ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


TYTUL: Ostatnia runda
AUTOR: Joe W. Haldeman
TLUM.: Slawomir Kedzierski

1.

W dwudziestym trzecim wieku zaczęto nazywać ją "Wieczną Wojną".
Przedtem była to po prostu wojna.
Nigdy nie poznaliśmy naszych nieprzyjaciół. Pod koniec dwudziestego
wieku Taurańczycy rozpoczęli działania wojenne, atakując pierwsze kos-
moloty z Ziemi. Nigdy nie zamieniliśmy z nimi ani jednego słowa, nigdy nie
wzięliśmy żadnego z nich do niewoli.
Powołano mnie do wojska w 1977, a w 2458 miałem jeszcze trzy lata do
odsłużenia. Przeszedłem wszystkie stopnie hierarchii wojskowej: od szere-
gowca do majora. Dylatacja czasu w kolapsarowych przejściach sprawiła,
że było to zaledwie pięć latek.
Właściwie nie miałem powodów do narzekań, bowiem normalne przykrości
służby wojskowej rekompensowane były towarzystwem kobiety, którą
kochałem. Razem braliśmy udział w trzech bitwach, razem spędziliśmy
urlop na Ziemi, a nawet mieliśmy to szczęście, że zostaliśmy ranni w tym
samym czasie i w efekcie udzielono nam rocznego urlopu na planecie
szpitalnej Heaven. A potem wszystko się rozleciało.
Już od jakiegoś czasu zdawaliśmy sobie sprawę, że żadne z nas nie przeżyje
wojny. Nie tylko ze względu na zaciekłość walk - szansa, że wyjdzie się
z bitwy cało była jak jeden do trzech - ale również dlatego, że rząd nie mógł
sobie pozwolić na zdemobilizowanie nas: po prostu nie było go stać na
wypłacenie zaległego żołdu, który wystarczał z naddatkiem na kupno
kosmolotu! Mieliśmy jednak siebie i zawsze mogliśmy wierzyć, że wojna
kiedyś się zakończy.
Ale właśnie na Heaven rozdzielono nas. Wyniki testów (i nasze dość
kłopotliwe starszeństwo) sprawiły, że Marygay mianowano porucznikiem,
a mnie majorem. Ją wcielono do Oddziału Uderzeniowego, który właśnie
opuszczał Heaven, a mnie odesłano z powrotem do Stargate na oficerski
kurs doskonalenia.
Poruszyłem niebo i ziemię starając się załatwić przeniesienie Marygay do
mojej kompanii. Ale jak się później okazało, dowództwo wiedziało co robi
nie pozwalając nam być w tam samym oddziale: heteroseksualizm uznano
za coś archaicznego, za odstępstwo od normy, no a my byliśmy już zbyt sta-
rzy, aby nas "wyleczyć". Potrzebowano naszego doświadczenia, ale przy-
jęto zasadę, że jeden zboczeniec na kompanię to dosyć.
Nie była to zwykła separacja. Nawet gdybyśmy oboje przeżyli czekające
nas bitwy, to dylatacja czasu sprawi, że rozdzielą nas stulecia.
Mój oficerski kurs doskonalenia polegał na tym, że zanurzano mnie do
zbiornika utlenionego węglanu fluoru podłączywszy uprzednio do mojego
mózgu i ciała 239 elektrod. Nazywało się to SSPS - Skomputeryzowany
System Przyspieszonego Szkolenia i przez trzy tygodnie szkolono mnie
w tak przyspieszony sposób, że odechciewało się żyć.
Kto to był Scipio Aemilianus? Wojskowa znakomitość z trzeciej wojny
punickiej. Jak sparować pchnięcie nożem w podbrzusze? Blok skrzyżowa-
nymi nadgarstkami, unik w prawo i lewą nogą kopnąć w odsłoniętą nerkę.
Było dla mnie zagadką, w jaki sposób wiadomości te mają mi pomóc
w walce z chodzącymi grzybami - Taurańczykami. Uczyłem się najefek-
tywniejszych sposobów wykorzystywania wszelkiej broni - od zaostrzone-
go kija do bomby typu "nova" - i przyswajałem sobie dorobek dwóch
tysiącleci wojskowych obserwacji, teorii i przesądów. Wszystko to miało
zrobić ze mnie majora.
Moje rozstanie z Marygay stało się jeszcze bardziej ostateczne w chwili,
gdy przeczytałem otrzymane rozkazy. Kierowały mnie do Sade-138,
w Wielkim Obłoku Magellana, cztery skoki kolapsarowe i 150000 lat
świetlnych od Stargate. Zdążyłem się jednak już oswoić z myślą, że nigdy
Marygay nie zobaczę.
Miałem dostęp do wszystkich akt personalnych mojej nowej kompanii,
łącznie z moimi. Psycholog wojskowy stwierdził, że "uważam się" za
tolerancyjnego w stosunku do homoseksualizmu - dotknęło mnie to,
bowiem matka jeszcze w dzieciństwie wpoiła mi przekonanie, że to co ktoś
robi ze swoim tyłkiem jest tylko jego sprawą. Okazało się jednak, że pogląd
ten zdaje egzamin dopóty, dopóki należy się do większości. Kiedy samemu
jest się tolerowanym, sprawa wygląda gorzej. Za moimi plecami większość
ludzi nazywała mnie "Starą Ciotą", mimo że w całej kompanii nie było
nikogo, kto byłby ode mnie ponad dziewięć lat młodszy. Cóż, dowódca
zawsze zarobi jakieś przezwisko. Powinieniem był jednak zauważyć, że jest
w tym coś więcej niż normalny brak szacunku, moje przezwisko wyrażało
bowiem o wiele większą pogardę i odtrącenie niż wszystko czego doświad-
czyłem do tej pory jako szeregowiec i podoficer.
Zasadniczym problemem był język. Przez 450 lat angielski uległ poważnym
przekształceniom i żołnierze musieli się uczyć dwudziestopierwszowiecz-
nej angielszczyzny. Dzięki temu byli w stanie porozumieć się ze swoimi
oficerami, którzy niejednokrotnie urodzili się dziewięć pokoleń przed ich
pradziadkami. Oczywiście, używali tego języka wyłącznie do rozmów
z oficerami albo wtedy, gdy ich przedrzeźniali i rzecz jasna, szybko
wychodzili z wprawy. Na dobrą sprawę w Stargate mogliby poświęcić kilka
godzin pracy SSPS na nauczenie mnie języka moich podkomendnych.
Tylko troje z nas urodziło się przed dwudziestym piątym wiekiem - w ogóle
urodziło się, bowiem nie produkowano już ludzi w ten staroświecki,
niedoskonały sposób. Każdy embrion był podretuszowany zgodnie z okre-
ślonymi założeniami... i ci, którzy zostali żołnierzami, choć doskonali pod
względem intelektualnym i fizycznym, nie posiadali pewnych cech, które
byłem skłonny uważać za cnoty. Atylla by ich uwielbiał, a Napoleon
zwerbował natychmiast.
Pozostała dwójka "zrodzonych z kobiety" to mój zastępca, kapitan Charlie
Moore i starszy lekarz, porucznik Diana Alsever. Oboje byli homoseksualis-
tami, rzecz normalna u urodzonych w dwudziestym drugim wieku, ale
mimo to wiele nas łączyło i byli oni jedynymi ludźmi w kompanii, których
mogłem uważać za swoich przyjaciół. Patrząc wstecz mogę stwierdzić, że
pomagaliśmy sobie nawzajem odseparować się od reszty kompanii -
zapewne było to wygodne dla nich, dla mnie jednak - katastrofalne.
Pozostali oficerowie, szczególnie szef grupy dowodzenia, porucznik Hille-
boe, mówili mi chyba tylko to, co sądzili, że chciałbym usłyszeć.
Mieliśmy rozkaz wybudować bazę na największej planecie grupy Sade-138
i bronić jej przed atakiem Taurańczyków. Moja kompania, Oddział Uderze-
niowy Gamma miała bronić tego miejsca przez dwa lata. po czym zluzowa-
łyby nas oddziały garnizonowe. No i teoretycznie mógłbym wtedy złożyć
dymisję i zostać znowu cywilem - chyba, że uniemożliwią to na mocy albo
nowych przepisów, albo jakichś starych, o których, przez niedopatrzenie
oczywiście, do tej pory mnie nie poinformowano.
Oddziały garnizonowe wyruszą ze Stargate dwa lata później, nieświadome
co je czeka na Sade-138. Nie mieliśmy żadnej możliwosci przekazania
informacji, ponieważ podróż trwała 340 "obiektywnych" lat, mimo że na
pokładzie, dzięki dylatacji czasu mijało zaledwie siedem miesięcy.
Dla nas, zamkniętych w wąskich korytarzykach i maleńkich kajutach
Masaryka II, te siedem miesięcy było cholernie długie. Opuszczaliśmy
pozostający na orbicie statek z prawdziwą ulgą, mimo że pobyt na planecie
oznaczał cztery miesiące ciężkiej pracy w trudnych, niebezpiecznych
warunkach na dwie zmiany: 38,5 godzin wypoczynku na pokładzie statku
i tyle samo pracy na powierzchni.
Planeta była właściwie bezkształtnym kawałkiem skały, brudnobiałą kulą
bilardową o cienkiej warstwie atmosfery składającej się wodoru i helu.
W czasie dnia ogrzewała ją jaskrawoniebieska iskra Doradusa S i na
równiku temperatura wahała się od 25 do 17 Kelwinów. Tuż przed świtem,
gdy było najchłodniej, wodór skraplał się i osiadająca delikatna mgiełka
pokrywałą wszystko tak śliską warstewką, że najlepszym wyjściem z sytua-
cji było po prostu usiąść i przeczekać.Tylko o świcie czarno-białą monoto-
nię krajobrazu ożywiała delikatna, pastelowa tęcza.
Obronę mieliśmy zorganizowaną w trzech rzutach, poczynając od strefy
orbitalnej. Pierwszą linię stanowił Masaryk II, jego sześć myśliwców
o napędzie tachionowym i pięćdziesiąt pocisków-robotów typu "truteń"
wyposażonych w bomby "nova". Komandor Antopol miała przechwycić
taurański kosmolot, gdy tylko wyjdzie z pola kolapsarowego Sade-138.
Jeżeli go rozwali, będziemy mieli spokój.
W wypadku gdy nieprzyjacielowi uda się przedrzeć przez rój myśliwców
i "trutni", w dalszym ciągu będzie miał pewne trudności z zaatakowaniem
nas. Na powierzchni, wokół naszej podziemnej bazy znajdowało się dwa-
dzieścia pięć samonaprowadzających bewawatowych laserów. Za strefą
efektywnego rażenia laserów był szeroki pierścień tysięcy min nuklear-
nych, które wybuchały pod wpływem niewielkich zakłóceń lokalnego pola
grawitacyjnego. Mógł je wywołać zarówno Taurańczyk, który nastąpił na
jedną z nich, jak też nisko przelatujący kosmolot.
Gdyby nieprzyjaciel miał zamiar zdobyć naszą bazę i gdyby udało mu się
zniszczyć nasze zautomatyzowane środki obrony, musielibyśmy sami włą-
czyć się do walki. Żołnierze byli uzbrojeni w ręczne lasery megawatowe,
a każda drużyna miała wyrzutnię rakiet tachionowych i dwa samopowta-
rzalne granatniki. Ostatnią deską ratunku było Pole.
Wewnątrz półsferycznego (w przestrzeni sferycznego) pola o promieniu
około pięćdziesięciu metrów nic nie mogło się poruszać z prędkościa
większą niż 16,3 metra na sekundę. Nie było również promieniowania
elektromagnetycznego - ani elektryczności, ani magnetyzmu, ani światła.
Całe otoczenie widziane przez wizjer skafandra było upiornie monochro-
matyczne. Wyjaśniono mi zgrabnie, że zjawisko to jest wywołane "fazo-
wym przemieszczeniem quasi-energii przenikającej z przyległej tachiono-
wej rzeczywistości", co jak się nietrudno domyśleć, było dla mnie całkowitą
abrakadabrą.
Wewnątrz Pola wszystkie nowoczesne środki bojowe były bezużyteczne.
Nawet "nova" była zwykłym kawałkiem złomu. No, a każda żywa istota,
obojętnie - Ziemianin czy Taurańczyk - która znalazła się w Polu bez
właściwej osłony, zginęłaby w ułamku sekundy.
Mieliśmy tam cały zestaw archaicznej broni i jeden myśliwiec, który miał
być lotniczym wsparciem ostatniego punktu oporu. Zmusiłem ludzi do
ćwiczenia walki na miecze, strzelania z łuku i tak dalej, ale nie pałali do
tego zbytnim entuzjazmem. Wszyscy uważali, że jeśli nieprzyjaciel zmusi
nas do wycofania się pod osłonę Pola to znaczy iż jesteśmy skończeni. Nie
będę kłamał - uważałem tak samo.
Czekaliśmy pięć miesięcy. Baza szybko pogrążała się w rutynie szkoleń
i wyczekiwania. Myślałem o pojawieniu się Taurańczyków nieomal z nie-
cierpliwością; chciałem żeby to wszystko wreszcie się tak czy inaczej
rozstzygnęło.
Nigdy nie pasjonowałem się sportem czy grami, ale zauważyłem, że
poświęcam im coraz więcej czasu. W tych warunkach wywołujących
napięcie nerwowe i uczucie klaustrofobii po raz pierwszy lektura czy nauka
nie dawały mi odprężenia. Uprawiałem więc szermierkę na pałki czy
miecze z innymi oficerami, do całkowitego wyczerpania ćwiczyłem na
przyrządach, nawet w swoim gabinecie miałem podwieszoną linę. Wię-
kszość oficerów grała w szachy, ale zazwyczaj z nimi przegrywałem -
a jeżeli udało mi się wygrać, miałem wrażenie, że chcą mnie w ten sposób
wprawić w dobry humor. Słowne gry były zbyt trudne, ponieważ mój język
był archaicznym dialektem, którym partnerzy posługiwali się z trudnością,
a ja z kolei nie miałem czasu i zdolności, by opanować "współczesny"
angielski.
Przez jakiś czas Diana dawała mi stymulatory nastroju, zaczynałem popa-
dać w nałóg, więc przestałem je brać. Potem próbowałem psychoanalizy
u porucznika Wilbera. Była to całkowita klapa. Wprawdzie na swój ksią-
żkowy sposób był doskonale zorientowany w moich problemach, ale mówi-
liśmy innymi językami kulturowymi. Gdy usiłował mi pomóc w sprawach
miłości i seksu, robił to tak, jakby tłumaczył czternastowiecznemu chłopu
pańszczyźnianemu, jak ma sobie radzić ze swoim dziedzicem i probosz-
czem.
A przecież to właśnie było podstawowym źródłem moich kłopotów. Byłem
przekonany, że nie miałbym problemów ani z frustracjami i stresami, które
zawsze niesie ze sobą dowodzenie, ani z faktem, że byłem zamknięty
w jaskini razem z ludźmi, którzy chwilami byli dla mnie tylko odrobinę
mniej obcy niż nieprzyjaciel, ani nawet z uczuciem głębokiej pewności, że
wszystko to będzie zakończone śmiercią w męczarniach w walce o bezwar-
tościową sprawę - gsyby tylko była ze mną Marygay. Uczucie to potęgowa-
ło się z miesiąca na miesiąc.
Wilber potraktował to bardzo surowo i nazwał romantycznym pozerstwem.
Powiedział, że wie co to miłość, sam był kiedyś zakochany. A płeć obu
składników pary nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia. W porządku,
mogłem się z tym zgodzić - w końcu był to frazes wywodzący się jeszcze
z czasów moich rodziców (choć w moim pokoleniu spotykał się z pewnymi
oporami). Jednak miłość, stwierdził Wilber, miłośc jest kruchym kwiat-
kiem, delikatnym kryształkiem, miłość jest nietrwałym związkiem, którego
okres rozpadu wynosi około ośmiu miesięcy. "Pieprzysz" - oznajmiłem
i zarzuciłem mu z kolei, że nosi kulturowe końskie okulary. Powiedziałem,
że trzydzieści wieków historii ludzkości do momentu rozpoczęcia Wiecznej
Wojny udowodniło, iż miłośc jest jedyną rzeczą, która może przetrwać po
sam grób, a nawet jeszcze dłużej i że gdyby się urodził a nie wykluł
z probówki, nie musiałbym mu tego tłumaczyć! Wilber zrobił wtedy kwaśną
minę i stwierdził, że jestem po prostu ofiarą seksualnych frustracji i roman-
tycznych złudzeń, które co gorsza, sam sobie wmówiłem.
Patrząc na to z perspektywy czasu odnoszę wrażenie, że obaj dobrze się
bawiliśmy naszymi sporami - ale o wyleczeniu nie było mowy.

2.

Minęło równo 400 dni od chwili, w której rozpoczęliśmy budowę. Siedzia-
łem przy biurku patrząc bezmyślnie na nowy wykaz służb sporządzony
przez Hilleboe. Charlie siedział rozparty na krześle i przeglądał coś
w czytniku. Zadzwonił telefon i usłyszałem głos komandor Antopol.
- Są tu.
- Co?
- Powiedziałam, że już tu są. Taurański kosmolot wyszedł przed chwilą
z pola kolapsarowego. Prędkość 0,8 c. Deceleracja trzydzieści G. Mniej
wiecej.
Charlie pochylił się nad moim biurkiem. - Co tam?
- Kiedy? Kiedy możesz rozpocząć przechwycenie?
- Jak tylko zejdziesz z telefonu. - Rozłączyłem się i przeszedłem do
komputera. Podczas gdy usiłowałem wydusić z niego jakieś dane, Charlie
majstrował przy displayu. Był to hologram o powierzchni około metra
kwadratowego i grubości pół metra, zaprogramowany w taki sposób, żeby
pokazywał pozycję Sade-138, naszej planety i jeszcze paru innych kawał-
ków kamienia w tym sektorze. Zielone i czerwone kropki oznaczały nasze
i taurańskie jednostki.
Komputer stwierdził, że hamowanie i powrót do tej planety zajmą Taurań-
czykom co najmniej jedenaście dni, pod warunkiem ciągłego stosowania
maksymalnych przyspieszeń i hamowań; wtedy jednak komandor Antopol
mogłaby wytłuc ich jak muchy. A więc będą kombinować z przyspieszenia-
mi i zmianami kursu.
Oczywiście o ile Antopol i jej bandzie wesołych piratów nie uda się ich
wcześniej załatwić. Elektroniczne pudło poinformowało mnie, że szansa
takiego rozwiązania była nieco mniejsza niż pięćdziesiąt procent.
Obojętne jednak, czy miało to trwać 28,9554 dnia czy dwa tygodnie, my
tutaj na planecie mogliśmy tylko siedzieć i czekać. Jeżeli Antopol będzie
miała szczęście, nie będziemy musieli walczyć aż do chwili, w której
zmienią nas oddziały garnizonowe i przeniesiemy się do następnego
kolapsara. W chwili gdy patrzyliśmy na display, od kropki oznaczającej
nasz krążownik oderwałą się mała zielona plamka i popłynęła w bok. Tuż
przy niej pojawiła się blada cyfra "2", a na identyfikatorze wyświetlonym
w lewym dolnym rogu ukazało się objaśnienie: 2 - PRZECHWYTUJĄCY
"TRUTEŃ".
- Powiedz Hilleboe, niech zarządzi zbiórkę całej załogi. Przy okazji może
wszystkich poinformować o sytuacji.
Ludzie nie przyjęli wiadomości zbyt dobrze i nie mogłem mieć do nich
szczególnej pretensji. Spodziewaliśmy się wszyscy, że Taurańczycy zaata-
kują nas o wiele wcześniej, a gdy ciągle się nie pojawiali, zaczęło narastać
przekonanie, że dowództwo Oddziałów Uderzeniowych popełniło błąd
i nieprzyjaciel nie zjawi się wcale.
Chciałem, żeby wszyscy zajęli się na serio szkoleniem ogniowym. Przecież
prawie od dwóch lat nikt w kompanii nie używał żadnej broni o dużej sile
rażenia. Odblokowałem więc ich ręczne lasery, rozdzieliłem granatniki
i wyrzutnie rakietowe. Nie mogliśmy prowadzić zajęć w obrębie bazy, gdyż
mogło to uszkodzić zewnętrzne czujniki i obronny pierścień laserów.
Charlie albo ja wprowadzaliśmy więc po jednym plutonie na odległość
jednego klika przed pozycje obrony, a Rusk dyżurowała stale przy ekranach
wczesnego ostrzegania. Gdyby cokolwiek zaczęło się do nas zbliżać, miałą
wystrzelić rakietę świetlną.
Trening w strzelaniu z lasera przypominał strzelanie do rzutków: wyzna-
czało się pary, żołnierz stawał ze swoim kolegą i w dowolny sposób rzucał
kawałki skały. Strzelający musiał obliczyć trajektorię lotu kamienia i trafić
go, zanim spadł na ziemię. Ich koordynacja strzelecka była rzeczywiście
wspaniała (być może Kontroli Eugenicznej nareszcie udało się dobrze coś
zrobić). Większość żołnierzy osiągała dziewięć trafień na dziesięć możli-
wych - a przecież strzelali do bardzo małych kamyków. Ja sam , nieulep-
szony biologicznie staruszek, trafiałem mniej więcej siedem na dziesięć,
choć moja praktyka bojowa była o wiele większa.
Nie mieli również kłopotów w określaniu poprawek strzeleckich dla
granatnika, który stał sie bronią zdecydowanie bardziej wszechstronną niż
dawniej. Zamiast jednego mikrotonowego pocisku i standardowego ładun-
ku miotającego, były do wyboru cztery ładunki oraz jedno, dwu, trzy
i czteromikrotonowe pociski. Gdy dochodziło do walki na rzeczywiście
krótki dystans i użycie lasera byłoby niebezpieczne, można było odłączyć
lufę granatnika i załadować go magazynkiem ładunków kartaczowych.
Każdy ładunek tworzył rozszerzającą się chmurę tysiąca strzałek, które do
pięciu metrów raziły śmiertelnie, a w odległości sześciu zmieniały się
w nieszkodliwy gaz.
Morale żołnierzy bardzo podbudowało to, że mogli wyjść i swoimi nowymi
zabawkami poprzestawiać krajobraz. Ale krajobraz nie odpowiadał
ogniem.
Podobnie jak w innych starciach, dylatacja czasu sprawiła, że nie można
było przewidzieć, jakim uzbrojeniem tym razem będzie dysponować nie-
przyjaciel. Zależało to od poziomu, jaki ich technologia reprezentowała
w chwili, gdy wyruszali do tej akcji - równie dobrze mogli być parę wieków
przed lub za nami. Być może nie słyszeli wcale o Polu, a może wystarczy, żę
powiedzą jedno zaklęcie i po prostu znikniemy bez śladu.
Byłem właśnie razem z czwartym plutonem na zewnątrz i zajmowaliśmy się
strzelaniem do kamieni, gdy odezwał się Charlie wzywając mnie z powro-
tem do bazy. Przekazałem pluton Heimoffowi.
- Jeszcze jeden? - Tym razem skala obrazu holograficznego była taka, że
nasza planeta miała rozmiary groszka i znajdowała się o jakieś pięć centyme-
trów od X oznaczającego Sade-138. Naokoło rozrzucone było czterdzieści
jeden czerwonych i zielonych kropek. Identyfikator określił czterdzistą
pierwszą jako: TAURAŃSKI KRĄżOWNIK (2).
- Zgadza się. - Charlie był ponury. - Pojawił się kilka minut temu. Kiedy
cię wezwałem. Ma takie same charakterystyki jak tamten: 30 G, 0,8 c.
- Dałeś znać Antopol?
- Tak. - Uprzedził moje następne pytanie. - Sygnał będzie szedł tam
i z powrotem prawie przez cały dzień.
- Nigdy czegoś takiego nie robili. - Charlie oczywiście dobrze o tym
wiedział.
- Może ten kolapsar ma dla nich szczególne znaczenie.
- Najwidoczniej. - Było więc prawie pewne, że będziemy walczyć również
i na planecie. Nawet gdyby Antopol zdołała zniszczyć pierwszy krążownik,
to z drugim nie będzie miała nawet pięćdziesięciu procent szans. Za mało
"trutni" i myśliwców.
Przez najbliższe dwa tygodnie obserwowaliśmy, jak kropki gasną. Gdyby
się wiedziało kiedy i gdzie patrzeć, można by wyjść na zewnątrz i zobaczyć,
jak to wygląda naprawdę - niknący po sekundzie jaskrawy, biały punkt
świetlny.
W czasie tej sekundy energia wyzwolona przez bombę "nova" przewyższa-
ła milion razy moc bewawatowego lasera. Powstawała miniaturowa gwiaz-
da o średnicy pół klika i temperaturze wnętrza Słońca. Pożerała wszystko,
z czym się zetknęła. Promieniowanie bliskiej eksplozji nieodwracalnie
niszczyło elektronikę statku. Dwa myśliwce - jeden nasz i jeden ich,
najwyraźniej spotkał ten właśnie los; pozbawione napędu dryfowały ze
stałą prędkością poza granice układu.
Po wykończeniu Masaryka II, jego myśliwców i "trutni" zostanie im jeszcze
parę sztuk dla nas. Wyglądało więc na to, żę szkolenie ogniowe było
zwykłym marnowaniem czasu i energii.
W pewnym momencie przyszła mi do głowy myśl, żę mógłbym zebrać
jedenastu ludzi i wykorzystać myśliwiec ukryty w Polu. Był zaprogramowa-
ny na powrót do Stargate. Doszedłem nawet do tego, że zastawiałem się
nad składem tej jedenastki, dobierając do niej osoby, które znaczą dla mnie
więcej niż pozostałe. Doliczyłem się sześciu.
Przegoniłem te myśli. Przecież mieliśmy szansę i to może nawet cholernie
dobrą szansę - nawet w walce z pełnosprawnym krążownikiem. Nie uda się
im tak łatwo podrzucić nam "novą" wystarczająco blisko, by objęło nas pole
rażenia.
A poza tym rozwaliliby mnie za dezercję. Więc czy warto?
Nastrój poprawił się wyraźnie, gdy jeden z "trutni" Antopol zniszczył
pierwszy nieprzyjacielski krążownik. Nie licząc jednostek pozostawionych
do obrony planety, miała ona jeszcze osiemnaście "trutni" i dwa myśliwce.
Ciągle atakowane przez piętnaście Taurańskich pocisków-robotów zawró-
ciły w kierunku odległego o parę godzin świetlnych drugiego krążownika.
Jeden z nieprzyjacielskich pocisków trafił wreszcie Masaryka II. Jego
jednostki pokładowe próbowały jeszcze kontynuować atak, który jednak
szybko zmienił się w beznadziejne zamieszanie. Jeden myśliwiec oraz trzy
"trutnie" wydostały się z walki i z maksymalnym przyspieszeniem okrążyły
planetę w płaszczyźnie ekliptyki. Nikt ich nie ścigał. Patrzyliśmy na to
z chorobliwym zaciekawieniem, podczas gdy nieprzyjacielski krążownik
zbliżał się, by nawiązać z nami kontakt bojowy. Myśliwiec podążał w stronę
Sade-138, uciekał. Nikt nie miał mu tego za złe.
Powrót do planety, wygodne umiejscowienie się na orbicie stacjonarnej
nad drugą półkulą zajęły nieprzyjacielowi pięć dni. Przygotowywaliśmy się
do nieuniknionej, pierwszej fazy walki: ich pociski-roboty przeciwko
naszym laserom. Umieściłem w Polu oddział składający się z pięćdziesięciu
kobiet i mężczyzn, na wypadek gdyby nieprzyjacielowi udało się przerwać
naszą obronę. Był to właściwie pusty gest, bo przecież nieprzyjaciel mógł
w razie czego po prostu ulokować się gdzieś obok, poczekać aż będą musieli
wyłączyć Pole i w tej samej chwili spalić ich laserami.
Zwróciłem uwagę na display. Rozgrywała się tam wojna kosmiczna między
bardzo nierównymi przeciwnikami. Taurańczycy, zupełnie logicznie,
przed przystąpieniem do obrabiania nas chcieli sprzątnąć nasz jedyny
myśliwiec. Mogliśmy tylko patrzeć na czerwone kropeczki pełzające wokół
planety i próbujące dopiąć swego. Jak do tej pory naszemu pilotowi udało
się zniszczyć wszystkie atakujące go pociski, a nieprzyjaciel jeszcze nie
wysyłał przeciwko niemu swoich myśliwców.
- Przydałby się nam jeszcze jeden myśliwiec - stwierdził Charlie. - Albo
sześć.
- Wykorzystuj "trutnie" - odparłem. Oczywiście mieliśmy myśliwiec
i przydzielonego wałkonia, który miał go pilotować. Ale również mogło się
to okazać naszą ostatnią deską ratunku, gdyby osaczyli nas w Polu.
- Jak daleko jest ten drugi facet? - spytał Charlie mając na myśli pilota,
który zwiał z pola walki. Przełączyłem skalę i zielony punkcik ukazał się
w prawej części ekranu. - Około sześc godzin świetlnych. - Miał ze sobą
jeszcze dwa "trutnie", ale były tak blisko niego, że nie dawały osobnych
sygnałów. Trzeciego wykorzystał, by osłonić swój odwrót. - Już nie przy-
spiesza, ale ma 0,9 c.
- Nie możę nam pomóc, nawet gdyby chciał. - Potrzebowałby prawie
miesiąc na wytracenie prędkości.
Światełko oznaczające nasz myśliwiec osłony zniknęło. - Cholera!
- Teraz dopiero zacznie się bal. Powiedzieć ludziom, żeby przygotowali się
do wyjścia na wierzch?
- Nie... ale niech założą skafandry, na wypadek dehermetyzacji. Przypusz-
czam, że to jednak potrwa nim wylądują i zaatakują nas na powierzchni. -
Znowu przełączyłem display. Cztery czerwone punkty pełzły już naokoło
planety w naszym kierunku.
Założyłem skafander i wróciłem do Administracji, by obejrzeć w monito-
rach mające nastąpić fajerwerki. Lasery pracowały doskonale. Wszystkie
cztery pociski zaatakowały jednocześnie, ale zostały wykryte i zniszczone.
Następny atak trwał zaledwie ułamek sekundy, ale tym razem było osiem
pocisków i cztery z nich przerwały się na odległość dziesięciu klików.
Promieniowanie z żarzących się kraterów podniosło temperaturę do prawie
300 Kelwinów. To przekraczało już punkt rozmarzania wody i zacząłem się
martwić. Skafandry wytrzymywały ponad tysiąc stopni, ale szybkość dzi-
łania automatycznych celowników naszych laserów uzyskana była dzięki
stosowaniu niskotemperaturowych nadprzewodników.
Charlie obserwował display. Jego głos przekazywany przez radio skafan-
dra był całkiem matowy. - Tym razem szesnaście.
- Dziwisz się? - Wśród niewielu informacji o psychologii Taurańczyków
była i ta, że wykazują oni szczególną inklinację do określonych liczb -
szczególnie do liczb pierwszych i potęg z dwóch.
- Miejmy nadzieję, że nie zostały im jeszcze trzydzieści dwa. - Zażądałem
od komputera danych; mógł mi odpowiedzieć tylko tyle, że krążownik
wysłał dotąd ogółem czterdzieści cztery pociski i żę niektóre krążowniki
mają ich do 128.
Do następnego nalotu było jeszcze ponad pół godziny. Mogłem wycofać
wszystkich pod osłoną Pola i bylibyśmy przez jakiś czas bezpieczni, nawet
gdyby jakaś "nova" eksplodowała w pobliżu. Bezpieczni, ale w pułapce. Ile
czasu musi stygnąć pobojowisko, jeżeli wybuchną trzy, cztery, albo wszyst-
kie szesnaście bomb? W skafandrze bojowym nie sposób żyć wiecznie,
nawet jeśli obiegi zamknięte wszystko przerabiają z bezlitosną wydajnoś-
cią. Tydzień wystarczy, by człowieka całkowicie umęczyć. Dwa, żeby do-
prowadzić go do samobójstwa. A trzech tygodni w warunkach polowych
nikt nigdy w skafandrze nie wytrzymał.
Pole jako pozycja obronna mogło stać się śmiertelną pułapką. Kopuła Pola
była nieprzezroczysta i w związku z tym nieprzyjaciel miał całkowitą
swobodę wyboru pozycji i taktyki, podczas gdy my, żeby zobaczyć co się
dzieje na zewnątrz, musielibyśmy wystawić głowę. Jeźeli zbytnio im się nie
spieszyło, to nawet nie musieli tam włazić z jakąś prymitywną bronią.
Mogli po prostu trzymać kopułe pod ogniem laserów i uprzykrzać nam życie
wrzucając dzidy, kamiemie czy strzelając z łuków - no i czekać cierpliwie aż
wyłączymy generator. Oczywiście mogliśmy odpowiadać im tym samym,
ale takie rzucanie na oślep było raczej bezpłodnym wysiłkiem.
Oczywiście, gdyby ktoś pozostał w bazie, wszyscy inni mogliby przeczekać
w Polu te pół godziny. Gdyby po nich nie przyszedł, oznaczałoby to, że na
zewnątrz jest "gorąco". Włączyłem się na częstotliwość odbiorników kadry.
- Mówi major Mandella. - W dalszym ciągu brzmiało to jak zły żart.
Przedstawiłem im sytuację i powiedziałem, by przekazali swoim ludziom
wiadomość, że każdy kto chce może przejść do Pola. Ja zostanę w bazie
i zawiadomię ich jeżeli wszystko pójdzie dobrze. Nie był to wcale szlachet-
ny gest z mojej strony. Wolałem wyparować w nanosekundę niż prawie na
pewno zdechnąć powoli pod szarą kopułą Pola.
Połączyłem się z Charliem. - Ty również możesz iść. Zajmę się wszystkim.
- Nie, dziękuję. - powiedział wolno. - Jak tylko... hej, spójrz na to!
W parę minut po grupie szesnastu pocisków od krążownika oddzieliła się
jeszcze jedna czerwona kropka. Identyfikator określił ją jako kolejny
pocisk-robot. - To dziwne.
- Przesądne skurwysyny - powiedział beznamiętnie Charlie.
Okazało się, że tylko jedenaście osób zdecydowało się dołaczyć do pięć-
dzisiątki odkomenderowanej wcześniej do kopuły. Nie powinno mnie to
zdziwić, ale jednak zdziwiło.
W czasie gdy pociski zbliżyły się do nas, gapiliśmy się z Charliem w monito-
ry starannie unikając spoglądania w stronę holograficznego displayu.
Rozumieliśmy bez słów, żę lepiej nie wiedzieć kiedy tu będą: minuta,
trzydzieści sekund... i nagle, tak jak poprzednio, zanim zorientowaliśmy
się, że się zaczęło, było już po wszystkim. Ekrany rozbłysły bielą, wycie
statyki i ciągle jeszcze żyliśmy.
Tym razem było piętnaście dziur na linii horyzontu - i bliżej! - a temperatu-
ra rosła tak gwałtownie, żę ostatnia cyfra odczytu zlała się w amorficzną
plamę. Największa zarejstrowana wartość wynosiła grubo ponad 800
Kelwinów, a potem zaczęła się zmniejszać.
Nigdy nie udało się nam zobaczyć żadnego pocisku, nie wystarczał na to
ułamek sekundy, w którym lasery celowały i strzelały. Ale siedemnasty
pocisk przemknął nad horyzontem zygzakując dziko i zatrzmał się bezpo-
średnio nad nami. Przez chwilę zdawał się wisieć nieruchomo, a potem
zaczął spadać. Połowa naszych laserów wykryła go, otworzyła ogień ciągły,
ale żaden z nich nie był w stanie wycelować - ich urządzenia celownicze
były zablokowane na namiarach z poprzedniego ataku.
Połyskiwał spadając, lustrzany połysk jego gładkiego kadłuba odbijał
lustrzany żar buchający z kraterów i niesamowite rozbłyski ciągłego,
bezsilnego ognia laserów. Usłyszałem, jak Charlie nabiera duży haust
powietrza. Pocisk zniżył się tak bardzo, żę można było zobaczyć pająkowate
taurańskie cyfry nakreślone na kadłubie oraz przezroczysty łuk tuż przy
dziobie - i nagle silnik rozbłysnął płomieniem odrzutu i pocisk zniknął.
- Co u diabłą? - spytał spokojnie Charlie.
- Może rozpoznanie?
- Tak sądzę. No, to już wiedzą, że nic im nie możemy zrobić.
- Chyba, że lasery się odblokują. - Trudno było na to liczyć. - Lepiej
wyślijmy ludzi pod kopułę. I sami też chodźmy.
Charlie mruknął słowo, którego brzmienie zmieniło się przez wieki, ale
znaczenie było ciągle zrozumiałe. - Nie ma się co spieszyć. Zobaczymy co
teraz wymyślą.
Czekaliśmy przez kilka godzin. Temperatura na zewnątrz ustabilizowała
się na 690 Kelwinów - trochę poniżej punktu topnienia cynku, przypomnia-
łem sobie bez sensu. Spróbowałem sterować laserami ręcznie, ale wciąż
były zablokowane.
- Są - powiedział Charlie. - Znowu osiem.
Ruszyłem w stronę displyu. - Może...
- Poczekaj! To nie pociski. - W identyfikatorze pojawił się napis: TRANS-
PORTOWCE PIECHOTY.
- Chyba chcą zdobyć bazę - stwierdził. - Nie zniszczoną.
- Albo chcą wypróbować nową broń i taktykę. Niewiele ryzykują. Mogą
się zawsze wycofać i podrzucić nam "novą".
Wezwałem Brill i poleciłem jej, by wzięła wszystkich, którzy są w Polu
i wraz z resztą jej plutonu obsadziła nimi pozycje w północno-wschodnim
i północno-zachodnim sektorze obrony.
- Możę nie powinniśmy - stwierdził Charlie - wysyłać wszystkich na górę,
zanim nie zorientujemy się ilu nas atakuje.
Miał rację. Należy zachować rezerwy i zdezorientować nieprzyjaciela co do
naszych możliwości obrony. - To jest myśl... może w tych ośmiu transpor-
towcach jest ich tylko sześćdziesięciu czterech. - Albo 128, albo 256. Bardzo
bym sobie życzył, by nasze satelity szpiegowskie miały lepsze zdolności
rozdzielcze, trudno jednak upchać więcej aparatury do urządzenia wielkoś-
ci winnej jagody.
Postanowiłem, że siedemdziesięciu żołnierzy Brill utworzy naszą pierwszą
linię obrony i poleciłem im obsadzić okopy otaczające bazę. Reszta ludzi
zostanie na dole, aż do momentu gdy okaże się potrzebna.
Jeżeli Taurańczycy dzięki swej liczebności lub nowej technologii stanowią
siłę nie do powstrzymania, wydam rozkaz by wszyscy wycofali się do Pola.
Między pomieszczeniami mieszkalnymi a kopułą jest tunel i ludzie będą
mogli przejść pod ziemią w bezpieczne miejsce. Obsada okopów będzie
musiałą wycofać się pod ogniem, o ile w momencie gdy wydam rozkaz, ktoś
z nich pozostanie przy życiu.
Wezwałem Hilleboe polecając jej i Charliemu pilnować laserów. Jeżeli się
odblokują, ściągnę Brill i jej ludzi z powrotem. Wtedy możny będzie znowu
włączyć automatyczne celowniki, usiąść i popatrzeć na ten cyrk. Charlie
zaznaczył na monitorach trasy poszczególnych promieni i gdy coś pojawi
się na linii strzału, on i Hilleboe będą mogli uruchomić je ręcznie.
Mieliśmy około dwudziestu minut. Brill obsadzałą swoimi ludźmi wyzna-
czając okop każdej drużynie, ustalając zazębiające się sektory ognia.
Włączyłem się i poprosiłem o ustawienie ciężkiej broni tak, żęby zmuszała
atakującego nieprzyjaciela w pole działania laserów.
Teraz mogliśmy czekać. Poprosiłem Charliego, by ustalił tempo posuwania
się nieprzyjaciela i spróbował dokładnie obliczyć ile czasu nam zostało do
chwili rozpoczęcia ataku. Sam usiadłem za biurkiem, wyciągnąłem notes
żeby naszkicować plan pozycji obronnych zajętych przez Brill i zobaczyć,
co jeszcze można w nim ulepszyć.
Napchano mi głowę całą masę teorii, mnóstwem wskazówek taktycznych
dotyczących otoczenia i okrążenia, ale były one przedstawione z niewłaści-
wego punktu widzenia. Jeżeli to ciebie, bracie, mają okrążać, to włąściwie
nie masz specjalnego wyboru. Trzeba schować łeb, uszy do góry i modlić się
o pomoc. Utrzymywać pozycję i nie myśleć za dużo.
- Jeszcze osiem transportowców - powiedział Charlie. - Pierwsza ósemka
będzie tu za pięć minut.
A więc będą atakować w dwóch rzutach. Najmniej w dwóch. Co bym zrobił
na miejscu taurańskiego dowódcy? Jego działąnie nie było wcale trudne do
przewidzenia. Taurańczycy nie mieli wyobraźni taktycznej i zazwyczaj
kopiowali nasze wzory.
Pierwszy rzut będzie spisany na straty, ot, taki atak w stylu kamikaze, żeby
zmiękczyć i rozpoznać naszą obronę. Druga grupa przeprowadzi natarcie
w sposób bardziej metodyczny i wykończy nas. Albo na odwrót: pierwszy
rzut okopie się w ciągu dwudziestu minut, a potem drugi przeskoczy nad ich
głowami i uderzy wszystkimi siłami w jeden punkt - żeby przełamać naszą
obronę i opanować bazę.
A możę wysłali dwa oddziały, ponieważ dwójka jest dla nich cyfrą magicz-
ną. Albo mogą wysłać tylko osiem transportowców na raz (to by było fatalne,
zakładając, że transportowce są duże - w inych sytuacjach używali
pojazdów, które zabierał od czterech do 128 żołnierzy).
- Trzy minuty. - Wpatrywałem się w konstelację monitorów pokazujących
różne fragmenty pola minowego. Jeżeli będziemy mieli szczęście, wylądu-
ją właśnie tam. Albo przejdą nad minami wystarczająco nisko żeby je
zdetonować.
Dokuczało mi lekkie poczucie winy. Siedziałem bezpiecznie z założonymi
rękami w swojej norze, gotów wydawać rozkazy i polecenia. A co o swoim
nieobecnym dowódcy sądzi siedemdziesiąt owiec ofiarnych?
Przypomniałem sobie co myślałem podczas mojej pierwszej akcji o kapita-
nie Stott. Wolał zostać bezpiecznie na orbicie, podczas gdy my krwawiliśmy
na powierzchni. Przypływ zapamiętanej nienawiści był tak silny, że z tru-
dem opanowałem mdłości.
- Hilleboe, możesz sama zająć się laserami?
- Oczywiście, sir.
Rzuciłem pióro i wstałem. - Charlie, przejmiesz koordynację działań, dasz
sobie z tym radę równie dobrze jak ja. Wychodzę na górę.
- Nie radzę, sir.
- Nie, do diabła, William. Nie bądź idiotą.
- To ja wydaję rozkazy, nie...
- Nie przeżyjesz tam dziesięciu sekund - stwierdził Charlie.
- Mam taka samą szansę jak każdy inny.
- Nie słyszysz co się do ciebie mówi? Zabiją cię!
- Żołnierze? Bzdury. Wiem, że niezbyt mnie lubią, ale...
- Słuchałeś na ich częstotliwości?
- Nie, przecież w czasie rozmów między sobą nie mówili moją odmianą
angielskiego.
- Oni tam myślą, że wysłałeś ich na linię za karę, za tchórzostwo. Po tym jak
powiedziałeś wszystkim, że mogą iść do kopuły.
- Ukarać ich? Nie, oczywiście, że nie. - W każdym razie nieświadomie. - Po
prostu byli pod ręką, gdy potrzebowałem... czy porucznik Brill nic im nie
powiedziała?
- Nic takiego nie słyszeliśmy - stwierdził Charlie. - Może była zbyt zajęta.
- Albo myślała tak samo. - Lepiej będzie jeżeli...
- Patrzcie - krzyknęła Hilleboe. Na jednym z monitorów pojawił się
pierwszy nieprzyjacielski transportowiec; pozostałe zjawiły się po sekun-
dzie. Nadchodziły z różnych kierunków, w nierównych grupach. Pięć
z północnego wschodu i tylko jeden z południowego zachodu. Przekazałem
tę informację Brill.
Mimo wszystko dobrze wczuliśmy się w ich sposób myślenia: wszystkie
schodziły do lądowania w polu minowym. Jeden znalazł się wystarczająco
nisko, by zdetonować którąś z nich. Wybuch poderwał rufę pojazdu o dziw-
nie opływowych kształtach, przekręcił go i cisnął dziobem o powierzchnię.
Otwarły się boczne luki i Taurańczycy wypełzli z wraku. Dwunastu,
czterech pewnie zostało w środku. Jeżeli w pozostałych siedmiu również
będzie po szesnastu, to mają nad nami tylko nieznaczną przewagę.
W pierwszym rzucie.
Pozostała siódemka wylądowała bez kłopotów i rzeczywiście w każdej
z maszyn było szesnastu Taurańczyków. Brill, widząc koncentrację sił
nieprzyjaciela odpowiednio przesunęła parę drużyn i zaczęliśmy czekać.
Szli szybko przez pole minowe, maszerując miarowo jak krzywonogie,
o zbyt wysoko położonym środku ciężkości roboty. Nie mylili kroku nawet
wtedy, gdy któryś z nich wylatywał na minie. A wyleciało z jedenastu.
Kiedy przekroczyli linię horyzontu wyjaśniło się dlaczego liczebność grup
była tak różnorodna. Przeanalizowali uprzednio, na których drogach podej-
ścia powyrywane przez pociski rumowiska skalne dadzą im najlepszą
osłonę. Dzięki nim dotarli na odległość zaledwie paru kilometrów od bazy,
zanim znaleźli się w polu obstrzału. Ich skafandry musiały mieć obwody
wspomagania podobne do naszych, bowiem przez niecałą minutę przeszli
kilometr.
Brill natychmiast poleciła otworzyć ogień, bardziej chcąc w ten sposób
podreperować morale żołnierzy, niż licząc, że zada nieprzyjacielowi znacz-
niejsze straty. Najprawdopodobniej jej ludziom udało się trafić paru, ale
trudno było mieć pewność. W każdym razie rakiety tachionowe efektownie
zamieniały potężne głazy w drobny tłuczeń.
Taurańczycy odpowiedzieli ogniem broni podobnej do naszych rakiet
tachionowych (zresztą może to były takie same rakiety), ale rzadko udało im
się trafiać. Nasi ludzie byli rozlokowani na powierzchni i pod powierzchnią
i jeżeli rakieta w coś nie trafiła, mogła sobie tak lecieć i lecieć, po wieki
wieków. Mimo to trafili jeden z naszych laserów i wstrząs, który dotarł do
nas, był tak silny, że zacząłem żałować, iż nie zakopaliśmy się głębiej niż
na dwadzieścia metrów.
Bewawatowe lasery w niczym nam nie pomogły. Taurańczycy musieli wcześniej
ustalić ich linie ognia i ominęli je z daleka. I dobrze się stało, bo
pozwoliło to Charliemu oderwać na chwilę wzrok od monitorów stanowisk
laserowych.
- Co u diabła?
- Co takiego Charlie? - Nie odrywałem spojrzenia od monitorów czekając
na jakąś okazję.
- Kosmolot, krążownik... zniknął. - Popatrzyłem na display. Miał rację.
Czerwone punkty odnosiły się wyłącznie do transportowców.
- Gdzie on się podział? - spytałem idiotycznie.
- Przekręćmy z powrotem. - Zaprogramował display na cofnięcie projekcji
o kilka minut i ustawił skalę tak, że w hologramie widniała i planeta
i kolapsar. Pojawił się krążownik, a obok niego trzy zielone kropki. To nasz
"tchórz" atakował krążownik z dwoma tylko "trutniami".
Zamiast wejść w kolapsar, prześliznął się wokół jego pola i wyszedł
z prędkością 0,9 c (pociski 0,99 c), prosto na nieprzyjacielski krążownik.
Nasza planeta była oddalona od kolapsara o tysiąc sekund świetlnych, więc
Taurańczycy mieli tylko dziesięć sekund na wykrycie i zniszczenie "trut-
ni". A przy tej prędkości nie ma różnicy, czy trafiła cię "nova" cza kula
papieru.
Pierwszy pocisk rozwalił krążownik, a drugi, lecący 0,01 sekundy za nim,
poszybował, by zderzyć się z planetą. Myśliwiec wyminął ją o parę
kilometrów i pomknął w przestrzeń wytracając prędkość z maksymalnym
przeciążeniem dwudziestu pięciu G. Wróci za parę miesięcy.
Ale Taurańczycy nie mieli zamiaru na niego czekać, Podeszli do naszych
pozycji wystarczająco blisko, by obie strony mogły zacząć używać laserów,
ale jednocześnie znaleźli się w polu skutecznego obstrzału naszych granat-
ników. Duże głazy mogły ich osłonić przed ogniem laserów, lecz pociski
granatników i rakiety robiły prawdziwą masakrę. Żołnierze Brill mieli
przygniatającą przewagę, walczyli bowiem z okopów i jedynie jakiś
przypadkowy, szczęśliwy strzał albo dobrze wycelowany granat (Taurań-
czycy rzucali je ręcznie na odległość kilkuset metrów) mógł im zaszkodzić.
Brill straciła czterech, ale wyglądało na to, że taurański oddział stopniał
do połowy.
Tempo walki spadło. Były to raczej indywidualne pojedynki laserowe,
akcentowane od czasu do czasu przez ciężką broń - choć użycie tachiono-
wej rakiety przeciwko pojedynczemu Taurańczykowi nie było zbyt rozsąd-
ne, tym bardziej że za parę minut miały wylądować oddziały o nieznanej
liczebności.
W obrazie holograficznym coś mnie zaniepokoiło. Teraz, gdy natężenie
walki spadło - nareszcie zrozumiałem co.
Jaki będzie rezultat zderzenia z planetą "trutnia" rozpędzonego prawie do
prędkości światła? Przeszedłem do kpmputera i wprowadziłem dane:
dowiedziałem się z nich ile energii zostanie wyzwolone w czasie kolizji
i porównałem to z geologiczną informacją zmagazynowaną w pamięci
komputera.
Dwadzieścia razy więcej niż w czasie największego zarejstrowanego
dotąd trzęsienia ziemi. Na planecie o jedną czwartą mniejszej od Ziemi.
Na ogólnej częstotliwości. - Wszyscy na górę! Natychmiast! - Wdusiłem
dłonią guzik, który uruchamiał i otwierał śluzy oraz tunel prowadzący
z Administracji na powierzchnię.
- Co u diabła, Will...
- Trzęsienie ziemi!
- Kiedy?
- Biegiem!
Hilleboe i Charlie pędzili tuż za mną.
- Czy w okopach będzie bezpieczniej? - spytał Charlie.
- Nie wiem - odparłem. - Nie miałem do czynienia z trzęsieniami ziemi.
A może ściany okopu zsuną się i cię zgniotą.
Zaskoczyła mnie ciemność panująca na powierzchni. Doradus S prawie
zaszedł, a w monitorach poziom światła wyrównywany był automatycznie.
Promień nieprzyjacielskiego lasera przeciął otwartą przestrzeń z lewej
strony i zderzywszy się z podstawą naszego lasera stacjonarnego rozprysnął
się gwałtownym deszczem iskier. Jeszcze nas nie dostrzegli. Uznaliśmy, że
w okopach będzie bezpieczniej i trzema skokami dopadliśmy najbliżej
położonego.
Podkręciłem wzmacniacz obrazu na dwójkę, żeby przyjrzeć się naszym
współtowarzyszom. Mieliśmy szczęście - był wśród nich jeden grenadier
i mieli wyrzutnię rakiet. Ich nazwiska na hełmach niewiele mi mówiły.
Byliśmy w okopie Brill, ale nie zauważyła nas jeszcze. Znajdowała się
w drugim końcu i wyglądała ostrożnie nad przedpiersiem kierując dwie
drużyny tak, by oskrzydliły przeciwnika. Gdy osiągnęły pomyślnie wyzna-
czoną pozycję, zeskoczyła na dno okopu. - To pan, majorze?
- Tak - odparłem.
- Co z tym trzęsieniem ziemi?
Już jej powiedziano o zniszczeniu krażownika, ale nie wiedziała jeszcze
o drugim "trutniu". Wyjaśniłem jej sytuację możliwie jak najkrócej.
- Nikt nie wyszedł ze śluzy - stwierdziła. - Jak dotąd. Przypuszczam, że
wszyscy przeszli do Pola.
- Tak, mieli do niego równie blisko jak do wyjścia. - Być może część z nich
nie potraktowała mnie na serio i była jeszcze na dole. Włączyłem się na
ogólną częstoltliwość, żeby to sprawdzić i nagle rozpętało się piekło.
Ziemia pod nami opadła, potem znowu wygięła się ku górze udrzając nas
tak mocno, że nagle znaleźliśmy się w powietrzu wylatując z okopu.
Przelecieliśmy kilka metrów wystarczająco wysoko, by zobaczyć rozsiane
wokół jaskrawopomarańczowe i żółte, owalne kratery po "novych". Wylą-
dowałem na równych nogach, ale ziemia tak drżała i poruszała się, że nie
można było utrzymać się w pozycji pionowej.
Z wyczuwalnym przez materiał skafandra basowym zgrzytem cała oczysz-
czona przez nas powierzchnia nad bazą rozsypała się i zapadła. Osunięcie
gruntu obnażyło część podstawy Pola, które opadło na nowy poziom.
Miałem nadzieję, że wszystkim starczyło czasu i rozsądku, by schronić się
do kopuły.
Jakas postać wypełzła chwiejnie z najbliższego okopu i z przerażeniem
pojąłem, że nie jest to człowiek. Z tej odległości mój laser wypalił w jego
hełmie dziurę na wylot, Taurańczyk zrobił jeszcze dwa kroki i padł na
wznak. Nad przedpiersiem okopu pojawił się jeszcze jeden hełm - ściąłem
mu wierzch zanim jego właściciel był w stanie unieść broń.
Straciłem orientację. Jedyną rzeczą, która nie zmieniła się w tym chaosie
była kopuła Pola, ale wyglądała identycznie z każdej strony. Wszystkie
bewawatowe lasery były zasypane i tylko jeden włączył się sam wysyłając
jaskrawy, migocący płomień, który świecił jak reflektor rozjaśniając kłę-
biącą się chmurę pyłu skalnego.
Najwyraźniej znalazłem się na terytorium nieprzyjaciela. Po ciągle trzęsą-
cym się gruncie zacząłem biec w stronę kopuły.
Nie mogłem nawiązać łączności z dowódcami plutonów. Najprawdopodob-
niej wszyscy, poza Brill, byli w kopule. Wywołałem Hilleboe i Charliego
polecając Hilleboe, żeby poszła do kopuły i wygarnęła wszystkich na
zewnątrz. Jeżeli w następnym rzucie będzie również 128 Taurańczyków,
będziemy potrzebowali każdego żołnierza.
Wstrząsy ustały i udało mi się znaleźć "swój" okop - to jest okop kucharzy,
ponieważ znajdowali się w nim tylko Orban i Rudkoski.
Usłyszałem brzęczyk wezwania i połączyłem się z Hilleboe.
- Sir... tam było tylko dziesięć osób. Reszta nie zdążyła.
- Zostali w bazie? - Wydawało mi się, że mieli wystarczająco dużo czasu.
- Nie wiem, sir.
- Mniejsza o to. Policz ilu mamy ludzi, wszystkich razem. - Znowu
zacząłem wywoływać dowódców plutonów i znowu odpowiedziała mi
cisza.
Parę minut czekaliśmy na ogień nieprzyjacielskich laserów, ale bez skutku.
Pewnie czekali na posiłki.
Znowu odezwała się Hilleboe. - Naliczyłam tylko pięćdziesiąt trzy osoby.
Może jest jeszcze paru nieprzytomnych.
- W porządku. Niech się trzymają, dopóki... - I wtedy pojawił się drugi rzut
natarcia. Transportowce przemknęły nad linią horyzontu, płomienie ich
silników hamujących biły w naszą stronę. - Rakietami w tych skurwysynów
- wrzasnęła Hilleboe do wszystkich. Okazało się jednak, że w czasie tej
kotłowaniny nikt już nie ma wyrzutni. Podobnie rzecz się miała z granatni-
kami, a dla ręcznych laserów odległość była zbyt wielka.
Transportowce drugiego rzutu były pięć razy większe od poprzednich.
Jeden z nich wylądował jakiś kilometr przed nami, zatrzymując się tylko po
to, by wyrzucić siedzących w nim żołnierzy. Było ich ponad pięćdzisięciu,
prawdopodobnie sześćdzisięciu czterech - razy osiem: 512. Nie byliśmy
w stanie ich zatrzymać.
- Uwaga, wszyscy, tu mówi major Mandella - starałem się, by mój głos był
równy i spokojny. - Wycofujemy się do kopuły, szybko, ale w zorganizowa-
ny sposób. Wiem, że jesteśmy cholernie rozproszeni. Jeżeli któryś z was
należy do plutonu drugiego lub czwartego, niech zostanie przez minutę
i osłania ogniem, podczas gdy pluton pierwszy, trzeci i pluton wsparcia
będą się wycofywać.
- Pluton pierwszy, trzeci i wsparcia wycofują się na połowę dystansu od
kopuły, zajmują pozycję i osłaniają odwrót plutonów drugiego i czwartego,
które z kolei będą osłaniać was. - Nie powinienem był używać słowa
"odwrót", w podręcznikach go nie stosują. Działania opóźniające.
Trudno to było nazwać działaniami. Strzelało ośmiu czy dziewięciu, a reszta
wiała na całego. Rudkoski i Orban zniknęli. Celując starannie wystrzeliłem
parę razy bez widocznych rezultatów, przebiegłem w drugi konic okopu,
wyskoczyłem na górę i popędziłem do kopuły.

3.

Gdy znalazłem się w środku, zobaczyłem jak rakieta, która chybiła mnie
przed momentem, przesuwa się z wolna przez półmrok, aż wreszcie
wznosząc się lekko przelatuje przez przeciwległą ścianę kopuły. Gdy
pojawi się z tamtej strony, wyparuje natychmiast, ponieważ cała energia
kinetyczna utracona w czasie gwałtownego hamowania do prędkości 16,3
metra na sekundę, powróci do niej pod postacią ciepła.
Dziewięć osób leżało twarzą do ziemi tuż przy krawędzi Pola. Byli martwi.
Można to było przewidzieć, choć nie była to wiadomość, którą przekazywa-
no by podwładnym.
Skafandry bojowe tych dziewięciu osób były nie naruszone - w przeciwnym razie
nie dotarliby tak daleko - ale w którymś momencie trzęsienia ziemi
musieli uszkodzić specjalną izolacyjną wykładzinę chroniącą przed działa-
niem Pola. Dlatego, gdy tylko weszli pod kopułę, natychmiast ustały w nich
jakiekolwiek procesy elektryczne, co oczywiście zabiło ich natychmiast.
A ponieważ żadna molekuła w ciele nie mogła poruszać się z prękością
większą niż 16,3 m/sek, nieszczęśnicy zamarzli na kamień.
Gestykulując udało mi się zebrać wszystkich w centrum Pola, koło rufy
myśliwca, tam gdzie ułożony była broń. Uzbrojenia było dużo, szykowaliś-
my je dla trzy razy większej załogi. Po tym, jak wydałem każdemu
żołnierzowi tarczę i krótki miecz, napisałem na śniegu: DOBRZY ŁUCZNI-
CY, PODNIEŚĆ RĘKĘ. Zgłosiło się pięciu ochotników, wyznaczyłem jesz-
cze trzech, tak żeby wszystkie łuki były wykorzystane. Dwadzieścia strzał
do każdego łuku. Była to nasza najskuteczniejsza broń dalekiego zasięgu,
ciężkie strzały o grocie z kryształu twrdszego od diamentu były prawie
niewidoczne w locie.
Ustawiłem łuczników wokół myśliwca (jego usterzenie chroniło ich częś-
ciowo przed pociskami lecącymi z tyłu), a między każdą parą łuczników
umieściłem czterech żołnierzy: dwóch z oszczepami, jednego z dzidą
i jednego uzbrojonego w topór bojowy i tuzin noży do rzucania - chakram.
Przy takim ustawieniu byliśmy w stanie razić nieprzyjaciela w każdej
odległości - od granicy Pola do momentu walki wręcz.
Inna rzecz, że w chwili obecnej, przy stosunku sił 600 na 42, mogli zapewne
wejść tu z kamieniami w rękach, bez tarcz czy w ogóle jakiegoś specjalnego
uzbrojenia i zrobić z nas miazgę.
Oczywiście zakładając, że wiedzą co to Pole. Poza tą niewiadomą ich
uzbrojenie wyglądało na zupełnie nowoczesne.
Przez kilka godzin panował spokój. Zaczynaliśmy już być zmęczeni tym
oczekiwaniem na śmierć. Nikt do nikogo nie mówił, nie widziało się nic,
tylko niezmiennie szarą kopułę, szary śnieg, szary statek kosmiczny i kilku
identycznie szarych żołnierzy. Słyszało się tylko samego siebie, czuło się
tylko zapach własnego ciała.
Ci, którzy jeszcze w jakimś stopniu interesowali się walką, obserwowali
wewnętrzną granicę Pola, czekając na pierwszych Taurańczyków. Dzięki
temu w ciągu sekundy mogliśmy się zorientować, żę atak się zaczął. Z góry
spadł na nas deszcz dzirytów, które przedostały się do kopuły jakieś
trzydzieści metrów nad powierzchnią i leciały w stronę jej centrum.
Ludzie, którzy zauważyli nadlatujące dziryty łatwo mogli się ukryć za
swoimi tarczami - były wystarczająco duże. Ci, którzy stali do nich tyłem
albo właściwie drzemali, mogli liczyć tylko na łut szczęścia - nie można było
zawołać, by ich ostrzec, a pocisk leciał od skraju kopuły zaledwie trzy
sekundy.
Udało nam się - straciliśmy tylko pięciu, w tym jednego łucznika. Nazywał
się Shubik. Wziąłem jego łuk i znowu czekaliśmy, spodziewając się, że tym
razem zaatakuje nas piechota.
Nie zaatakowała. Po pół godzinie przeszedłem się naokoło i wyjaśniłem na
migi, że w wypadku gdy cokolwiek się zdarzy, należy przede wszystkim
szturchnąć stojącego po prawej. On zrobi to samo i tak dalej po linii.
Być może ocaliło mi to życie. Parę godzin później druga fala dzirytów
nadleciała zza moich pleców. Poczułem szturchnięcie, klepnąłem w ramię
człowieka stojącego po prawej, odwróciłem się i zobaczyłem spadającą
chmurę pocisków. Uniosłem tarczę nad głową i w ułamek sekundy później
wbiły się w nią dziryty.
Odłożyłem łuk, by wyrwać wbite w tarczę trzy pociski i w tym momencie
rozpoczął się atak piechoty. Około trzystu Taurańczyków jednocześnie
przekroczyło linię Pola. Byli ustawieni ramię przy ramieniu wzdłuż całego
obwodu kopuły. Maszerowali w nogę, każdy z nich trzymał okrągłą tarczę
ledwo przykrywającą jego masywną pierś. Rzucali dziryty podobne do tych,
którymi atakowali nas poprzednio.
Ustawiłem tarczę przed sobą - miała u dołu niewielkie podpórki, które
utrzymywały ją w pozycji pionowej - i gdy wypuściłem pierwszą strzałę,
spostrzegłem, że jednak mamy szansę. Pocisk trafił jednego z nich w środek
tarczy, przebił ją na wylot i przedziurawił skafander.
W gruncie rzeczy była to masakra. Bez elementu zaskoczenia ich dziryty
były nieskuteczne, ale jednak, gdy jeden nadleciał z tyłu, zza mojej głowy,
poczułem jak ścierpła mi skóra na karku.
Strzałami i oszczepami zabiliśmy ponad połowę maszerujących, na długo
zanim zbliżyli się na odległość walki wręcz. Wyciągnąłem miecz i czeka-
łem. W dalszym ciągu mieli nad nami trzykrotną przewagę.
Do walki wręcz pierwsi weszli żołnierze uzbrojeni w dzidy. Były to raczej
dwumetrowe, metalowe pręty, na końcach których znajdowały się obosie-
czne, ząbkowane jak piła, noże. Taurańczycy walczyli z nimi w cholernie
beznamiętny - albo bohaterski, wszystko zależy od punktu widzenia -
sposób. Po prostu chwytali za ostrze i umierali. A zanim człowiek uwolnił
swoją broń z tego śmiertelnego chwytu, zabijał go drugi Taurańczyk
uzbrojony w ponad metrową, zakrzywioną szablę.
Oprócz szabel mieli także coś, co przypominało bolo. Był to kawał elas-
tycznego sznura zakończonego dzisięciocentymetrowym odcinkiem czegoś
zbliżonego do drutu kolczastego z ciężarkiem. Gdy chybił celu, wszystko to
odskakiwało z powrotem w nieoczekiwany sposób. Bolo trafiało jednak
dość często, przelatując pod tarczami i oplatując kostki drutem kolczastym.
Gdy siły taurańskie stopniały, nasi przeciwnicy zrobili po prostu w tył zwrot
i zaczęli maszerować w stronę granicy Pola. Ciskaliśmy za nimi ich dziryty,
ale nie mieliśmy ochoty ich ścigać. Mogliby jeszcze raz zrobić w tył zwrot.
Zostało nas tylko dwadzieścia osiem osób. Prawie dziesięć razy więcej
Taurańczyków zasłało pole walki, ale nie mieliśmy specjalnych powodów
do radości. Przecież byli w stanie zacząć wszystko od początku, z nowymi
trzema setkami żołnierzy. I tym razem uda się im na pewno.
Przechodziliśmy od jednego ciała do drugiego, wyciągając strzały i oszcze-
py, a potem znowu zajęliśmy nasze pozycje naokoło myśliwca. Dzidami
nikt się już nie interesował. Policzyłem swoich: Charlie i Diana jeszcze żyli
(Hilleboe były jedną z ofiar dzidy), podobnie dwaj inni oficerowie: Wilber
i Szydlowska. Rudkoski również ocalał, ale Orban dostał dzirytem.
Czekaliśmy cały dzień i wszystko wskazywało na to, że nieprzyjaciel
zamiast próbować bezpośredniego ataku, zdecydował się raczej załątwić
nas na odległość. Dziryty spadały na nas bez przerwy, już nie całymi rojami,
ale po dwa, trzy, dziesięć. Każdy z innego kierunku. Nie możny ciągle mieć
się na baczności i co trzy, cztery godziny udawało im się kogoś trafić.
Spaliśmy po dwoje, na zmianę, leżąc na generatorze Pola. Znajdował się
bezpośrednio pod kadłubem myśliwca i był najbezpieczniejszym miejscem
w całej kopule.
Od czasu do czasu na skraju Pola pojawiał się Taurańczyk, najwodoczniej
sprawdzając czy jeszcze żyjemy. Niekiedy strzelaliśmy do niego z łuku -
żeby nie wyjść z wprawy.
Po kilku dniach dziryty przestały na nas spadać. Przypuszczam, żę po prostu
się im wyczerpały. Albo kiedy zostało nas już tylko dwudziestu, uznali że
teraz mogą przestać. To było bardziej prawdopodobne. Podszedłem z dzidą
do skraju Pola i wytknąłem jakiś centymetr na drugą stronę. Gdy wciągną-
łem ją do środka, koniec był stopiony. Po prostu obkładali Pole ogniem
z laserów i czekali na moment, w którym dostaniemy kota i wyłączymy
generator. Sami pewnie siedzieli sobie w swoich pojazdach i rżnęli w taura-
ńskie oczko.
Próbowałem myśleć. Ani przez chwilę nie mogłem się skoncentrować
w tym wrogim środowisku - pozbawiony zmysłów, oglądający się ciągle
przez ramię. Charlie coś powiedział. Wczoraj? Nie mogłem tego odtworzyć.
Tylko to, że wtedy by się nam nie udało. Więcej nie pamiętałem - aż do
chwili, gdy mnie olśniło.
Zebrałem wszystkich i napisałem na śniegu:
WYJĄĆ Z MYŚLIWCA "NOVE".
PRZENIEŚĆ NA SKRAJ POLA.
PRZESUNĄĆ POLE.
Szydlowska orientował się gdzie na pokłądzie myśliwca znajdowały się
odpowiednie narzędzia. Na szczęście zostawiliśmy wszystkie włazy otwarte,
zanim włączyliśmy Pole - były sterowane elektronicznie i zablokowało-
by je na amen.
Drzwi komory bombowej miały awaryjne sterowanie ręczne i wszystko
poszło gładko. Zupełnie inną sprawą było uwolnienie bomb z uchwytów.
W końcu Szydlowska wrócił do maszynowni i przyniósł łom. Rozluźnił
mocowania jednej bomby, ja drugiej i w końcu wytoczyliśmy je z komory
bombowej.
Nim zeszliśmy na dół, zajął się nimi sierżant Anghelov. Żeby uzbroić
bombę musiał tylko odkręcić zapalnik umieszczony w głowicy i powiercić
czymś w otworze, żeby zniszczyć mechanizm opóźniający i bezpieczniki.
Przenieśliśmy je szybko na brzeg Pola, sześciu ludzi na jedną bombę,
i ułożyliśmy obok siebie. Następnie daliśmy znak czterem żołnierzom
stojącym przy uchwytach generatora Pola. Unieśli go i zrobili dziesięć
kroków w przeciwnym kierunku.
Nie mieliśmy wątpliwości, że bomby wybuchły. Przez chwilę na zewnątrz
było gorąco jak w środku gwiazdy i nawet Pole na to zareagowało. Jedna
trzecia kopuły rpzjarzyła się przez moment ciemnoróżową poświatą i znowu
zszarzała. Poczuliśmy lekkie przyspieszenie, jak w windzie. Oznaczało to,
że spadamy w głąb krateru. Czy dno będzie twarde? Czy też zatoniemy
w roztopionej lawie i zastygniemy jak muchy w bursztynie - nie warto było
o tym myśleć. Nawet jeżeli coś takiego się zdarzy, może będziemy mogli
utorować sobie drogę bewawatowymi laserami myśliwca.
Przynajmniej dwunastu z nas.
JAK DŁUGO? - wydrapał Charlie na śniegu.
To było cholernie dobre pytanie. Wiedziałem tylko ile energii wyzwoli
eksplozja obu bomb. Nie wiedziałem jakie będą rozmiary powstałej przy
wybuchu kuli ognia, a to przecież rzutowało na temperaturę w czasie
detonacji i na rozmiary krateru. Nie znałem też zdolności pochłaniania
ciepła przez otaczające nas skały oraz ich punktu wrzenia. Napisałem -
TYDZIEŃ?
Zacząłem wypisywać równania na śniegu usiłując obliczyć maksymalny
i minimalny czas, w którym temperatura na zewnątrz spadnie do 500
Kelwinów. Anghelov, którego wiadomości z dziedziny fizyki były bardziej
aktualne od moich, rozwiązywał te same zadania po drugiej stronie statku.
Według moich obliczeń mogło to trwać od sześciu godzin do sześciu dni
(choć przy sześciu godzinach otaczające nas skały musiałyby przewodzić
ciepło jak czysta miedź), a Anghelovowo wyszło, że od pięciu godzin do
czterech i pół dnia. Głosowałem za sześcioma dniami i nie było sprzeciwu.
Bardzo dużo spaliśmy. Charlie i Diana grali w szachy wyskrobując symbole
na śniegu. Kilkakrotnie sprawdzałem swoje obliczenia i zawsze wychodzi-
ło mi sześć dni. Sprawdziłem obliczenia Anghelova i też wydały mi się
prawidłowe, ale obstawałem przy swoim. Nic nie szkodzi, jeżeli posiedzi-
my w skafandrach jeszcze przez półtora dnia. Spieraliśmy się żartobliwie
wypisując zwięzłe stenogramy.
W dniu, w którym podłożyliśmy bomby, było nas dziewiętnaścioro. Sześć
dni później, kiedy stanąłem z dłonią na wyłączniku Pola, było nas tyle
samo. Co nas czekało na zewnątrz? Na pewno zniszczyliśmy wszystkich
Taurańczyków w promieniu kilku klików od punktu eksplozji. Mogli
jednak rozmieścić siły rezerwowe gdzieś dalej i teraz oczekiwali nas na
krawędzi krateru. W każdym jednak razie pałka wytknięta na zewnątrz,
wracała nie uszkodzona.
Rozśrodkowałem ludzi na całej powierzchni tak, żeby nie mogli załatwić
nas jednym strzałem. A potem, gotowy włączyć Pole natychmiast gdyby się
okazało, że coś jest nie tak - wcisnąłem guzik.

4.

Moje radio w dalszym ciągu włączone było na ogólną częstotliwość i nagle
w moje uszy wdarła się głośna, radosna wrzawa.
Staliśmy pośrodku krateru szerokiego i głębokiego na kilometr. Jego stoki
połyskiwały czarną polewą poprzecinaną czerwonymi szczelinami - gorą-
cymi, ale już niegroźnymi. Półkula gruntu, na której oparte było Pole,
zagłębiła się na jakieś czterdzieści metrów w roztopione eksplozją dno
krateru i staliśmy teraz na czymś w rodzaju postumentu.
W zasięgu wzroku nie było ani jednego Taurańczyka.
Popędziliśmy do statku, zahermetyzowaliśmy go, napełnili chłodnym po-
wietrzem i zdjęliśmy skafandry. Nie starałem się wykorzystać mojej rangi
po to, by jako pierwszy wleźć pod prysznic - siedziałęm tylko na leżance
i oddychałem głęboko powietrzem, które nareszcie nie pachniało regenero-
wanym Mandellą.
Myśliwiec był obliczony na załogę najwyżej dwunastoosobową i dlatego,
by nie obciążać systemów utrzymywania życia, siedmioosobowa zmiana
musiała stale przebywać na zewnątrz. Do oddalonego o sześć tygodni
drugiego myśliwca wysłałem kilkakrotnie wiadomość, że jesteśmy cali
i zdrowi i czekamy żeby nas zabrał. Byłem prawie pewien, że będzie na nim
przynajmniej siedem wolnych miejsc, bowiem załoga w czasie działań
bojowych liczyła zazwyczaj trzy osoby.
Jakże fajnie było znowu chodzić swobodnie i mówić. Oficjalnie zawiesiłem
na czas naszego pobytu na planecie wszystko co wiązało się ze służbą
wojskową. Kilku ludzi należało poprzednio do buntowniczej zgrai z pluto-
nu Brill, ale nie okazywali mi żadnej wrogości.
Wreszcie wylądował obok nas drugi myśliwiec i mieliśmy dziewięć wol-
nych miejsc. Przetasowaliśmy załogi tak, by na każdej z jednostek był ktoś,
kto mógłby dać sobie radę, gdyby nawalił program powrotu. Wybrałem
sobie ten drugi myśliwiec, w nadziei że będą mieli jakieś nowe książki. Nie
mieli.
Większość czasu spędzaliśmy w swoich wannach przeciwprzeciążenio-
wych, by uniknąć patrzenia ciągle na te same twarze, w tym tak zatłoczo-
nym statku. Sumujące się okresy przyspieszeń sprawiły, że dotarliśmy do
Stargate w ciągu dziewięciu miesięcy (czasu pokładowego). Oczywiście
dla hipotetycznego obserwatora z zewnątrz było to 340 lat (baz siedmiu
miesięcy).
Na orbicie Stargate znajdowały się setki krążowników. Fatalna sprawa:
w takim układzie możemy wcale nie dostać urlopu. Zresztą, spodziewałem
się raczej sądu polowego niż urlopu. Straciłem osiemdziesiąt osiem procent
kompanii, z tego wielu tylko dlatego, że nie mieli do mnie zaufania i nie
posłuchali rozkazu pójścia pod kopułę. No i jeżeli chodzi o Sade-138,
byliśmy w punkcie wyjścia - nie wpuściliśmy Taurańczyków, ale sami też
zostaliśmy bez bazy.
Otrzymaliśmy instrukcje i zeszliśmy prosto w dół. W kosmoporcie czekała
na nas kolejna niespodzianka. Na płycie stały całe tuziny krążowników,
a do tej pory nic takiego się nie zdażyło (obawiano się ataku na Stargate).
Między nimi zaś - dwa zdobyczne krążowniki taurańskie. Nigdy dotąd nic
takiego się nam nie udało.
Jak widać, przez te siedem stuleci wywalczyliśmy zdecydowaną przewagę.
A może wygrywamy?
Przeszliśmy przez śluzę oznaczoną napisem "powracający". Po tym jak
wpuszczono powietrze i zdjęliśmy skafandry, zjawiła się przepiękna kobie-
ta z wózkiem wypełnionym mundurami i oznajmiła nam idealną angielsz-
czyzną, że mamy się ubrać i przejść do sali odpraw, która znajduje się na
końcu korytarza, na lewo.
Mundur sprawiał dziwne wrażenie - był lekki, ale ciepły. Po raz pierwszy
od prawie roku ubrany byłem w coś innego niż skafander.
Sala odpraw były sto razy za duża na te dwadzieścia dwie osoby. Znajdowa-
ła się w niej ta sama dziewczyna i poprosiła nas, żebyśmy usiedli bardziej
z przodu. Dziwna sprawa: mogłem przysiąc, że poszła w drugą stronę
korytarza, patrzyłem uważnie - nie mogłem oderwać wzroku od jej opięte-
go mundurem tyłeczka.
Do diabła, możę mają przekaźniki materii albo teleportację. Pewnie nie
chciało się jej zrobić tych paru kroków.
Po jakiejś minucie do sali wszedł mężczyzna ubrany w taki sam, pozbawio-
ny wszelkich odznak mundur, jaki miała dziewczyna i my. Przeszedł przez
scenę niosąc pod każdą pachą plik grubych książek.
Za nim szła ta sama dziewczyna, również z książkami.
Spojrzałem przez ramię i zobaczyłem, że stoi również w przejściu. Co
dziwniejsze, mężczyzna także wyglądał jak ich brat-bliźniak.
Mężczyzna przekartkował jedną z książek i odchrząknął. - Książki te mają
wam pomóc - mówił równocześnie idealną angielszczyzną. - Nie musicie
ich czytać, jeżeli nie macie na to ochoty. Nie musicie robić nic, na co nie
macie ochoty, bowiem... jesteście już cywilami, wolnymi ludźmi - mężczyz-
nami i kobietami. Wojna się skończyła.
Pełna niedowierzania cisza.
- Jak się dowiecie z tej książki, wojna zakończyła się 221 lat temu. Jest
więc teraz rok 220. Oczywiście według starego stylu mamy rok 3138.
Jesteście ostatnim powracającym oddziałem. Kiedy opuścicie Stargate, ja
również opuszczę to miejsce. I zniszczę je. Funkcjonuje ono tylko jako
punkt, w którym spotykaliśmy powracających żołnierzy i jako pomnik
ludzkiej głupoty. Przeczytacie o tym. Zniszczenie Stargate będzie aktem
oczyszczenia.
Przerwał i natychmiast włączyła się kobieta. - Współczuję wam, że tyle
musieliście przecierpieć i chciałabym móc wam powiedzieć, że czyniliście
to w słusznej sprawie, ale jak się dowiecie z tej książki, tak nie było.
- Nawet majątek, który zgromadziliście - zaległy żołd i procenty od niego
- jest bez wartości, ponieważ nie używamy pieniędzy czy kredytu. Nie
istnieje również coś takiego jak gospodarka, w której potrzebne są te...
rzeczy.
- Jak musieliście się już domyśleć - podjął z kolei mężczyzna - jestem,
jesteśmy klonami jednego osobnika. Jakieś 250 lat temu nazywałem się
Kahn. Teraz nazywam się Człowiek.
- Moim bezpośrednim przodkiem był kapral Larry Kahn z waszej kompa-
nii. Ubolewam, że nie wrócił.
- Jestem ponad dzisięcioma miliardami osobników, ale tylko jedną
osobowością - powiedziała dziewczyna. - Gdy zapoznacie się z tym
tekstem, spróbuję ten problem wyjaśnić. Wiem, że trudno to będzie wam
zrozumieć.
- Nie produkuje się już ludzi w dotychczasowy sposób, gdyż jestem
wzorcem idealnym. Osobniki obumarłe są zastępowane. Istnieją jednak
planety, na których ludzie rozmnażają się w normalny, charakterystyczny
dla ssaków sposób. Jeżęli moje społeczeństwo wyda się wam zbyt obce,
będziecie mogli udać się na którąś z nich. Jeżeli chcecie brać udział
w akcie prokreacji, nie będziemy was do tego zniechęcać. Wielu wetera-
nów prosi byśmy zmienili ich zainteresowania erotyczne na heteroseksual-
ne, aby łatwiej mogli się dostosować do tych społeczeństw. Możemy to
zrobić bez trudu.
Nie martw się o to Człowieku, tylko daj mi mój bilet.
- Przez dziesięć dni będziecie moimi gośćmi tu, w Stargate, a następnie
możecie się udać tam, gdzie zechcecie. W międzyczasie przeczytajcie,
proszę, tę książkę. Nie krępujcie się, możecie zadawać dowolne pytania,
prosić o dowolne usługi. - Oboje wstali i zeszli ze sceny.
Charlie siedział koło mnie. - Niewiarygodne - powiedział. - Oni pozwala-
ją... oni namawiają... żeby kobieta i mężczyzna znowu to robili? Razem?
Kobieta Człowiek z przejścia, siedziała za nami i zareagowała na jego
słowa, zanim zdołałem ułożyć względnie wyrozumiałą, pełną hipokryzji
odpowiedź. - To nie jest negatywny osąd waszego społeczeństwa - powie-
działą, nie dostrzegając najwidoczniej, że Charlie odebrał te informacje
bardzo osobiście. - Mam wrażenie, że jest to niezbędne, jako zabezpiecze-
nie eugeniczne. Nie posiadam dowodu na to, że klonowanie tylko jednego,
idealnego osobnika prowadzi do jakichś negatywnych skutków, ale jeżeli
okaże się to błędem, zawsze będzie istnieć wystarczająco duża rezerwa
genetyczna, pozwalająca zacząć wszystko od początku.
Poklepała go po ramieniu. - Oczywiście nie musisz jechać na te rozpłodowe
planety. Możesz pozostać na jednej z naszych. Nie robię różnic pomiędzy
stosunkiem hetero- czy homoseksualnym.
Weszła na scenę i wygłosiła długi instruktaż, gdzie, w czasie naszego
pobytu w Stargate, mamy mieszkać, jeść i tak dalej.
- Nigdy dotąd nie byłem uwodzony przez komputer - mruknął Charlie.
Trwającą 1143 lata wojnę wywołano podstępem i toczono ją tylko dlatego,
że dwie rasy nie były w stanie się porozumieć.
Gdy wreszcie powstały takie możlliwości, pierwszym pytaniem było: "Dla-
czego zaczęliście?", a odpowiedź: "My?"
Taurańczycy nie toczyli wojen od tysiącleci i na początku dwudziestego
pierwszego wieku wszystko wskazywało na to, że i ludzkość w najbliższym
czasie wyrośnie z tej choroby. Ale dawni wojskowi ciągle istnieli i wielu
z nich zajmowało wpływowe stanowiska. Praktycznie biorąc, kontrolowali
całkowicie Grupę Eksploracyjno-Kolonizacyjną ONZ, która wykorzysty-
wała nowo odkrytą technikę skoków kolapsarowych do badania przestrzeni
międzygwiezdnej.
Pierwsze kosmoloty często ulegały katastrofom i znikały bez śladu.
Eks-wojskowi stali się podejrzliwi. Uzbroili statki kolonizacyjne i kiedy
po raz pierwszy napotkali taurański statek, rozwalili go.
Następnie odkurzyli swoje medale i cała reszta przeszła do historii.
Inna sprawa, że trudno obciążać tylko wojskowych odpowiedzialnością za
wszystko co się stało. Dowody, które miały poprzeć ich tezę obciążającą
Taurańczyków zarzutem spowodowania wcześniejszych strat, były na
dobrą sprawę śmiechu warte. Parę osób próbowało zwrócic na to uwagę, ale
zostały zignorowane.
Tak naprawdę, ziemska gospodarka potrzebowała wojny i po prostu nada-
rzyła się wymarzona okazja. Była to wspaniała, duża dziura, w którą można
było ładować kupę forsy i cała ta afera raczej jednoczyła niż dzieliła
ludzkość.
Taurańczycy stopniowo na nowo nauczyli się jako tako prowadzić wojnę,
ale nigdy nie byli w tym naprawdę dobrzy i w końcu pewnie by przegrali.
Taurańczycy, jak wyjaśniła to książka, nie mogli porozumieć się z ludźmi,
ponieważ nie znali pojęcia jednostki - od miliardów lat byli klonowani.
W końcu jednak i nasze krążowniki zostały obsadzone przez klony Czło-
wieka-Kahna i po raz pierwszy obie strony były w stanie nawiązać
kontakt.
Książka tylko informowała o tym fakcie. Poprosiłem Człowieka, by mi
wyjaśnił co to znaczy, na czym polega specyfika porozumiewania się
między klonami, ale odpowiedział mi, że a priori nie jestem w stanie tego
pojąć. Nie było słów określających to zjawisko, a mój mózg nie mógłby
pojąć tych zagadnień nawet gdyby istniały odpowiednie słowa.
W porządku. Brzmiało to nieco podejrzanie, ale chciałem mu uwierzyć.
Uwierzyłbym nawet, że czarne jest białe, jeżeli miało to oznaczać, iż wojna
się skończyła.
Właśnie skończyłem się ubierać po moim pierwszym od lat dobrym spaniu,
gdy ktoś zapukał leciutko do drzwi. Otworzyłem i zobaczyłem kobiecego
Człowieka stojącego z dziwnym, nieomal lubieżnym wyrazem twarzy.
Sprawiało to wrażenie, jakby próbowałą wyglądać uwodzicielsko.
- Majorze Mandella - spytała - mogę wejść? Wskazałem jej krzesło, ale
podeszła prosto do łóżka i usiadłą delikatnie na pogniecionej pościeli.
- Mam dla pana propozycję, majorze. - Zastanawiałem się przez chwilę,
czy wie o archaicznym, drugim znaczeniu tego słowa. - Proszę, niech pan
usiądzie koło mnie.
Jeżeli chodzi o uwodzenie mnie przez komputer, to nie miałem takich
oporów jak Charlie, więc usiadłem. - Co pani proponuje? - dotknąłem jej
ciepłego uda i z przykrością zauważyłem, jak łatwo mi się opanować.
Czyżby odruch bezwarunkowy też mógł zaniknąć?
- Potrzebuję pańskiej zgody na klonowanie i paru gramów tkanki. W za-
mian za to ofiarowuję panu nieśmiertelność. - To nie była ta propozycja, na
którą czekałem.
- Dlaczego właśne ja? Sądziłem, że jesteście już idealnym wzorcem.
- Jeżeli chodzi o moje potrzeby, o ile mogę to ocenić, owszem, jestem. Ale
potrzebuję pana do pewnwej funkcji... przeciwnej mojej naturze. Przeciwnej
również naturze mego taurańskiego brata.
- Jakaś paskudna robota? - Całą wieczność czyścić wychodki, no cóż, to
poniekąd też nieśmiertelność.
- Pan może oceniać ją inaczej. - Poruszyła się niecierpliwie i cofnąłem
rękę. - Dziękuję. Czy przeczytał pan pierwszą część książki?
- Przekartkowałem.
- A więc pan wie, że zarówno Człowiek jak i Taurańczyk są istotami
łagodnymi. Nie walczymy ani w obrębie naszych grup, ani między sobą,
ponieważ agresywność została z naszej psychiki usunięta. Wypreparo-
wana.
- Osiągnięcie godne uznania. - Zorientowałem się do czego zmierza i moja
odpowiedź brzmiała - nie.
Ale to właśnie ów brak agresywności ze strony Taurańczyków pozwolił
ludziom waszych czasów toczyć zwycięską wojnę z cywilizacją starszą
o niezliczone tysiąclecia. Obawiam się, że może się to znowu zdarzyć.
- Tym razem Człowiekowi.
- Człowekowi i Taurańczykowi. Z filozoficznego punktu widzenia różnica
jest niewielka.
- A więc chcecie, żebym dostarczył wam armię. Bandę barbarzyńców do
pilnowania waszych granic.
- To dość przykry sposób...
- To dość przykry pomysł. - Tak właśnie wyobrażałem sobie piekło. - Nie,
nie mogę tego zrobić.
- To pańska jedyna szansa, żeby żyć wiecznie.
- Stanowczo odmawiam - gapiłem się na podłogę. - Wasza agresywność
została z was wypreparowana, a ze mnie ją wybito.
Wstała i wygładziłą mundur na swoich idealnie zgrabnych biodrach. - Nie
mogę uciekać się do podstępu. Jeżęli jednak pragnie pan tego ciała, nie
odmówię go panu.
Rozważyłem w myśli tę możliwość, ale nic nie odpowiedziałem.
- Oprócz nieśmiertelności jestem w stanie zaproponować tylko abstrakcyj-
ne poczucie zadowolenia z pełnionej służby. Ochrony ludzkości przed
nieznanymi zagrożeniami.
Mam za sobą ponad tysiąc lat służby i jakoś nie doznałem żadnego uczucia
zadowolenia. - Nie. Nawet gdybym myślał o tobie jako o ludzkości, też
powiedziałbym nie.
Skinęła głową i podeszła do drzwi.
- Proszę się nie martwić - powiedziałem. - Pewnie inni się zgodzą.
Otworzyła drzwi i odparła nie odwracając się do mnie. - Nie, inni już
odrzucili tę propozycję. Stopień prawdopodobieństwa uzyskania pańskiej
zgody był najniższy i do pana zwróciliśmy się na samym końcu.
Człowiek zachowywał się dość sympatycznie, zwłąszcza gdy weźmie się
pod uwagę naszą odmowę współpracy. Tylko dla nas, dwudziestu dwóch
cofniętych w rozwoju osobników zadał sobie trud i ponownie otworzył oraz
obsadził stałym personelem małą restaracyjkę czy tawernę. (Nigdy nie
widziałem, żeby Człowiek jadł lub pił i jak sądzę, znaleźli sposób by
obchodzić się bez tego). Siedziałem tam pewnego wieczoru popijając piwo
i czytając tę ich książkę, gdy zjawił się Charlie i usiadł koło mnie.
Powiedział bez żadnego wstępu. - Mam zamiar spróbować.
- Co spróbować?
- Kobietę. Hetero. - Wzdrygnął się. - Bez obrazy... ale to niezbyt pociągają-
ce. - Z roztargnionym wyrazem twarzy poklepał mnie po ręce. - Ale mając
do wyboru... próbowałeś?
- Wiesz... no, nie. - Kobieta Człowiek była ucztą dla oczu, ale na tej samej
zasadzie co obraz czy rzeźba. Po prostu nie byłem w stanie myśleć o nich
jako o ludzkich istotach.
- Nie próbuj. - Nie rozwijał tego tematu. - Poza tym, oni mówią - on, ona,
ono mówi - że bez trudu mogą mnie przestawić z powrotem. Jeżeli mi się to
nie spodoba.
- Spodoba ci się, Charlie.
- Jasne, oni też to mówią. - Zamówił sobie coś mocniejszego. - Nie mogę
jednak oprzeć się myśli, że to przeciwne naturze. Tak czy owak, skoro, hm,
mam zamiar zrobić tę zmianę, to czy nie miałbyś nic przeciwko temu... czy
nie moglibyśmy pojechać gdzieś razem?
- Jasne, Charlie, to byłoby wspaniałe. - Naprawdę tak myślałem. - Wiesz
dokąd lecieć?
- Do diabła, to obojętne. Byle jak najdalej stąd.
- Zastanawiam się, czy Heaven jest ciągle takie fajne...
- Nie. - Charlie wskazał kciukiem na barmana. - On tam mieszka.
- Bo ja wiem. Maja chyba jakiś spis.
Do tawerny wszedł Człowiek popychając przed sobą wózek wyładowany
stosem skoroszytów. - Major Mandella? Kapitan Moore?
- To my - odparł Charlie.
- Tu są wasze akta, mam nadzieję, że panów zainteresują. Zostały przenie-
sione na papier w chwili, gdy pozostał już tylko wasz oddział. Utrzymywa-
nie normalnego systemu kodowania informacji do przechowywania tak
znikomej ilości informacji byłoby niepraktyczne.
Zawsze potrafili przewidzieć pytanie, nawet jeżeli nikt nie miał pytań.
Mój skoroszyt był ponad pięć razy grubszy od skoroszytu Charliego.
Najprawdopodobniej był w ogóle najgrubszy, bo wyglądało na to, że jestem
jedynym facetem, który odbębnił całość. Biedna Marygay. - Ciekaw
jestem, co ten biedak Stoss wysmażył na mój temat? - Otworzyłem skoro-
szyt na pierwszej karcie.
Był do niej przypięty mały skrawek papieru. Wszystkie pozostałe strony
były dziewiczo białe, tylko ta jedna była pożółkła i kruszyła się na
brzegach.
Charakter pisma był mi dobrze, aż za dobrze znany, biorąc pod uwagę ile
czasu minęło. Data sprzed 250 lat.
Zamrugałem, czując jak oślepiają mnie łzy. Nie mogłem przypuszczać, że
jeszcze żyje, jednak nie wiedziałem też, że umarła. Dopiero data mi to
uzmysłowiła.
- William? Co się...
- Zostaw mnie, Charlie. Na chwilę. - Wytarłem oczy i zamknąłem skoro-
szyt. Nie powinienem czytać tej przeklętej notatki. Jeżeli mam zamiar
rozpocząć nowe życie, to muszę pogrzebać upiory przeszłości.
Ale nawet list zza grobu był jakąś formą kontaktu. Znów otworzyłem
skoroszyt.

11 października 2878

Williamie!
To, co napiszę, jest w twoich aktach personalnych. Wiem jednak, że możesz
je po prostu cisnąć w kąt. Zrobiłam więc wszystko, żebyś ten list otrzymał.
Jak widzisz, żyję. Może ty też. Spotkajmy się.
Wiem z dokumentów, że wysłano cię do Sade-138 i wrócisz za parę wieków.
Nie ma sprawy.
Lecę na planetę, którą nazywają Middle Finger, piątą w systemie Mizara.
To dwa skoki kolapsarowe, dziesięć miesięcy czasu pokładowego. Middle
Finger jest dla heteroseksualnych czymś w rodzaju Mekki. Nazywają ją
"podstawą kontroli eugenicznej".
Mniejsza o to. Ja i pięciu innych weteranów wydaliśmy wszystkie pienią-
dze, ale kupiliśmy stary krążownik i używamy go jako maszyny czasu.
Jestem więc na pokładzie promu relatywistycznego i czekam na ciebie. Po
prostu odlatujemy na odległość pięciu lat świetlmych od Middle Finger
i wracamy z pełną prędkością. Przez każde dziesięć lat starzeje się mniej
więcej o miesiąc. Jeżeli żyjesz i twój czas nie uległ zmianom, w chwili
twojego przybycia tutaj będę miała dopiero dwadzieścia osiem lat. Spiesz
się!
Nie znalazłam sobie nikogo innego i nie chcę nikogo innego. Nie obchodzi
mnie, czy masz dziwięćdziesiąt czy trzydzieści lat. Jeżeli nie będę mogła
być twoją kochanką, będę twoją pielęgniarką.

Marygay

- Hej, barman.
- Słucham, panie majorze.
- Czy słyszał pan o Middle Finger? Jest tam jeszcze? - Oczywiście. A gdzie
mogłaby być? - Słuszne pytanie. - Bardzo miłe miejsce. Planeta-ogród.
Choć niektórzy nie uważają jej za dość atrakcyjną.
- O co chodzi? - spytał Charlie.
Podałem barmanowi pustą szklankę. - Właśnie dowiedziałem się dokąd
mamy lecieć.

EPILOG

The New Voice
Paxton, Middle Finger 24-6
14.02.3143
WETERAN MA PIERWORODNEGO
Marygay Potter-Mandella (24 Post Road, Paxton) urodziła w ten piątek
pięknego chłopca o wadze 3 kilogramów i 100 gramów.
Marygay twierdzi, że jako urodzona w 1977 r. jest drugą "najstarszą"
mieszkanką Middle Finger. Brała udział w prawie całej "Wiecznej Woj-
nie", a następnie przez 261 lat oczekiwała na swojego przyszłego męża
w promie czasowym. Jej małżonek - William Mandella-Potter jest o dwa
lata od niej starszy.
Dziecko, któremu jeszcze nie nadano imienia, przyszło na świat w domu
rodziców. Poród odbierała przyjaciółka domu Dr Diana Alsever-Moore.


  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •