ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi



III





Lśniący stół konferencyjny był równie bezduszny i twardy, jak ośmiu siedzących
wokół niego ludzi - senatorów i oficerów Imperium. Szturmowcy trzymali straż
przy wejściu do sali, skąpo oświetlonej zimnym blaskiem wbudowanych w stół i
ściany lamp. Przemawiał właśnie jeden z najmłodszych spośród obecnych tu
mężczyzn. Demonstrował postawę człowieka, który wspiął się wysoko i szybko za
pomocą metod, których lepiej nie badać nazbyt dokładnie. Umysł generała Taggego
przejawiał pewne oznaki zwichniętego geniuszu, lecz nie tylko temu oficer
zawdzięczał swą obecną eksponowaną pozycję. Równie pomocne były inne, niezbyt
chwalebne uzdolnienia generała.
Miał na sobie świetnie skrojony mundur i był nie mniej czysty niż ktokolwiek z
obecnych, jednak siedmiu pozostałych starało się unikać dotykania go. Wydawał
się śliski, choć wrażenie to było raczej psychicznej niż fizycznej natury. Mimo
to wielu go szanowało. Albo bało się.
- Mówię wam, tym razem posunął się za daleko - dowodził gwałtownie. - To, co
narzucił nam ten Lord Sith, powołując się na wolę Imperatora, może doprowadzić
do klęski. Nie jesteśmy całkowicie bezpieczni tak długo, jak długo ta stacja
bojowa nie jest w pełni gotowa do akcji. Niektórzy z was, jak się wydaje, nie
zdają sobie sprawy, jak dobrze zorganizowane i wyposażone jest rebelianckie
Sprzymierzenie. Mają znakomite statki i jeszcze lepszych pilotów. I pcha ich coś
więcej niż tylko silniki: ich pierwotny fanatyzm. Są niebezpieczniejsi, niż
większość z was przypuszcza.
Jeden ze starszych oficerów poruszył się nerwowo na krześle. Jego twarz znaczyły
blizny tak głębokie, że nawet chirurgia plastyczna nie potrafiła ich ukryć.
- Niebezpieczni dla pańskiej floty, generale, nie dla tej stacji - ukryte w
sieci zmarszczek oczy przypatrywały się kolejno siedzącym wokół stołu. - Ja na
przykład uważam, że Lord Vader wie, co robi. Rebelia potrwa tak długo, jak długo
ci tchórze będą mieli kryjówkę; miejsce, gdzie wypoczywają ich piloci i gdzie
remontują swoje statki.
- Nie mogę przyznać panu racji, Romodi - sprzeciwił się Tagge. - Moim zdaniem
budowa tej stacji wiąże się raczej z pragnieniem władzy i uznania gubernatora
Tarkina niż z jakąkolwiek rozsądną strategią. Buntownicy będą mieli coraz
silniejsze poparcie w Senacie, dopóki...
Przerwał mu odgłos rozsuwających się drzwi i trzask butów strażników
wyprężających się w pozycji "baczność". Spojrzał w tamtą stronę, tak samo jak
wszyscy pozostali.
Do sali weszły dwie osoby, tak różniące się wyglądem, jak podobne były ich cele.
Od strony Taggego szedł chudy mężczyzna z fryzury i sylwetki przypominający
starą miotłę. Wyraz jego twarzy przywodził na myśl spokojną piranię. Grand Moff
Tarkin, gubernator licznych zewnętrznych prowincji Imperium, wyglądał jak karzeł
wobec potężnej, okrytej zbroją postaci Lorda Dartha Vadera.
Tagge, ustępujący, lecz nie zrezygnowany, usiadł powoli, a Tarkin zajął swoje
miejsce u szczytu stołu. Vader stanął obok - przytłaczająca figura przy fotelu
gubernatora. Tarkin patrzył przez chwilę w stronę Taggego, po czym, jakby go nie
zauważając, odwrócił wzrok. Generał żachnął się, lecz milczał.
Tarkin zmierzył spojrzeniem obecnych. Na jego marzy zastygł zimny uśmiech
satysfakcji:
- Panowie, nie musimy już poświęcać naszego czasu Senatowi Imperium -
powiedział. - Właśnie otrzymałem wiadomość, że Cesarz rozwiązał to niefortunne
zgromadzenie. Definitywnie.
Wśród zebranych rozległy się zdumione szepty.
- Ostatnie pozostałości Dawnej Republiki - mówił dalej Tarkin - zostały
ostatecznie odrzucone.
- To niemożliwe - przerwał Tagge. - W jaki sposób Cesarz zdoła utrzymać kontrolę
nad biurokracją Imperium?
- Musi pan zrozumieć, że reprezentacja senacka nie została formalnie zniesiona -
wyjaśnił Tarkin. - Została jedynie zawieszona na czas... - uśmiechnął się nieco
szerzej - ...trwania zagrożenia. Bezpośredni nadzór sprawują teraz Gubernatorzy,
którzy mają wolą rękę w zarządzaniu podległymi im terytoriami. Oznacza to, że
obecność Imperium wreszcie będzie mogła odpowiednio oddziaływać na
niezdecydowane planety. Od tej chwili strach utrzyma w posłuchu potencjalnie
zdradzieckie lokalne rządy. Strach przed flotą Imperium... i strach przed tą
stacją bojową.
- A co z rebelią? - zapytał Tagge.
- Jeżeli buntownicy jakimś sposobem uzyskają dostęp do pełnej dokumentacji
technicznej tej stacji, zdołają być może zlokalizować jej słaby punkt, który
będą mogli wykorzystać - uśmiech Tarkina zmienił się w skrzywienie warg.
Naturalnie wszyscy wiemy, jak starannie chronione są tak istotne dane. Nie jest
możliwe, by wpadły w ręce rebeliantów.
- Dane, do których czyni pan aluzje - warknął Vader - wkrótce zostaną odzyskane.
Jeżeli...
Tarkin przerwał mu niedbałym tonem, na jaki nie odważyłby się nikt z obecnych.
- To nieistotne. Każdy atak buntowników na tę stację będzie aktem samobójczym.
Samobójczym i bezcelowym, niezależnie od jakichkolwiek informacji, jakie zdołają
uzyskać. Po wielu długich latach utrzymywanej w tajemnicy budowy - oświadczył z
wyraźną przyjemnością - stacja stała się rozstrzygającą siłą w tej części
wszechświata. O wydarzeniach w tym regionie nie będzie już decydował los, ustawy
czy jakiekolwiek inne działanie. Będzie o nich decydować ta stacja!
Wielka, okryta metalową rękawicą dłoń Vadera wykonała drobny gest i jeden z
napełnionych kielichów posłusznie popłynął w jej stronę. Lekko strofującym tonem
Czarny Lord kontynuował swoją wypowiedź.
- Proszę się tak nie zachwycać tą technologiczną zgrozą, którą pan spłodził,
Tarkin. Zdolność zniszczenia miasta, planety, nawet całego układu niewiele
znaczy wobec potęgi Mocy.
- Moc - parsknął Tagge. - Nas nie musi pan straszyć magicznymi sztuczkami,
Lordzie Vader. Pańskie zasmucające oddanie tej dawnej mitologii nie pomogło panu
w odzyskaniu skradzionych taśm. Nie obdarzyło także pana zdolnością
jasnowidzenia, pozwalającą na zlokalizowanie ukrytej fortecy buntowników. Cóż,
to chyba wystarczy, aby tylko śmiać się...
Nagle jego oczy wyszły z orbit. Sięgnął rękami do krtani, a jego skóra zaczęła
przybierać niepokojąco siną barwę.
- Pański brak wiary -stwierdził łagodnie Vader - wydaje mi się nieco irytujący.
- Dość tego - warknął zdenerwowany Tarkin. - Puść go, Vader. Sprzeczki między
nami nie mają sensu.
Lord Sith wzruszył ramionami, jakby całe to zajście nie miało znaczenia. Tagge,
masując szyję, opadł na krzesło. Zalęknionym wzrokiem wpatrywał się w czarnego
olbrzyma.
- Lord Vader poinformuje nas o położeniu bazy rebeliantów zanim stacja zostanie
uznana za zdolną do działań - oświadczył Tarkin. - A gdy poznamy jej
lokalizację, udamy się na miejsce i zniszczymy ją całkowicie, jednym ciosem
rozbijając tę żałosną rebelię.
- Życzeniom Imperatora - dodał nie bez ironii Vader - stanie się zadość.
Jeżeli nawet któraś z siedzących przy stole wysoko postawionych osób miała
jakiekolwiek zastrzeżenia co do jego pozbawionego należytego szacunku tonu, to
jedno spojrzenie na Taggego wystarczyło, by zniechęcić ją do ich wyrażania.

Mroczna cela cuchnęła zjełczałym olejem i starymi smarami - istna maszynowa
kostnica. Trzypeo starał się wytrzymać tę ponurą atmosferę najlepiej, jak tylko
potrafił. Ciągle walczył z tym, by nieoczekiwany wstrząs nie cisnął nim o ścianę
lub o którąś z maszyn.
Dla oszczędności energii, a także aby nie słuchać nieprzerwanego potoku skarg
wyższego kolegi, Erdwa Dedwa zablokował wszystkie funkcje zewnętrzne. Leżał
bezwładnie na stosie drobnych części, wyniośle nie przejmując się swym przyszłym
losem.
- Czy to nigdy się nie skończy? - jęknął Trzypeo, gdy kolejny gwałtowny podskok
wstrząsnął brutalnie gromadką więźniów. Zdążył już stworzyć i odrzucić pół setki
teorii dotyczących czekającego ich strasznego końca. Teraz została mu tylko
pewność, że ich ostateczna zguba będzie straszniejsza niż cokolwiek, co potrafił
sobie wyobrazić.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, nastąpiło coś bardziej niepokojącego niż
najbardziej niemiłosierny wstrząs - wycie silnika piaskoczołgu ucichło. Wehikuł,
jakby w odpowiedzi na pytanie Trzypeo, zatrzymał się. W celi rozległo się
nerwowe brzęczenie - to maszyny, które zachowały jeszcze ślad świadomości, snuły
domysły, co do ich położenia i ewentualnego przyszłego losu.
Trzypeo dowiedział się wreszcie czegoś na temat istot, które go schwytały oraz
motywów, jakimi prawdopodobnie się kierowały. Miejscowi jeńcy wyjaśnili mu
naturę tych quasi-ludzkich wędrowców, Jawów. Podróżując w gigantycznych
domach-fortecach przemierzali najbardziej niegościnne regiony Tatooine w
poszukiwaniu cennych minerałów i zdatnych jeszcze do użytku maszyn. Nikt ich nie
widział bez okrywających całe ciało opończy i masek piaskowych. Nikt zatem nie
wiedział dokładnie, jak wyglądają. Fama głosiła, że są wręcz niezwykle paskudni.
Trzypeo nie trzeba było o tym przekonywać.
Pochyliwszy się nad swym wciąż nieruchomym przyjacielem, zaczął miarowo
potrząsać beczkowatym korpusem. Czujniki zewnętrzne Erdwa działały i po chwili
światła w przedniej części jego kadłuba zaczęły kolejno budzić się do życia.
- Zbudź się! - przynaglał Trzypeo. - Zatrzymaliśmy się gdzieś.
Podobnie jak kilka innych, obdarzonych bogatszą wyobraźnią robotów, badał
zalęknionym spojrzeniem metalowe ściany oczekując, że lada chwila uchyli się
ukryta klapa i wielkie, stalowe ramię zacznie gmerać we wnętrzu celi, próbując
go znaleźć.
- Nie ma wątpliwości, jesteśmy zgubieni - stwierdził żałosnym głosem, gdy Erdwa
wyprostował się, powracając do stanu aktywności. - Myślisz, że nas przetopią? -
milczał przez chwilę, po czym dodał: - To czekanie mnie dobija.
Nagle przeciwległa ściana komory odsunęła się i do wnętrza wpadło oślepiające
światło poranka Tatooine. Czułe fotoreceptory Trzypeo ledwie zdążyły
przystosować się na czas, by uniknąć poważniejszych uszkodzeń.
Do komory wskoczyło zwinnie kilku wstrętnie wyglądających Jawów, okrytych wciąż
tym samym brudem i zawojami, które Trzypeo widział na nich poprzednim razem.
Zaczęli poszturchiwać schwytane maszyny bronią dziwacznej konstrukcji. Trzypeo w
myśli przełknął nerwowo ślinę zauważywszy, że kilka robotów nawet nie drgnęło.
Ignorując nieruchomych jeńców, Jawowie popędzili pozostałych, wśród nich Erdwa i
Trzypeo, na zewnątrz. Tam ustawili ich w nierównym szeregu. Osłaniając oczy od
blasku, Trzypeo zaobserwował, że robotów było pięć. Stały przy boku wielkiego
piaskoczołgu. Myśl o ucieczce nawet nie zaświtała w jego umyśle. To pojęcie było
maszynom najzupełniej obce - tym bardziej wstrętne i nie do pomyślenia, im
wyższy był ich poziom inteligencji. Zresztą, gdyby tylko spróbował uciekać,
wbudowane czujniki natychmiast wykryłyby to krytyczne zakłócenie funkcji
logicznych i wytopiły wszystkie obwody jego mózgu.
Przyglądał się więc niewielkim kopułom i skraplaczom, wskazującym na istnienie
podziemnej siedziby ludzi. Wprawdzie konstrukcje tego typu były mu obce, jednak
wszystko wskazywało na porządne, choć odizolowane osiedle. Powoli przestał się
obawiać, że zostanie rozebrany na części albo zmuszony do niewolniczej pracy w
wysokich temperaturach jakiejś kopalni. Odpowiednio do tego poprawiło się też
jego samopoczucie.
- Może nie będzie tak źle - mruknął z nadzieją. Jeśli tylko uda się nam
przekonać te dwunogie paskudy, żeby nas tu wyładowały, to możemy znowu trafić do
sensownej służby u ludzi zamiast skończyć jako żużel.
Erdwa pisnął coś wymijająco. Obie maszyny umilkły, gdyż Jawowie zaczęli krzątać
się wokół nich. Próbowali wyprostować nieszczęsnego robota z fatalnie
skrzywionym grzbietem, przecierali i otrzepywali, maskując wgniecenia innych.
Dwaj uwijali się wokół niego, czyszcząc zabrudzoną piaskiem powłokę. Trzypeo
stłumił odruch wstrętu. Jedną z jego funkcji, jako analogonu człowieka, była
naturalna reakcja na odrażające zapachy, a higiena była najwyraźniej pojęciem
zupełnie wśród Jawów nieznanym. Postanowił nie uświadamiać im tego. Był pewien,
że spotkałyby go same nieprzyjemności.
Chmury drobnych owadów unosiły się wokół twarzy Jawów, ci jednak nie zwracali
uwagi na te drobne utrapienia. Najwyraźniej traktowali je tak, jakby były
jeszcze jedną częścią ich ciał, w rodzaju dodatkowej ręki czy nogi.
Obserwacja pochłonęła Trzypeo tak dalece, że nie zauważył dwóch postaci,
zbliżających się ku nim od strony największej z kopuł. Erdwa musiał go lekko
szturchnąć, aby uniósł głowę.
Twarz pierwszego z mężczyzn wyrażała posępne, nieomal wieczne znużenie, wyryte w
rysach przez zbyt wiele lat zmagań z wrogim środowiskiem. Jego splątane,
siwiejące włosy przypominały gipsowe loki posągu. Kurz pokrywał mu twarz,
ubranie, ręce i myśli. Ciało jednak, w przeciwieństwie do ducha, było potężne.
Luke wydawał się niski przy godnej zapaśnika sylwetce wuja. Przygarbiony kroczył
w jego cieniu, zniechęcony raczej niż zmęczony. Myślał o wielu sprawach nie
mających wiele wspólnego z rolnictwem.
Zastanawiał się nad swoją przyszłością, a także nad decyzją swego najlepszego
przyjaciela, który tak niedawno odszedł poza błękitne niebo, by poświęcić się
trudniejszej, lecz piękniejszej karierze.
Wyższy z ludzi zatrzymał się przed grupką robotów i zaczął dziwny zgrzytliwy
dialog z przywódcą Jawów. Jeżeli chciały, stworzenia te pozwalały się zrozumieć.

Luke stał z boku i przysłuchiwał się obojętnie. Zbliżył się, gdy wuj zaczął
inspekcję piątki robotów. Z rzadka tylko rzucał jakąś uwagę do swego
siostrzeńca. Młody człowiek zdawał sobie sprawę, że powinien się uczyć, lecz
trudno mu było się skupić.
- Luke! Hej, Luke! - rozległo się wołanie. Pozostawiając szefa Jawów,
wynoszącego pod niebiosa zalety wszystkich maszyn, i wuja, który je wyśmiewał,
chłopiec odwrócił się i podszedł do krawędzi podziemnego dziedzińca. Spojrzał w
dół. Tęga kobieta o wyrazie twarzy zagubionego wróbla krzątała się wśród
ozdobnych roślin. Uniosła głowę i popatrzyła na niego.
- Luke, nie zapomnij powiedzieć Owenowi, że jeśli będzie kupował tłumacza, to
niech się upewni, że zna Bocce.
Luke spojrzał przez ramię na pstrą kolekcję wymęczonych robotów.
- Wygląda na to, że nie mamy zbyt wielkiego wyboru - zawołał. - Ale powiem mu.
Kiwnęła głową, a Luke odszedł, by dołączyć do wuja.
Owen Lars najwyraźniej podjął już decyzję. Wybrał niewielkiego robota
semirolniczego, podobnego sylwetką do Erdwa Dedwa. Jego liczne ramiona
pomocnicze przeznaczone były do spełniania najrozmaitszych funkcji. Na rozkaz
wystąpił z szeregu i podążył za Owenem i milczącym chwilowo Jawą.
Doszli do końca szeregu. Farmer zmrużonymi oczami przypatrywał się porysowanej,
lecz ciągle lśniącej brązem powłoce wysokiego, humanoidalnego Trzypeo.
- Zakładam, że funkcjonujesz - burknął. - Czy znasz protokół i etykietę?
- Czy znam protokół? - powtórzył Trzypeo, gdy Owen badał go wzrokiem od stóp do
głów. - Czy znam protokół! To moja zasadnicza funkcja. Jestem także...
- Niepotrzebny mi android od protokołu - rzucił sucho człowiek.
- Trudno się dziwić, sir = przytaknął pospiesznie Trzypeo. - W pełni się z panem
zgadzam. Czy w tym klimacie można sobie wyobrazić bardziej bezużyteczny
przedmiot? Dla kogoś o pańskich zainteresowaniach, sir, android protokolarny
byłby jedynie niepotrzebną stratą pieniędzy. Nie, sir, moim drugim imieniem jest
uniwersalność. Ce U Trzypeo - U znaczy uniwersalność - do pańskich usług.
Zaprogramowano mnie na ponad trzydzieści dodatkowych funkcji, wymagających
jedynie...
- Potrzebuję - przerwał farmer, okazując wielkopańskie lekceważenie, dla nie
nazwanych jeszcze dodatkowych funkcji Trzypeo - androida, który wiedziałby coś o
binarnym języku niezależnie programowanych skraplaczy wilgoci.
- Skraplacze! Obaj mamy szczęście! - zawołał robot. - Moim pierwszym zajęciem
postzasadniczym było programowanie podnośników binarnych. Konstrukcją i
działaniem pamięci bardzo przypominały pańskie skraplacze. Można niemal
powiedzieć...
Luke klepnął wuja w ramię i szepnął mu coś do ucha. Ten skinął głową i znów
zwrócił się do słuchającego uważnie Trzypeo.
- Czy znasz Bocce?
- Oczywiście, sir - odparł robot, pewny siebie z powodu tej uczciwej, tym razem,
odpowiedzi. - To jakby mój drugi język. Mówię Bocce płynnie jak...
Owen Lars najwyraźniej postanowił ani razu nie pozwolić mu dokończyć.
- Zamknij się - powiedział i zwrócił się do Jawy. - Tego też wezmę.
- Już się zamykam, sir - odpowiedział szybko Trzypeo, z trudem kryjąc radość, że
został wybrany. - Zabierz je do garażu, Luke - polecił chłopcu wuj. - Chcę,
żebyś je oczyścił do kolacji.
Luke spojrzał na niego pytająco.
- Przecież miałem jechać do stacji Tosche po nowe konwertory energetyczne i...
- Nie bujaj, Luke - przerwał surowym tonem Owen Lars. - Nie mam nic przeciw
temu, żebyś marnował czas ze swymi kolegami-nierobami, ale najpierw musisz
zrobić to, co do ciebie należy. A teraz bierz się do roboty. I pamiętaj, do
kolacji.
Luke wiedział, że spór z wujem nie ma sensu. Przygnębiony spojrzał na Trzypeo i
małego robota rolniczego.
- Chodźcie za mną, wy dwaj.
Ruszyli w stronę garażu. Owen rozpoczął z szefem Jawów negocjacje w sprawie
ceny. Pozostali Jawowie prowadzili roboty do piaskoczołgu, gdy nagle rozległ się
rozpaczliwy niemal gwizd. Luke obejrzał się i zobaczył, jak jednostka R2 wyrywa
się z szeregu i sunie w jego stronę. Natychmiast powstrzymał ją jeden ze
strażników, trzymający urządzenie sterujące, którym zaktywizował krążek,
przymocowany do płyty czołowej robota.
Luke z zainteresowaniem przyglądał się buntowniczej maszynie. Trzypeo chciał coś
powiedzieć, lecz

po chwili zastanowienia zrezygnował. Milcząc patrzył wprost przed siebie.
Minutę później coś obok nich skrzypnęło głośno. Luke spojrzał w dół i zobaczył,
że w górnej części robota rolniczego odskoczyła płyta czołowa. Z odsłoniętego
wnętrza dobiegały zgrzytliwe dźwięki. Po chwili części maszyny sypnęły się na
piaszczysty grunt.
Luke pochylił się i zajrzał do plującej podzespołami maszyny.
- Wujku Owenie! - zawołał. - Rozleciał się centralny serwomotor tego
kultywatora! Popatrz... Sięgnął do wnętrza, spróbował podregulować urządzenie i
szybko cofnął rękę, gdy coś zaczęło silnie iskrzyć. W czystym powietrzu pustyni
rozszedł się zapach przypiekanej izolacji i skorodowanych obwodów - woń
mechanicznej śmierci.
Owen Lars zmierzył wzrokiem zdenerwowanego Jawę.
- Co za złom chcecie nam wepchnąć?
jawa odpowiedział coś głośno i z oburzeniem, jednocześnie przezornie odsuwając
się na kilka kroków od potężnego człowieka. Niepokoiło go to, że ów człowiek
stał pomiędzy nim a wejściem do bezpiecznego wnętrza piaskoczołgu.
Tymczasem Erdwa Dedwa odłączył się od grupy robotów prowadzonych w stronę
ruchomej fortecy. Było to niezbyt trudne, jako że uwaga Jawów skupiona była na
dowódcy kłócącym się z wujem Luke'a.
Nie posiadając wyposażenia pozwalającego na gwałtowną gestykulację, Erdwa po
prostu wydał z siebie wysoki gwizd. Przerwał wtedy, gdy był już pewien, że
zwrócił na siebie uwagę Trzypeo. Wysoki android delikatnie klepnął Luke'a w
ramię.
- Jeśli mogę coś zasugerować, sir... - szepnął konspiracyjnie. - Ta jednostka R2
to prawdziwa okazja. W idealnym stanie. Nie wierzę, żeby te stwory miały
pojęcie, jaka jest dobra. Nie pozwól, żeby piasek i kurz wprowadziły cię w błąd.

Nastrój Luke'a sprzyjał szybkim decyzjom, nieważne - słusznym czy nie.
- Wujku Owenie!
Farmer spojrzał na Luke'a, starając się nie tracić Jawy z pola widzenia.
Chłopiec machnął ręką w stronę Erdwa Dedwa.
- Nie róbmy sobie problemów. Może wymienimy to... - wskazał wypalonego robota
rolniczego - na tego?
Owen Lars zmierzył Erdwa okiem profesjonalisty i zastanowił się. Jawowie, ci
mali śmieciarze, byli urodzonymi tchórzami, mogli jednak zareagować gwałtownie.
Mogli zmiażdżyć piaskoczołgiem budynki, nawet ryzykując krwawy odwet ze strony
ludzkiej społeczności.
Widząc, że sytuacja nie gwarantuje wygranej żadnej ze stron, Owen kłócił się
jeszcze przez chwilę, dla porządku, po czym burkliwie wyraził zgodę. Przywódca
Jawów z ociąganiem przystał na zamianę i obaj w myślach odetchnęli z ulgą,
zadowoleni, że udało się uniknąć aktów wrogości. Jawa pochylił się niecierpliwie
i pomrukiwał z chciwości, gdy człowiek wyliczał mu pieniądze.
Tymczasem Luke poprowadził roboty do wykopu w wyschłym gruncie. Po chwili
schodzili już w dół rampą, którą elektrostatyczne wymiatacze chroniły od
przysypującego piasku.
- Nie zapomnij, co dla ciebie zrobiłem - mruknął Trzypeo, pochylając się nad
niewysokim kadłubem Erdwa. - Sprawiasz mi same kłopoty i przekracza moją
zdolność pojmowania, dlaczego nadstawiam za ciebie karku.
Przejście rozszerzyło się, przechodząc we właściwy garaż zarzucony narzędziami i
podzespołami maszyn rolniczych. Wiele wyglądało na mocno zużyte, czasem do
granic rozpadu, jednak światła dodały robotom otuchy. Pomieszczenie wydało im
się domem, obiecywało spokój, którego nie zaznały od tak dawna. W pobliżu środka
garażu stała wielka wanna. Unoszący się z niej zapach przyprawił o drżenie
główne czujniki olfaktoryczne Trzypeo.
Luke uśmiechnął się zauważywszy reakcję robota. - Tak, to kąpiel smarownicza -
zmierzył wzrokiem wysokiego androida. - I sądząc z tego, jak wyglądasz, mógłbyś
w niej siedzieć przez tydzień. Ale na to nie możemy sobie pozwolić. Musi ci
wystarczyć jedno popołudnie.
Zajął się teraz Erdwa Dedwa. Podszedł do niego i szybkim ruchem otworzył panel,
odsłaniając liczne wskaźniki. Gwizdnął zdumiony.
- Co do ciebie - powiedział - to nie mam pojęcia, jak możesz się jeszcze
poruszać. Nie ma się co dziwić, jeśli się zna niechęć Jawów do rozstawania się z
każdym ułamkiem erga. Czas na doładowanie - wskazał wielki blok energetyczny.
Erdwa Dedwa podążył we wskazanym kierunku, pisnął i zakołysał się nad
skrzyniowatą konstrukcją. Znalazł właściwy kabel, po czym automatycznie odrzucił
pokrywę i wetknął potrójną wtyczkę do gniazdka w górnej części korpusu.
Trzypeo podszedł do wielkiej kadzi, wypełnionej niemal po brzegi aromatycznym
smarem. Z zadziwiająco ludzkim westchnieniem wolno opuścił się do pojemnika.
- A teraz zachowujcie się przyzwoicie - polecił Luke, idąc w stronę małego,
dwumiejscowego skoczka. Ten potężny, suborbitalny pojazd znajdował się
w hangarowej sekcji garażu. - Mam swoją robotę do zrobienia.
Na nieszczęście myślał wciąż o swym spotkaniu z Biggsem, więc nie dokonał zbyt
wiele w ciągu najbliższych kilku godzin. Wspominając odlot przyjaciela,
pieszczotliwie pogładził uszkodzony lewy statecznik skoczka - ten, który
nadwerężył, gdy wykonując ostre zwroty i pętle, ścigał w wąskim kominie
wyimaginowanego T-myśliwca. Wystający kawał skały ściął go równie skutecznie, co
strumień energii.
Nagle coś w nim zawrzało. Z nietypową dla siebie gwałtownością cisnął na stół
klucz wspomagający.
- To po prostu świństwo - oświadczył, nie zwracając się do nikogo konkretnego.
Głos załamał mu się rozpaczliwie. - Biggs ma rację. Nigdy się stąd nie
wydostanę. On planuje bunt przeciw Imperium, a ja siedzę na tej nieszczęsnej
farmie.
- Przepraszam bardzo, sir.
Luke obejrzał się szybko, lecz dostrzegł jedynie tego wysokiego androida,
Trzypeo. Jego wygląd mocno kontrastował z tym, co zobaczył widząc go po raz
pierwszy. Złocisty stop pobłyskiwał w świetle lamp, oczyszczony z kurzu i
zadrapań przez silnie działające oleje.
- Czy mógłbym w czymś pomóc, sir?
Patrząc na niego Luke poczuł, że jego gniew ulatnia się. Nie było sensu krzyczeć
na robota i to jeszcze tak, że nic nie zrozumiał.
- Wątpię - odparł. - Chyba że potrafisz zmienić upływ czasu i przyspieszyć
zbiory. Albo wyteleportować mnie z tej kupy piachu, spod samego nosa wuja Owena.

Ironia jest rzeczą trudną do wykrycia, nawet dla bardzo skomplikowanego robota.
Trzypeo zastanowił się więc obiektywnie nad pytaniem.
- Nie sądzę, sir, bym to potrafił - powiedział wreszcie. - jestem tylko
androidem trzeciego stopnia i o takich sprawach, jak fizyka transatomowa, nie
mam wielkiego pojęcia. - Nagle jakby zdał sobie sprawę z wydarzeń ostatnich
kilku dni. - Szczerze mówiąc, sir - mówił dalej, rozglądając się dookoła ze
świeżo rozbudzoną ciekawością - nie jestem pewien nawet, na jakiej planecie się
znajduję.
Luke prychnął kpiąco.
- Jeżeli istnieje jakiekolwiek centrum tego wszechświata - stwierdził ironicznie
- to trafiłeś na planetę, która leży od niego najdalej.
- Tak, panie Luke.
Chłopiec z irytacją potrząsnął głową.
- Zostaw tego pana. Po prostu Luke. A ta planeta nazywa się Tatooine.
- Dziękuję, pa... Luke - robot kiwnął głową. - Jestem Ce Trzypeo, specjalista od
stosunków ludzie - roboty. A to - niedbale wskazał metalowym kciukiem zestaw
ładowania - jest mój towarzysz, Erdwa Dedwa.
- Miło cię poznać, Trzypeo - rzekł swobodnie Luke. - Ciebie także Erdwa.
Przeszedł przez garaż i sprawdził wskaźnik na płycie czołowej mniejszego robota.
Mruknął coś z satysfakcją i zaczął odłączać kabel ładowania, gdy dostrzegł coś,
co sprawiło, że zmarszczył czoło i pochylił się.
- Coś nie w porządku, Luke? - zainteresował się . Trzypeo.
Luke podszedł do szafy z narzędziami i wyjął niewielki, wielokońcówkowy
przyrząd.
- Jeszcze nie wiem, Trzypeo.
Wrócił do zestawu ładującego i pochylony zaczął zeskrobywać niklowanym ostrzem
jakieś wypukłości
z górnej części głowicy Erdwa. Od czasu do czasu odsuwał się, gdy drobne
narzędzie wyrzucało w powietrze strzępki całkowicie skorodowanego metalu.
Trzypeo z zaciekawieniem przyglądał się jego pracy.
- Jest tu masa jakichś zwęgleń. Nie potrafię ich rozpoznać. Wygląda na to, że
oglądaliście sporo niezwykłych wydarzeń.
- Istotnie, sir - przyznał Trzypeo, zapomniawszy o opuszczeniu grzecznościowego
"sir". Luke był zbyt zajęty, by go poprawiać. - Czasem sam się dziwię, że
jesteśmy jeszcze w tak dobrym stanie - a obawiając się gradu pytań Luke'a dodał
tonem refleksji: - A jeszcze ta rebelia i cała reszta...
Wydało mu się, że mimo ostrożności musiał wyznać coś ważnego, gdyż oczy Luke'a
rozbłysły jak u Jawy. - Wiesz coś o powstaniu przeciwko Imperium?
- W pewnym sensie - przyznał niechętnie Trzypeo. - To rebelia jest
odpowiedzialna za to, że znaleźliśmy się tutaj. Rozumiesz? Jesteśmy
uciekinierami.
Nie powiedział, skąd. Zresztą Luke nie robił wrażenia, że go to interesuje.
- Uciekinierzy! A więc widziałem bitwę - podniecony zarzucił robota gradem
pytań. - Powiedz, gdzie byliście? W ilu potyczkach? Jak idzie rebeliantom? Czy
Imperium traktuje ich poważnie? Widzieliście zniszczone statki? Ile?
- Trochę wolniej, sir - poprosił Trzypeo. - Nieprawidłowo ocenia pan nasz
status. Byliśmy przypadkowymi świadkami. Nasze zaangażowanie w rebelię miało
charakter całkowicie marginalny. Co do bitew, to przypuszczam, że
uczestniczyliśmy w kilku. Trudno powiedzieć, jeśli się nie ma bezpośredniego
kontaktu ze sprzętem bojowym - wzruszył ramionami. - Poza tym nie ma wiele do
opowiadania. Proszę pamiętać, sir, że jestem jedynie czymś nieco ważniejszym nie
ozdobnie wykonany tłumacz. Nie potrafię opowiadać ani powtarzać historii, a tym
bardziej ich upiększać. Jestem bardzo dosłowną maszyną.
Rozczarowany Luke powrócił do czyszczenia Erdwa. Dalsze oskrobywanie odsłoniło
coś na tyle dziwnego, że przyciągnęło to jego uwagę - niewielki metalowy element
został mocno wbity między dwa pręty przewodzące, które normalnie powinny się
łączyć. Luke odłożył delikatne ostrze i sięgnął po solidniejszy przyrząd.
- No, mój mały przyjacielu - mruknął. - Coś ci się tam wklinowało na głucho.
Nie przestając szarpać i podważać, znowu zwrócił się do Trzypeo.
- Byliście na frachtowcu, czy...
Z głośnym trzaskiem metal ustąpił i Luke, nagle pozbawiony oparcia, potoczył się
po podłodze. Wstał, otworzył usta, by zakląć i... zamarł w bezruchu. Przednia
część korpusu Erdwa rozjarzyła się, emitując trójwymiarowy obraz o boku nie
dłuższym niż jedna trzecia metra, ale bardzo wyraźny. Wyświetlony w sześcianie
portret był tak cudowny, że po kilku minutach Luke spostrzegł, że brakuje mu
tchu - ponieważ zapomniał oddychać.
Mimo sztucznej ostrości obraz migotał i rozpływał się, jakby zapisu dokonywano w
pośpiechu. Luke, wpatrzony w obce barwy wyświetlone na szarym tle ścian garażu,
próbował sformułować pytanie, lecz nigdy go nie wypowiedział. Usta portretu
poruszyły się i dziewczyna przemówiła - a raczej zdawało się, że przemówiła.
Chłopiec wiedział, że tło dźwiękowe generowane jest gdzieś we wnętrzu
przysadzistego kadłuba Erdwa Dedwa.
- Pomóż mi, Obi-wan Kenobi - błagał metalowy głos. - Jesteś moją ostatnią
nadzieją.
Twarz znikła w pasmach zakłóceń. Po chwili pojawiła się znowu. .
- Obi-wan Kenobi, jesteś moją ostatnią nadzieją - powtórzył jeszcze raz głos.
Hologram trwał wśród zgrzytliwego trzasku. Luke siedział nieruchomo, przez
dłuższą chwilę rozmyślając o tym, co zobaczył. Potem zamrugał i zwrócił się w
stronę robota.
- Co to ma znaczyć, Erdwa Dedwa?
Krępy robot przesunął się nieco, a wraz z nim przesunął się sześcian obrazu.
Potem pisnął coś, co w pewien sposób przywodziło na myśl zakłopotanie. Trzypeo
był równie zdumiony jak Luke.
- Co to jest? - spytał ostro, wskazując najpierw na mówiący wizerunek, a potem
na Luke'a. - Zadano ci pytanie. Co i kto to jest i w jaki sposób to generujesz?
I dlaczego?
Erdwa gwizdnął zaskoczony, jakby dopiero teraz zauważył hologram. Potem nastąpił
strumień wyjaśniających pisków.
Trzypeo przetrawił dane, bez powodzenia starał się zmarszczyć czoło i spróbował
tonem głosu wyrazić swoje zaskoczenie.
- On twierdzi, że to nic ważnego, sir. Zwykła usterka, stare dane. Przegapiono
taśmę, która powinna zostać skasowana. Sugeruje, by nie zwracać na to uwagi.
Z równym powodzeniem mógłby namawiać Luke'a, by nie zwracał uwagi na ukryty
skarb, ogniki Durinda znalezione wśród pustyni.
- Kim ona jest? - spytał chłopiec, z zachwytem wpatrując się w hologram. - Jest
piękna.
- Naprawdę nie wiem, kto to - wyznał szczerze Trzypeo. - Wydaje mi się, że była
pasażerem podczas naszej ostatniej podróży. O ile pamiętam była dość ważną
osobą. Może to wiązać się z faktem, że nasz kapitan był attache przy...
- Czy nagrano coś jeszcze? Zapis jest chyba niekompletny - przerwał mu Luke,
chłonąc obraz zmysłowych warg, powtarzających wciąż ten sam fragment zdania.
Wstał i wyciągnął rękę w stronę Erdwa. Robot cofnął się i wyemitował serię
gwizdów pełnych tak szalonego niepokoju, że Luke zawahał się przed sięgnięciem
do jego przełączników wewnętrznych. Trzypeo był wstrząśnięty.
- Zachowuj się, Erdwa - skarcił kolegę. - Wpędzisz nas w kłopoty.
Już widział, jak pakują ich obu i jako niechętnych do współpracy odsyłają z
powrotem do Jawów. To wystarczyło, by imitacja dreszczu zgrozy przebiegała mu po
grzbiecie.
- Wszystko w porządku. On teraz jest naszym panem - Trzypeo wskazał na Luke'a. -
Możesz mu zaufać. Czuję, że ma na względzie nasze najlepsze interesy.
Dedwa zdawał się wahać, niepewny. Po chwili wygwizdał i wybuczał przyjacielowi
długie, złożone zdanie.
- No? - pytał niecierpliwie Luke. Trzypeo milczał chwilę, nim odpowiedział.
- On mówi, że jest własnością Obi-wana Kenobiego, mieszkańca tej planety. A
nawet tego regionu. Fragment zdania, który usłyszeliśmy, jest częścią prywatnego
przekazu, adresowanego do owej osoby. - Trzypeo powoli pokręcił głową. -
Szczerze mówiąc, sir, nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Naszym ostatnim panem był
kapitan Colton. Nigdy nie słyszałem, żeby Erdwa wspominał poprzedniego pana. A
już na pewno nie słyszałem o Obi-wanie Kenobim.
Ale po wszystkim, co przeszliśmy... - dodał przepraszającym tonem: - Obawiam
się, że jego obwody logiczne trochę się poplątały. Chwilami robi się
zdecydowanie ekscentryczny.
A kiedy Luke rozważał taki obrót spraw, Trzypeo skorzystał z okazji, by rzucić
Erdwa wściekłe, ostrzegawcze spojrzenie.
- Obi-wan Kenobi - powtórzył zamyślony Luke. Nagle jego twarz rozjaśniła się. -
Ciekawe... Zastanawiam się, czy on nie ma na myśli starego Bena Kenobiego.
- Przepraszam bardzo - wybełkotał Trzypeo, zdumiony ponad wszelką miarę. -
Czyżby znał pan taką osobę?
- Niezupełnie - odparł chłopiec, bardziej już opanowanym głosem. - Nie znam
nikogo o imieniu Obi-wan... a stary Ben żyje gdzieś na skraju Zachodniego Morza
Wydm. Jest czymś w rodzaju miejscowej ciekawostki - pustelnikiem. Wuj Owen i
jeszcze paru farmerów uważają go za czarownika. Zjawia się tu raz na jakiś czas,
żeby coś kupić. Prawie z nim nie rozmawiałem. Wujek zwykle go odpędza - przerwał
i znowu spojrzał na małego robota. - Ale nigdy nie słyszałem, żeby stary Ben
miał jakiegoś androida. A jeśli nawet, to nikt o tym nie wie.
Hologram z nieodpartą mocą przyciągał spojrzenie Luke'a.
- Zastanawiam się, kim ona jest. Musi być kimś ważnym, szczególnie jeżeli to, co
mówiłeś, Trzypeo, jest prawdą. Wygląda i mówi tak, jakby znalazła się w
kłopotach. Może ta wiadomość naprawdę jest ważna. Trzeba przesłuchać ją do
końca.
jeszcze raz sięgnął do wnętrza Erdwa i jeszcze raz robot odskoczył, piszcząc
smutnie.
- Mówi, że ma tam rozdzielający sworzeń ogranicznika, który wyłącza jego bloki
automotywacyjne - przetłumaczył Trzypeo. - Sądzi, że gdyby go pan usunął, to
może potrafiłby odtworzyć całą wiadomość. Sir! - dodał głośniej, gdyż chłopiec
ciągle wpatrywał się w holograficzny portret.
Luke drgnął.
- Co? A, tak - zastanowił się nad prośbą Erdwa. Podszedł do niego i zajrzał do
wnętrza. Tym razem robot nie próbował uciekać.
- Zdaje się, że widzę. No dobrze, jesteś chyba za mały, żeby ode mnie uciec,
kiedy to wyjmę. Zastanawiam się, po co ktoś miałby posyłać wiadomość do starego
Bena.
Wybrawszy odpowiednie narzędzie, Luke sięgnął pomiędzy odsłonięte obwody i
delikatnymi stuknięciami usunął ogranicznik. Pierwszym zauważalnym rezultatem
tego działania było zniknięcie portretu.
Luke wyprostował się. - No, już.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Hologram wciąż się nie pojawiał. W końcu Luke
zażądał wyjaśnień.
- Co się stało? Zrób tak, żeby wróciła! Erdwa Dedwa, odegraj całą wiadomość!
Z robota dobiegł gwizd, wyrażający niewinne zdziwienie.
- Powiedział: "Jaką wiadomość?" - przetłumaczył zakłopotany i zdenerwowany
Trzypeo. Potem, zagniewany, zwrócił się do swego kolegi. - Jaką wiadomość!
Dobrze wiesz, jaką! Tę, której fragment odtworzyłeś przed chwilą. Tę samą, którą
taszczysz w swoich krnąbrnych, przerdzewiałych wnętrznościach, ty uparta sterto
złomu!
Erdwa przysiadł i zamruczał coś cicho do siebie. - Przepraszam, sir - rzekł
powoli Trzypeo - ale
on przejawia symptomy migotania w racjonalnościowym module posłuszeństwa. Może
gdybyśmy...
Przerwał mu dobiegający z korytarza głos. - Luke! Luke, chodź na kolację!
Chłopiec zawahał się, po czym wstał i odwrócił się od niezwykłego małego robota.

- Dobrze! - zawołał. - Już lecę, ciociu Beru! - Zniżył głos. - Zobacz, co da się
z nim zrobić - powiedział do Trzypeo. - Niedługo wrócę.
Rzucił na stół wyjęty przed chwilą sworzeń i wybiegł z garażu.
Kiedy tylko człowiek wyszedł, Trzypeo rzucił się do swojego niewysokiego kolegi.

- Lepiej się zastanów, czy nie odtworzyć mu całego zapisu - warknął, skinąwszy
znacząco głową w stronę warszatatu zarzuconego rozmontowanymi częściami maszyn.
- W przeciwnym razie znowu weźmie się za to dłuto i zacznie go wygrzebywać. A
jeśli uzna, że coś przed nim ukrywasz, to raczej nie będzie się przejmował, co
przecina po drodze. Erdwa pisnął płaczliwie.
- Nie - odrzekł Trzypeo. - Nie sądzę, żeby cię lubił.
Kolejny pisk nie wpłynął na zmianę surowego tonu wyższego robota.
- Nie. Ja też cię nie lubię.





POPRZEDNISPIS TRESCIDALEJ



  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •