawiając po
sobie chwiejny trop. Był boso, ale nie czuł zimna. Gorąco
krwi pędzącej przez ciało drażniło go do szaleństwa. Dawno
już zerwał z siebie futra i gnał tak - nagi, nastroszony,
dziki. Wydając głuche okrzyki, uderzał w biegu palcami o
szostką korę, drapiąc skórę do krwi. Jej krople spadały na
biel dort'tefch, podobne rozgniecionym jagodom. Tropy Meryi
okrążały drzewa, zapętlały się, zawracały. Nie wybierała
szlaku. Uciekając, brodziła w dołkach wypełnionych
"deszczowym nasieniem", przedzierała się przez zarośla,
pozostawiając w cierniach pasemka włosów, których zapach
potęgował jeszcze żądzę mężczyzny. W pewnym miejscu
przewróciła się. Nor-man z jękiem padł na odcisk ciała
wybranki. Połknął garść bieli, która nie przyniosła
ukojenia, po czym poderwał się i pognał dalej, nie odrywając
wzroku od śladów stóp. Szlak skończył się niespodzianie parą
szczupłych, zielonkawych nóg. Piękna jak liść, pachnąca
gorzką korą kobieta czekała na niego, by napełnił ją nowym
życiem.

- Nie powinnaś tego robić. Omal mnie nie rozniosło -
poskarżył się Nor-man, przerywając na chwilę lizanie
skaleczonej dłoni.
- Nie podobało ci się? - spytała Merya, prowokacyjnie
wyginając się do tyłu.
- Tego nie powiedziałem - mruknął łowca i uśmiechnął się
z błyskiem w oku.
- Powtórzymy to następnym razem?
Nozdrza Nor-mana drgnęły pożądliwie.
- Mmmhhrrr... Ale to ty będziesz mnie gonić!
Tą propozycją tak rozśmieszył partnerkę, że po prostu
musiała wytarzać się w dort'tefch. Dołączył do niej i znów
kochali się wśród chrzęszczących zasp, nie czując chłodu,
ogrzani namiętnością.
Zwabiony pożądliwymi okrzykami drapieżnik przyglądał się
zza drzewa temu, co zdało mu się walką na śmierć i życie.
Oblizując się nerwowo, to napinał, to rozluźniał mięśnie,
zwlekając ze skokiem. Wreszcie zrezygnował i odszedł,
szukając mniej groźnej zdobyczy.

Kochankowie wracali do schronienia pod urodzinowym
drzewem. Emocje odpadały z wolna. Nor-man raz po raz
odruchowo macał barki w poszukiwaniu rzemiennej uprzęży.
- Nie mam nawet noża - utyskiwał. - Co będzie, gdy znów
natkniemy się na pazurca?
- Wejdziemy na drzewo - odparła Merya. - Chodź prędzej,
zaczynam marznąć.
Łowca zatrzymał się tak raptownie, że Merya wpadła na
niego.
- Co?...
Nor-man milcząc wpatrywał się w rząd głębokich dołków,
przecinających ich starą, wydeptaną ścieżkę. Oczy strażnika
rozszerzały się coraz bardziej. Gwałtownie, że świstem
wciągnął powietrze. Merya zajrzała do najbliższego ze
śladów. Dort'tefch na dnie był zbity do twardości kamienia,
z wyraźnym trójpromienistym wzorem. Wiedziała, kto zostawił
te ślady. Wspomnienia, które oboje z Nor-manem zepchnęli na
samo dno umysłów i usiłowali przysypać nowymi doznaniami,
powróciły z siłą uderzenia huraganu.
Znów było zielono i młode, gorące słońce rozsypywało swe
złote uśmiechy na ciepłych liściach. Merya drzemała przed
szałasem, a Nor-man czuwał nad nią jak zwykle. Trzech
pozostałych wartowników krążyło po urodzinowym zagajniku.
Ten błogi spokój przerwał przeraźliwy krzyk. Od tego momentu
wydarzenia stały się poszarpanym pasmem to mglistych, to
wyraźnych aż do bólu obrazów.
Nor-man zastygły w pozie pełnej napięcia. Rozdarty między
obowiązkiem chronienia kobiety a chęcią przyjścia z pomocą
towarzyszom.
Merya pamiętała gałęzie chlaszczące ją po twarzy, twardy
uścisk palców na ramieniu, gdy strażnik wlókł ją za sobą.
Ciało krępego wartownika, zalane krwią. Rozprute
straszliwym ciosem. Trzewia walające się na splamionej
ziemi. Szeroko otwarte, zdumione oczy, jakby śmierć
zaskoczyła go nagle.
Potworna postać, stojąca na leśnym pagórku, wielka jak
góra. O ramionach jak potężne konary, po których leniwie
pełzały błyskawice. Ogromne, obce oko. Ciemne, lśniące
niczym owadzi pancerz. Na nowo Merya poczuła mdlący odór
intruza. Zobaczyła jego twarz - ohydną, zniekształconą,
jakby ktoś wtłoczył jego szczęki w głąb czaszki.
Strzały Nor-mana nie czyniły krzywdy demonowi. Sterczały
z wielkiego ciała, nieszkodliwe jak ptasie pióra.
Straszliwe, lśniące pazury wzniesione do ciosu.
Ostatnia strzała łowcy.
Spękana kora suchej gałęzi pod palcami kobiety.
Uderzenie na oślep.
Błysk.
Gigantyczny kształt walący się na drobną postać
strażnika.
Merya osunęła się na kolana, zwinęła, splatając ramiona
nad głową. Była w stanie myśleć tylko o jednym: wrócił...
wrócił... wrócił... wrócił...
- Strażniczko!
Merya uniosła głowę. Jak ją nazwał?
- Strażniczko!
- Ja nie...
Przerwał jej:
- Oboje jesteśmy strażnikami. Zabiliśmy jednego Pożeracza
Drzew i zrobimy to samo z drugim.
- Nawet nie wiem, jak to się stało - powiedziała Merya
markotnie. - Walnęłam go, a on po prostu upadł.
- Z moim nożem w brzuchu.
Merya uśmiechnęła się blado.

Pożeracz Drzew nie pojawił się. Stare ślady zawiało, ale
niepokój pozostał. Dwoje Rkheta zawęziło teren swych
wędrówek. Stali się czujniejsi. Beztroska gonitwa po lesie
wydała im się teraz karygodną lekkomyślnością. Gdy powrócił
wkrótce zapach gorzkiej kory, a z nim podniecenie, łączyli
się pospiesznie, nie czerpiąc z aktu radości. Zjawa
Pożeracza Drzew stała za ich plecami, cokolwiek robili.
Dobrą wiadomość jako pierwszy przyniósł wiatr. Tchnął
zapomnianym ciepłem i pochłaniał "nasiesnie deszczu",
odsłaniając brunatną ziemię. Świat budził się ze snu tak,
jak przeczuwała Merya. Z radością powitali pierwsze zielone
pędy i pierwszego grzebołapa babrzącego się w błocie na
rozlewiskach. "Niedługo wrócą waya" - te słowa powtarzali
codziennie. Merya uśmiechając się tajemniczo, Nor-man z
zadumą i jakby lekkim smutkiem.
Nie znajdowali nowych śladów bytności Pożeraczy, ale ich
czujność nie słabła. Żyli w ciągłym oczekiwaniu na
zagrożenie i gdy na jednym z drzew wśród starych blizn
znaleźli świeżą ranę, a stratowany mech znaczył szlak
ciężkiego cielska, odczuli wręcz ulgę.
- Zaczęło się - rzekł Nor-man.
- Może nie przyjdzie więcej - w głosie Meryi nie było
jednak pewności.
- Wracał trzy razy. Będą też następni.
- Jeden poradził sobie z trójką dobrych strzelców. Jest
ogromny - mówiła Merya. Znieruchomiała, oplatając ramionami
barki, jakby chciała ochronić samą siebie. Szeroko otwarte
oczy wpatrzone były gdzieś w dal, nie widzące jednak
niczego. Nor-man czekał, nie śmiąc jej przeszkadzać.
- Wielcy, ciężcy... - szeptała Merya. - Ciężcy... Chodzą
po ziemi, a my... my możemy wejść na drzewo. Czatując... Nie
sięgną... Nie schwytają nas, nie zobaczą. Niewidzialni
Rkheta.
Nagle, już przytomna i ożywiona, rzuciła promienne
spojrzenie strażnikowi, ściągając wargi w uśmiechu.
- Będziemy na nich polować! Z wysoka!
Nor-man miał wątpliwości.
- Możemy siedzieć na drzewach całe dnio-noce, a żaden
Pożeracz Drzew nie przejdzie dołem. To nie ziarnogłowy!
Merya pochyliła się ku niemu z chytrą miną.
- Nie, to nie ziarnogłowy. Ale każdego można czymś
przywabić, a ja chyba wiem, czym można zwabić Pożeracza.

Szczątki Pożeracza Drzew spoczywały tam, gdzie je
porzucono. Przykryte gałęziami i opadłym listowiem w płytkim
dołku. Odgrzebywanie ich nie należało do przyjemności.
Ckliwy odór rozkładu unosił się w powietrzu.
- Mu... musimy go wyciągnąć - zająknęła się Merya,
walcząc z mdłościami. - Myślisz... że damy... radę?
Nor-man oddychał płytko, szarzejąc na twarzy.
- Teraz będzie dużo lżejszy - mruknął.
Tego było za wiele. Wyobraźnia Meryi zadziałała. Zdążyła
odbiec dwa kroki i zwymiotowała na wpół strawionym mięsem,
słysząc, że Nor-man robi to samo.
Później było lżej, może dlatego, że opróżnili żołądki.
Odsłonili rozkładające się ciało i Merya zmusiła się do
spojrzenia w potworną maskę, szczerzącą coś, co zapewne było
zębami.
- A to co?
Nor-man podniósł patykiem małą czaszkę.
- Ścierwojad - odpowiedział sam sobie, zanim Merya
zdążyła rozpoznać resztkę pasiastej skóry.
Rozejrzeli się.
- Jest tego więcej.
Na zwłokach obcego i w pobliżu poniewierały się
szkieleciki drobnych padlinożerców.
- Niech mnie zjedzą! Co tu się dzieje?
Nor-man zastanawiał się długą chwilę, po czym powiedział
ostrożnie:
- One chyba się otruły.
- Dobrze, żeśmy go wtedy nie zjedli - dodał.
Merya zszarzała na nowo.
- Yyyy... Przestań!
Martwy Pożeracz Drzew nie wydawał się już tak ogromny.
Właściwie nie osiągał nawet rozmiarów świeżo wylęgniętego
waya. Z pomocą sznurów i drągów wyciągnęli go z zagłębienia,
podparli kołkami.
- Nie wygląda zbyt porządnie - stwierdził Nor-man. -
Jakby lazł na czworakach. No i jest trupem.
- Nie ma wyglądać żywo. Musi być po prostu widoczny -
syknęła Merya.
- Ma za wielkie łapy. To go przechyla do przodu - ciągnął
Nor-man. - I ta skorupa...
Postukał kijem w grzbiet Pożeracza. Zastanowił się i
stuknął jeszcze raz.
- Długo będziesz się bawił?! - warknęła Marya,
rozglądając się nerwowo. Wciąż miała złudzenie, że z
otaczającej zieleni obserwują ją nieprzyjazne oczy.
- Posłuchaj - rzekł Nor-man, pukając znowu. Sięgnął po
garść grubych wici sterczących z karku zwłok i pociągnął.
Coś trzasnęło z cicha i część pancerza odgięła się.
- On jest pusty w środku. To znaczy, to na wierzchu nie
jest jego ciałem.
Nor-man oczyścił z grubsza kawałek wielkiego ramienia.
Spod nawarstwionego brudu ukazały się nieregularne
zielonkawe, brązowe i czarne plamy. Nóż wyszczerbił się na
gładkiej powierzchni.
- Twarde. Ciekawe, co ma pod spodem?
Merya klepnęła towarzysza w policzek.
- Następnego możesz rozebrać na kawałki. Będzie
przynajmniej świeży. Ale musi być ten następny, rozumiesz?!
Nor-man spokorniał.
- Rozumiem. Tylko jeszcze jedno...
Merya, choć rozzłoszczona, postanowiła zdobyć się na
jeszcze trochę cierpliwości.
- Co?
- Ścierwojady napoczęły Pożeracza i zdechły. A tam, gdzie
się wykrwawił, nie chce nic rosnąć. A czy on, gdyby zeżarł
ścierwojada albo któreś z nas, albo cokolwiek... czy też by
zdechł? Rozumiesz... - Ciągnął pospiesznie, widząc, że Merya za
chwilę trzepnie go w nos. - Pomyślałem, że możemy posmarować
czymś groty...
Merya nie opuściła wzniesionej do ciosu ręki, ale zamiast
uderzyć pieszczotliwie przeczesała palcami sierść na czole
łowcy.
- "Kobieta myśli, mężczyzna działa"? Uh... uh... Gdyby
Wo-grt cię słyszała.
Wybuchnęła śmiechem.
- Chodź, mężczyzno, poszukamy jakiejś trucizny na twojego
potwora.

Merya napięła cięciwę, starając się wycelować w miękkie
miejsce pomiędzy częściami pancerza. Pożeracz Drzew poruszył
się z chrzęstem. Merya opuściła łuk, besztając się w
myślach.
Natrafiła na Pożeracza w czasie zwyczajowego obchodu
wzdłuż granic urodzinowego zagajnika. Jego plamiasty pancerz
zlewał się z listowiem i zauważyła go tylko przypadkiem.
Wycofała się ostrożnie za drzewo i, przyglądając się
szerokim plecom wroga, zastanawiała się co dalej. Miejsce,
które wybrali na pułapkę, oddalone było o wiele way'rt stąd.
Tam, gdzie Nor-man i Merya znali każdy pagórek i dołek,
każdy krzak i gałąź. Wytyczyli sobie szybkie trasy z konaru
na konar, z drzewa na drzewo. Niezauważalni pod maskującym
rysunkiem, bezpieczni wysoko, poza zasięgiem łap Pożeraczy
Drzew.
Merya zdjęła strzałę z cięciwy i wsunęła ją z powrotem do
kołczana. Nor-man strzelał znacznie lepiej od niej. Nie
wykonując gwałtownych ruchów, wymacała palcami stopy kamyk,
podniosła go i rzuciła. Zagrzechotał po nierównościach
pancerza czającej się wśród zarośli postaci. Pożeracz Drzew
poruszył się gwałtownie. Z chrzęstem i dziwacznym wizgiem,
łamiąc gałązki, wytoczył się z krzewów. Merya po raz
pierwszy usłyszała jego głos - niesamowity język, w którym
obce słowa brzmiały jak przeciągłe dźwięki zwalnianych
cięciw.
- Weeezzzz...
Merya przyciskała się plecami do grubego pnia, marząc, by
kora rozstąpiła się i ukryła ją.
- Zeepeet goot... keelll joą...
Ziemia drgnęła, gdy obcy przechodził, oddzielony od Meryi
tylko (jakże cienką!) warstwą drewna. Cicha i nieuchwytna
jak cień, kobieta przemknęła pod niskimi gałązkami. Okrążyła
powolnego stwora i kryjąc się między przyjazną zielenią,
złamała z trzaskiem suchy patyk. Tak drażniąc potwora,
rzucając kawałkami kory, szeleszcząc liśćmi prowadziła go w
zasadzkę. Czołgała się pod gęstymi zasłonami wybujałych
traw, wspinała na drzewa, podążając górą. Wreszcie dojrzała
martwy zewłok, zwisający bezwładnie na podpórkach.
Wyświergotała w przestrzeń ustalony sygnał. Raz i drugi. Nie
widziała Nor-mana, a nawet nie starała się go dostrzec.
Wystarczała jej wiedza, że gdzieś tam był - na posterunku,
jak zawsze niezawodny.
Pożeracz Drzew zatrzymał się, zaskoczony niespodziewanym
widokiem. Przez kilka chwil mamrotał swym brzękliwym głosem,
czujnie obserwując otoczenie. Merya ukryta w rozwidleniu
gałęzi gryzła palce. Gdzie jest strażnik? Tymczasem Pożeracz
podszedł do zwłok, nieproporcjonalnie wielką łapą zaczął
wycierać zaschłe błoto z pancerza martwego. Wtem zachwiał
się, kaszlnął głośno, sięgając do gardła, gdzie nagle
wykwitła strzała. Dusząc się, machnął potężnym ramieniem.
Coś z trzaskiem, gęsto jak nagły deszcz, sypnęło się z niego
w las, odłupując płaty kory i zrywając liście. Merya zza
osłony drzewa posłała swoją strzałę. Utkwiła w brzuchu
giganta. Rzucił się w las na oślep, a Merya ze zdumieniem i
dziką uciechą uświadomiła sobie, że wróg ucieka.
Kolejna strzała Nor-mana odnalazła czuły punkt na nodze
uciekiniera. Kulejąc przebiegł jeszcze kilka kroków i upadł,
niezgrabnie poruszając kończynami jak zdychający skorupiak.
Nor-man wynurzył się z zieleni tuż obok. Podchodził
ostrożnie, dzierżąc nóż. Pożeracz Drzew żył jeszcze. Dławił
się, wykrztuszając strumienie jaskrawoczerwonej krwi. Z
przeciągłym, szarpiącym nerwy "wiiing-klang" z ciężkiej łapy
wysunęły się lśniące pazury. Nor-man odskoczył. Ale była to
ostatnie groźba Pożeracza. Przestał oddychać.
Nor-man pochylił się ciekawie nad nieruchomym ciałem. Z
fascynacją badał niezrozumiałe połączenia nie-skóry, nie-
kamienia i nie-drewna. Skubał, szarpał, pociągał. Wtem z
głośnym klapnięciem całe ramię Pożeracza Drzew oddzieliło
się od reszty pancerza i potoczyło w trawę. Spod niego
ukazało się drugie, znacznie szczuplejsze, z dość zwyczajnym
łokciem, nadgarstkiem i palcami zamiast długich szponów.
Merya przyglądała się temu posępnie. Nor-man sięgnął do
wielkiego, błyszczącego oka Pożeracza, lecz Merya chwyciła
go za rękę i zatrzymała.
- Nie. Przestań.
- Czemu?
Merya spojrzała na niekształtny nos i półotwarte usta -
jedyne kawałki odkrytego ciała martwej istoty.
- Jeśli zobaczę, że on ma pod spodem dwoje oczu jak my,
to nie będę mogła ich zabijać.
Głośny szelest rozgarnianych gałęzi i trzask nadepniętego
chrustu w porę ostrzegł parę łowców. Ukryli się na moment
przed pojawieniem się następnego Pożeracza Drzew. Tak jak
poprzedni, zatrzymał się na chwilę przy trupie. Potem
dostrzegł ciało towarzysza. Zbliżał się do niego powoli,
obracając się i rozglądając - czujny i spięty. Ramiona
okryte absurdalnie grubym pancerzem zataczały krótkie
półkola.
- "Niepewny strzał" - zaświergotał Nor-man.
- "Czekaj" - gwizdnęła ptasio Merya.
Pożeracz schylił się nad zabitym. Przewrócił ciało na
wznak.
- "Nasze strzały" - zagwizdała łowczyni.
- "Wkrótce nieważne" - odpowiedział strażnik.
Pożeracz Drzew wyprostował się, mówiąc coś do siebie.
- Korriiell zzort iizdeed... uogt...
Dalsze słowa zagłuszył nagły huk. Niezwykła siła targnęła
Pożeraczem, cisnęła przez powietrze. Zwalił się w gąszcz,
siejąc odłamki pancerza. Na skrawek wolnej przestrzeni
wypadł wielki ciemny kształt. Również z rasy Pożeraczy, lecz
nie łaciaty, a matowoczarny. Szarżował w stronę powalonego,
wznosząc pazury do ciosu. Od strony rannego rozległo się
głośne buczenie i biegnący... rozleciał się w kawały! Huk
przetoczył się po łowcach jak ciężkie zwierzę, wgniatając im
membrany do wnętrza czaszek. Zmuszając do wciskania twarzy w
mech i drapiące suche liście. Coś syczało, pękało, rozrywało
się. Wreszcie zapadła cisza.
- Niech mnie zjedzą - stęknął Nor-man słabo.
Merya delikatnie obmacała membranę, stwierdzając, że
dziwnie szumi jej w głowie. Wstrzymując oddech, wyjrzeli z
kryjówki.
Po czarnym Pożeraczu Drzew zostało spore wgłębienie w
ziemi, walające się wokoło fragmenty skorup i ochłapy mięsa.
Rozglądali się z osłupieniem. Maleńka planka wyglądała,
jakby zryło ją stado oszalałych grzebołapów.
- Ja w to nie wierzę - wymamrotał łowca. - Niech mnie
zjedzą, to nie jest prawda!
Merya pociągnęła go lekko za włosy.
- Nie gap się. Chodź, zobaczymy, czy tamten za bardzo nie
krwawi. Leży blisko urodzinowego drzewa.
Ciało Pożeracza wpół leżało, oparte o gęstą kępę młodych
drzewek. Strzaskany pancerz częściowo odpadł, odsłaniając
zmasakrowaną zawartość.
- Nie żyje - ocenił Nor-man.
- Nadal masz ochotę zobaczyć, co ma w środku? - spytała
Merya ponuro.
- Nie - odparł krótko i wskazał na twarz Pożeracza.
Lśniąca osłona pękła i skruszyła się. Odkryta w ten sposób
jedna powieka Pożeracza Drzew drgnęła i uniosła się. Oko
było bladoniebieskie jak zabiedzone niebo. Merya westchnęła
spazmatycznie, gdy spojrzało prosto na nią. Grube wargi
istoty rozciągnęły się, grożąc zębami.
- E...lfs... - wytchnął ostatkiem sił.
- Chooo... dźdźmyy stąąąd...! - zażądała Merya drżącym
głosem.

- Waya nadchodzą! - zawołał Nor-man z wysokości korony
drzewa. Po chwili zsunął się na najniższą gałąź, zawisł na
rękach i zeskoczył tuż obok Meryi, która kończyła malować
kręte linie na skórze.
- A więc skończył się jeden okrąg - powiedziała. - Okrąg
Pożeraczy Drzew. Jaki będzie następny?
- Nie wiem - odrzekł Nor-man siadając. - Może wcale nie
będę go miał? Jestem kulawy, Merya.
- Jesteś wspaniały - sprostowała. - Wo-grt nigdy nie
wyśle cię do spiżarni, dopóki ja będę miała coś do
powiedzenia!
Wstała przyjmując buńczuczną postawę "dominacja".
- Dobrze wyglądam?
Nor-man przyjrzał się jej z upodobaniem. Ciężkie życie w
lesie zahartowało ją. Wyglądała imponująco w łowieckiej
uprzęży, z nożem i łukiem. Włosy na karku związała w węzeł i
wpięła w nie dwa stępione pazury Pożeracza Drzew.
- Wo-grt nie będzie mogła nam nic nakazać - powiedziała
ruszając nosem z zaczepną miną.
- He?... - rzekł Nor-man z powątpiewaniem.
Merya sięgnęła po naczynie z farbą i namalowała sobie na
brzuchu trzy płodoznaki.
- Yyyy!! Nic nie mówiłaś...!! - krzyknął Nor-man,
wstrząśnięty. Trzy żeńskie zarodki u jednej kobiety na raz -
to było niesłychane.
- Były ważniejsze rzeczy do zrobienia - odparła Merya
niedbale, ale wyraźnie zadowolona z wrażenia, jakie wywarła.
- W każdym razie Wo-grt nie może nam nic zrobić. JA będę
nową przywódczynią.
Nor-man z nieodgadnioną miną bawił się nożem, także
zrobionym z pazura Pożeracza. Merya chwyciła jego głowę w
obie ręce i czule przycisnęła nos do jego nosa.
- Wo-grt odejdzie z waya, a z nią ci, którzy zechcą. Inni
wybiorą las i plemię Strażników. Nasze dzieci znów wybiorą i
ich dzieci także.
Nor-man uniósł nóż, aż błysnął w słonecznym promieniu.
- Czeka nas dobre życie - stwierdził z zadowoleniem. -
Może krótkie, ale ciekawe.
Para strażników - zalążek nowego szczepu - poszła ramię w
ramię do koleiny waya. Oznajmić o swoim wyborze.

Gdańsk 1994-1995
Ewa Białołęcka

EWA BIAŁOŁĘCKA
Autorka największej sensacji ubiegłego roku. Jej "Tkacz
Iluzji" ("NF" 8/94) zajął pierwsze miejsce w czytelniczym
plebiscycie na najlepsze opowiadanie "NF" 1994 roku,
wygrywając z Sapkowskim, Connerem i Lewandowskim. Podobnie
czytelnicy "SFinksa" uznali "Tkacza..." za najciekawsze
polskie opowiadanie 1994 roku.
Prezentowany dziś "Okręg Pożeraczy Drzew", tekst ciepły,
urokliwy (w elegancki i mądry sposób przekraczający granice
dzielącego nas ostatnio płciowego zacietrzewienia) jest przede
wszystkim opowieścią o świecie, o jego mechanizmach i ich
odkrywaniu. "Tkacz Iluzji" natomiast koncentrował się na
barwnej jednostce, badał jej uczucia i duszę. Proszę,
uwzględnijcie Państwo tę różnicę, kiedy będziecie porównywać
opowiadania (a także swoje wrażenia i wzruszenia), by
później przystąpić do bezlitosnych fanowskich rozstrzygnięć
- idzie ta Białołęcka w górę czy też, ewentualnie,
definitywnie się kończy (!?).
(mp)
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •