ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


327






























ROZDZIAŁ XXXV
– Estero, Estero! każ mi przynieść wody!
– Nie wolałbyś wina, ojcze?
– Niech dadzą jedno i drugie.
Działo się to w letnim domu na dachu pałacu Hurów w Jerozolimie. Stojąc przy balustradzie,
patrzyła Estera na podwórze; wnet spełniła polecenie ojca, powierzając je stojącemu tam słudze.
Tymczasem drugi sługa wszedł na dach i kłaniając się z szacunkiem, rzekł:
– Oto pismo dla pana – i oddał zwój płótnem obciągnięty i zapieczętowany.
Działo się to 21 marca, prawie trzy lata od owej chwili, kiedy Chrzciciel dał świadectwo
Synowi Bożemu w Betabera.
W przeciągu tego czasu Malluch odkupił od Pontskiego Piłata dom rodziny Hurów, na wyraźne
żądanie Judy. który nie mógł dłużej znieść, aby gniazdo rodzinne stało pustką. Naturalnie,
że cały gmach musiał ulec przebudowaniu, zmieniono drzwi, podwórza, schody, pokoje i
dachy. Tak więc pałac przybrał nowe kształty, a nie tylko, że nie zostało żadnych śladów
owych tak zgubnych dla rodziny okoliczności, ale jeszcze urządzono go piękniej i zbytkowniej
niż dawniej. Wszędzie znać było gust właściciela wykształcony pobytem w willi pod
Misenum i w rzymskiej stolicy.
Nie trzeba z tego wnioskować, że Ben-Hur publicznie ogłosił się właścicielem, czas bowiem
nie był jeszcze po temu.
Dotąd zajmował się pracami przygotowawczymi w Galilei, czekając zawsze na Nazarejczyka,
który mu się co dzień więcej zagadkową wydawał istotą. Cuda, niemal w obecności
młodzieńca spełniane, budziły w jego sercu ciągłe wątpliwości, tak co do charakteru, jak
posłannictwa tego, co miał być królem. Czasem dla wytchnienia przybywał tajemnie do świętego
miasta i ojcowskiego domu, ale zawsze jako obcy i gość.
Odwiedziny te nie były tylko odpoczynkiem po pracy, Baltazar i Iras zajmowali bowiem
jedno ze skrzydeł pałacu. Córa mędrca jeszcze trzymała go w więzach uczucia, co wyglądało
jak czary, podczas gdy Ballazar, coraz słabszy fizycznie, porywał go jak dawniej zapałem
wymowy, ile razy mówiono o bóstwie Cudotwórcy, od tak dawna oczekiwanego.
Simonides i Estera przybyli przed kilku dniami z Antiochii; ciężka to była podróż dla kupca,
bo przebył ją w lektyce, do dwóch umocowanych wielbłądów, te zaś nie zawsze szły równo.
Mimo przebytych trudów, zdawał się teraz nie posiadać z radości, że dane mu było ujrzeć
raz jeszcze rodzinne strony. Zachwycał się widokiem z dachu i większą część dnia tam przepędzał
w krześle podobnym do tego, co zostało w domu na wybrzeżu Orontesu. Lekki wietrzyk
przynosił mu tu wonie wzgórz, które znał tak dobrze, oddychał nimi z całych piersi,
przypatrując się biegowi słońca od wschodu do zachodu. Esterę miał przy boku, czuł się więc
szczęśliwym i jakby w pobliżu nieba i tych miejsc, gdzie przebywała kiedyś nigdy niezapomniana
pierwsza Estera, kochanie jego młodości, a z biegiem lat coraz droższa żona. Mimo
tylu wspomnień nie zapomniał spraw handlowych, co dzień goniec przynosił raporty od Sanbalata,
który prowadził dom w Antiochii. Co dzień wyjeżdżał drugi goniec z Jerozolimy i
wiózł najdrobniejsze wskazówki, usuwające zachodzące wątpliwości, bo Simonides umiał
przewidzieć wszelkie wypadki, prócz tych, które Wszechmocny zakrył przed oczami ludzi.
Gdy Estera, spełniwszy polecenie, wracała ku ojcu, promień słońca, padający ukośnie na
błyszczącą posadzkę dachu, oświecił ją łagodnie i niepodobna było nie przyznać, że była
piękną w rozkwicie kobietą. Wzrost jej był wprawdzie niewielki, ale kibić nader kształtna,
główka zgrabna, twarz o regularnych rysach i cerze różowej z wyrazem pełnym rozumu i odblaskiem
poświęcającego się serca – jednym słowem, była to kobieta godna kochania, bo miłość
była tłem jej życia.
Spojrzała na zwój, przystanęła i przypatrzyła się drugi raz dokładniej; krew uderzyła jej do
twarzy, gdy spostrzegła pieczęć Ben-Hura i spiesznie odeszła w przeciwną stronę.
Simonides trzymał zawiniątko chwilę; obejrzawszy pieczęć, złamał ją i oddał pismo córce.
– Czytaj! – rzekł.
Patrzył na nią w tej chwili, a wyraz niepokoju przebijał na jego twarzy.
– Widzę, Estero, że wiesz od kogo to pismo.
– Tak, od naszego pana.
Mimo nieśmiałości patrzyła mu w oczy szczerze.
– Kochasz go, Estero? – rzekł spokojnie.
– Tak.
– Pomyślałaś nad tym, co robisz?
– Chciałam o nim nie myśleć inaczej, mój ojcze, jak o panu, z którym wiążą mnie powinności,
ale było to nad moje siły.
– Dobra jesteś, dobra jesteś, jak była matka twoja – rzekł, zapadając w myślach; po chwili
dopiero wyrwał go z zamyślenia szelest rozwijanego pergaminu.
– Niech mi przebaczy Pan, iż złorzeczę Jego natchnieniu – ale miłość twa nie byłaby
wzgardzona, gdybym utrzymał w mym posiadaniu wszystko, jak miałem do tego prawo – bo
wielka jest siła pieniędzy.
– Gorzej byłoby dla mnie, gdyż nie będąc godną jego spojrzenia, nie miałabym na pocieszenie
tej słusznej dumy, którą mnie twe postępowanie natchnęło. Mamże czytać?
– Wstrzymaj się – rzekł – pozwól, abym dla twego dobra powiedział nawet i to, co ci może
być najboleśniejsze. Gdy razem dźwigniemy, lżejszym stanie się ciężar. Serce swoje oddał
pewnej kobiecie!
– Wiem – odparła spokojnie.
– Usidliła go Egipcjanka – mówił dalej – posiada przebiegłość swego narodu, jest piękną,
chytrą i zalotną; serca nie ma wcale, jak nie mają go jej rodaczki. Córka, która urąga ojcu,
napełni zgryzotą dni męża.
– Albo tak czyni?
– Baltazar jest mądrym i chociaż poganin, dziwnych łask dostępuje od Pana; zapał jego
wiary zaszczyt mu przynosi, córka zaś szydzi z niego. Słyszałem jak o nim mówiła wczoraj:
„Błędy młodości się przebacza, starcom przystoi mądrość, ale gdy jej się pozbędą, niech zstępują
do grobu”. Okrutna to mowa, godna Rzymianki; słysząc ją, mimo woli pomyślałem, iż
osłabienie podobne jak u Baltazara przyjdzie kiedyś i na mnie – kto wie, czas ten może już
bliski. – Ale ty, Estero, nigdy słów podobnych nie powiesz o mnie – nie. nigdy nie rzeczesz:
niech zstępuje do grobu. Nie darmo matka twa była córką Judy.
Estera słuchała tych słów ze łzami, a upewniając go, rzekła:
– Jam mej matki dziecię.
– Tak, jesteś jej godna boś dla mnie tym, czym świątynia Salomonowi.
Po chwili milczenia położył rękę na jej ramieniu i rzekł:
– Gdy Egipcjankę pojmie za żonę, wnet pomyśli o tobie z żalem i tęsknotą, bo wtedy zrozumie,
czego dziś nie widzi, że jest tylko narzędziem w jej ręku. Ona marzy o wielkości, Rzym zaś
jest celem tych marzeń; on jest dla niej synem duumwira Ariusza, nie Hura, księcia Jerozolimy.
Estera nie próbowała nie wierzyć tym słowom, tym mniej zaprzeczyć; przeciwnie, czując
iż są sprawiedliwe, zawołała:
– Ratuj go, ojcze! jeszcze nie za późno!
Kupiec uśmiechnął się z powątpiewaniem i rzekł:
– Tonącego można ocalić, ale zakochanego nie uratuje nikt i nigdy.
– Mój ojcze, masz wpływ na niego. Zważ, że on sam na świecie. Ostrzeż go przed niebezpieczeństwem;
powiedz mu, jaką jest.
– Być może, że zdołałbym go od niej odwrócić, czyż przez to zwróci się ku tobie? Nie! –
tu przymknął powieki. – Jam sługa, jak byli pokoleniami całymi ojcowie moi, a przecież nie
miałbym dość pokory, aby rzec: Patrz, panie, oto moja córka! Piękniejszą jest niż Egipcjanka
i tkliwiej cię kocha. – Na to za wiele żyłem i za dużo miałem znaczenia. Słowa te spaliłyby
mi język, odwieczne kamienie na wzgórzach odwróciłyby się ode mnie. Nie, jeszcze raz nie!
Na Patriarchów, wolałbym raczej spocząć wraz z tobą tam, gdzie matka twoja śpi snem nieprzerwanym!
Rumieniec oblał twarz Estery.
– Nie myślałem, abyś mu to miał powiedzieć, mój ojcze. Jam się troszczyła o niego i jego
szczęście, a nie o siebie. Gdym miała śmiałość pokochać go, chcę być godną jego szacunku,
to jedno może moje zuchwalstwo usprawiedliwić. Teraz pozwól, niech przeczytam pismo.
– Prawda, że należy przeczytać.
Zabrała się tym spieszniej do czytania, że chciała jak najprędzej urwać rozmowę tak drażliwą.
8. Nizan.
Na gościńcu co wiedzie z Galilei do Jerozolimy.
Nazarejczyk przybywa. Z nim, choć bez jego wiedzy, prowadzę mój legion – drugi podąża
w niewielkiej odległości. Uroczystości wielkanocne dają powód do zebrań, ujdziemy uwagi.
Gdyśmy wyruszali, mówił; „Idziemy do Jerozolimy, aby się wypełniło, co jest napisane przez
proroki”
Oczekiwanie nasze bliskie jest końca.
Życzę ci spokoju, Simonidesie.
Ben-Hur
Przeczytawszy, oddała pismo ojcu, a łkanie ściskało jej gardło, bo i jakżesz mogło być inaczej,
gdy w liście nie było słowa dla niej? Wszak tak łatwo było powiedzieć: „pokój twoim!”
Pierwszy raz w życiu uczuła zazdrość.
– Pisał to nasz pan ósmego dnia – mówił Simonides – ósmego, a dziś Estero, dziś?
– Dziewiąty – odparła.
– W tej chwili mogą już być w Betanii.
– Prawdopodobnie ujrzymy go dziś wieczór – dodała, zapominając urazy.
– Może. może jutro; wszak jutro święto przasnego chleba, może zechce je święcić z nami.
a z nim może i Nazarejczyk. Zapewne ujrzymy ich obu.
Właśnie przyniesiono wodę i wino, Estera podawała je ojcu, gdy weszła na dach Egipcjanka.
Dziwna rzecz, nigdy się Izraelitce nie wydała tak piękną jak w tej chwili. Przejrzyste szaty
osłaniały jej postać niby mgłą; czoło, szyja i ręce świeciły klejnotami tak cenionymi w jej
ojczyźnie. Twarz jaśniała wyrazem zadowolenia, a szła pewnym, elastycznym krokiem, wolnym
od wszelkiej niesmacznej przesady. Widok jej buddził w Esterze lęk nieokreślony i pod
tym wrażeniem zbliżyła się ku ojcu, jakby u niego szukając opieki.
– Pokój tobie, zacny Simonidesie, i tobie, piękna Estero – rzekła Iras z lekkim ku ostatniej
pochyleniem głowy. – Gdy na cię patrzę, zacny przyjacielu, jeśli mi wolno tak cię nazywać,
przypominasz mi owych wspaniałych perskich kapłanów, co z końcem dnia; spieszą na dachy
świątyń, aby swe modły ku zachodzącemu wysłać słońcu. Jeśliś ciekaw poznać te obrzędy,
zawołam ojca, on cię zdoła objaśnić, bo ród swój wiedzie od Magów.
– Piękna Egipcjanko – odrzekł kupiec, kłaniając się z powagą – ojciec twój szanownym
jest i z pewnością wziąłby mi za złe, gdybym mu powiedział, że jego perska mądrość jest
najmniejszą cząstką jego wiedzy.
Usta Egipcjanki przebiegł wyraz niezadowolenia.
– Jeśli mam mówić równie uczenie, jak ty – rzekła – to muszę zauważyć, że przymiot
mniej cenny każe się domyślać więcej cennego... Racz mi odpowiedzieć, który to cenniejszy
przymiot uznajesz w moim ojcu.
Simonides zwrócił się do niej, mówiąc z powagą.
– Prawdziwa mądrość dąży do Boga; prawdziwą mądrością jest znajomość Boga; zaprawdę,
nikt spomiędzy znanych mi ludzi nie posiada tej mądrości w wyższym stopniu od Baltazara
i nikt od niego lepiej nie umie jej wypowiedzieć ani słowami, ani czynami.
Chcąc skończyć rozmowę, podniósł kubek do ust i pił.
Iras zwróciła się znów ku Esterze.
Cóż dziwnego, że mąż, co posiada miliony i całe floty na morzach, nie rozumie co lubią i
w czym się kochają kobiety. Usuńmy się na chwilę i tam przy murze porozmawiamy trochę.
Poszły ku balustradzie i stanęły na tym samym miejscu, skąd Ben-Hur zrzucił niegdyś dachówkę
na Gratusa.
– Byłaś kiedy w Rzymie? – pytała Iras, bawiąc się swym naramiennikiem.
– Nie – odparła krótko Estera.
– I nie pragnęłabyś tam być kiedy?
– Nie.
– Ach! Jakże życie twe jest puste.
Po tym wykrzykniku nastąpiło westchnienie tak litościwe, że nie mogło być czulsze, gdyby
los równie ciężki przypadł jej samej. Za chwilę wybuchła znów tak głośnym śmiechem, że
mógł być słyszanym na ulicy i mówiła: O ty święta prostoto!
– Drobne ptaszęta, co się gnieżdżą w uchu Sfinksa na piaskach pustyni, w pobliżu świętego
grodu Memfis, równe ci świadomością.
Widząc, że Estera się zmieszała, zmieniła ton mowy i rzekła poufale: Daruj mi, to żarty;
wnet zagoję ranę niby pocałowaniem, bo ci powiem coś... coś, czego bym nie powiedziała
komu innemu.
I znów zaśmiała się, a śmiechem tym pokryła spojrzenie badawcze, które rzuciła na Esterę:
Król przybywa! – Estera patrzyła ze zdziwieniem.
Nazarejczyk, ten sam, o którym ojcowie nasi tyle sobie umieją opowiadać, ten sam, któremu
Ben-Hur służył tak wiernie i tak długo – tu głos jej zniżył się o kilka tonów – Nazarejczyk
przybędzie jutro, on dziś...
Estera na próżno walczyła, aby zachować spokój; spuściła oczy, zdradziecki rumieniec pokrył
jej twarz i czoło. Nie spostrzegła zwycięskiego uśmiechu, co niby promień oświecił
twarz Egipcjanki.
– Oto jego obietnica.
Tu zza pasa wyjęła zwój pisma, mówiąc:
– Raduj się ze mną, przyjaciółko, on przybędzie tu dziś jeszcze! Nad brzegiem Tybru stoi
dom prawdziwie królewski, który czeka na mnie, a który pani moja swoim nazywać może.
Odgłos szybkich kroków dał się słyszeć z ulicy, spojrzała poza balustradę, lecz się wnet
cofnęła, wznosząc ręce nad głową i mówiąc: Błogosławioną bądź Izydo! To Ben-Hur, a że się
zjawił, gdym o nim myślała, to już wróżby nad wróżby! Nie byłoby chyba bogów, gdyby
mnie zawieść miała! Spójrz na mnie, Estero, i pocałuj szczęśliwą.
Izraelitka spojrzała, a Iras spostrzegła policzki gorejące jak płomienie, oczy zaświeciły
odbłyskiem złości, o którą by jej nikt nie posądził, bo też dobroć jej na zbyt wielką
wystawiona była próbę. Nie dość, że zabronione jej było myśleć o człowieku tak gorąco
kochanym, o którym zaledwie myśleć jej wolno jak w półsennym marzeniu, jeszcze trzeba, żeby
rywalka szczyciła się przed nią swym powodzeniem i żądała jej zaufania, mówiąc o swym szczęściu,
które on dla niej obmyślił. O niej, córce niewolnika, nie wspomniał, podczas gdy szczęśliwa
współzawodniczka może się chlubić listem, którego treść pozwala na rozmaite domysły. Tak,
to było za wiele na jej biedne serce i dlatego nie dając żadnego pocałunku, spytała:
– Nie wiem, czy kochasz więcej jego, czy Rzym?
Egipcjanka cofnęła się, a zbliżając z dumą głowę ku twarzy Estery, zapytała nawzajem:
– Czymże jest on dla ciebie, Simonidesowa córko?
Izraelitka drżąc cała, zaczęła mówić: Jest moim...
Myśl, co jej teraz przeleciała przez głowę, wstrzymała dalsze słowa, a blednąc rzekła:
– Jest przyjacielem mego ojca.
Język odmówił jej posłuszeństwa, nie przyznała się do niewolnictwa.
Iras zaśmiała się szyderczym śmiechem.
– To nie za wiele – mówiła – na bogi egipskie, co sprzyjają kochającym się, zatrzymaj swe
pocałunki, zatrzymaj, od ciebie dowiedziałam się, że mogę tu w Judei innych, stokroć cenniejszych
oczekiwać pocałunków. Odwróciwszy się, dodała: – idę po nie... zostań w pokoju.
Estera powiodła za nią wzrokiem aż do schodów; gdy znikła, zakryła twarz dłońmi i wybuchła
płaczem; łzy wstydu, tak długo powstrzymywane, spływały po jej pięknej twarzy.
Mimo woli, jakby dla dodania siły wybuchowi namiętności, tak wstrętnej jej naturze, przyszły
jej na myśl słowa ojca: miłość twoja nie byłaby bez nadziei, gdybym zatrzymał wszystko,
jako byłem w prawie.
Długo sercem jej miotała boleść, już wszystkie gwiazdy zeszły i świeciły ponad miastem i
czarnymi liniami gór, a ona jeszcze się na tyle nie opanowała, by wrócić do letniego domu i
zająć w milczeniu zwykłe miejsce przy ojcu. Nareszcie przemogła się, poszła po rozkazy i
wróciła do obowiązku, któremu poświęciła młodość, a może i całe życie. Co więcej, gdy namiętność
przycichła, obowiązki zdały jej się jaśnieć jakąś świetną i uroczystą aureolą.

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •