ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


121






























Rozdział X
Stolica mimbrańskich Arendów wyrastała jak góra ponad migocącą rzeką.
Masywne blanki wieńczyły grube, wysokie mury, a potężne wieże i smukłe iglice
z proporcami na wierzchołkach lśniły złotem w popołudniowym słońcu.
- Oto Vo Mimbre - oznajmił z dumą Mandorallen. - Królowa miast. Na tej
skale fala Angaraków rozbiła się, cofnęła i rozbiła raz jeszcze. Na tym polu
spotkali swą zgubę. Dusza i serce Arendii trwają w murach fortecy, a moc
ciemności nie zdoła jej zwyciężyć.
- Byliśmy już tutaj, Mandorallenie - mruknął kwaśno pan Wilk.
- Nie bądź niegrzeczny, ojcze - upomniała go ciocia Pol. Po czym zwróciła
się do Mandorallena i ku zdumieniu Gariona przemówiła takim stylem, jakiego
nie słyszał jeszcze z jej ust.
- Azali zechcesz, dzielny rycerzu, zawieść nas spiesznie do pałacu króla
twego? Albowiem naradzić się musimy w kwestiach zaiste zwłoki najmniejszej
nie znoszących. - Mówiła bez śladu zażenowania, jakby te archaiczne formy były
dla niej zupełnie naturalne. - Jako żeś największym jest z żyjących rycerzy,
oddajemy się pod obronę twego ramienia.
Mandorallen, po chwili zaskoczenia, z brzękiem zbroi zeskoczył z rumaka
bojowego i padł przed nią na kolana.
- Lady Polgaro - oświadczył głosem, w którym wibrowały tony
głębokiego szacunku, a nawet czci. - Przyjmuję tę misję i doprowadzę cię
bezpiecznie przed oblicze króla Korodullina. Gdyby ktokolwiek śmiał
kwestionować najwyższe twe prawo do uwagi władcy, na własnym ciele pozna
głębię swych błędów.
Ciocia Pol uśmiechnęła się wdzięcznie, a on dźwięcząc zbroją dopadł
siodła i kłusem ruszył na czele. Kipiał wręcz bitewną ochotą.
- Co to miało znaczyć? - zapytał Wilk.
- Mandorallen potrzebuje czegoś, co odwróci jego myśli od kłopotów.
Przez ostatnie parę dni był wyraźnie nieswój.
Kiedy zbliżyli się do miasta, Garion dostrzegł na murach ślady uderzeń w
miejscach, gdzie miotane katapultami Angaraków ciężkie głazy trafiały w twardą
skałę. Odpryski i rysy na blankach były pozostałością ulewy strzał o stalowych
grotach. Kamienny łuk bramy miasta ujawniał niezwykłą grubość murów, a okute
żelazem wrota były masywne. Ze stukiem kopyt wjechali na wąskie, kręte uliczki.
Mijani ludzie wywodzili się na ogół z gminu i szybko schodzili z drogi. Twarze
mężczyzn w brunatnych tunikach i kobiet w połatanych sukniach były obojętne,
bez śladu ciekawości.
- Chyba się nami nie interesują - szepnął Durnikowi Garion.
- Nie sądzę, by prości ludzie i szlachta zwracali na siebie uwagę - odparł
kowal. - Żyją obok siebie, ale nic o sobie nie wiedzą. Może to jest przyczyną
nieszczęść Arendii.
Garion za smutkiem pokiwał głową.
Wprawdzie gmin nie przejawiał zainteresowania, jednak szlachta w pałacu
płonęła z ciekawości. Wiadomość o ich wjeździe do miasta musiała ich
wyprzedzić, gdyż w oknach i na parapetach pałacu tłoczyli się ludzie w barwnych
strojach.
- Zwolnij kroku, panie rycerzu! - zawołał stojący na parapecie mężczyzna
o ciemnych włosach i brodzie, w czarnej aksamitnej opończy narzuconej na
wypolerowaną kolczugę. - Unieś przyłbicę, abym mógł cię poznać.
Zdumiony Mandorallen zatrzymał się przed zamkniętą bramą i odsunął
przyłbicę.
- Cóż to za nieuprzejmość? - zapytał groźnie. - Jam jest, jak świat wie
cały, Mandorallen, baron Vo Mandor. Z pewnością dostrzegasz herb na mej
tarczy.
- Każdy może nosić cudzy herb - stwierdził lekceważąco tamten.
Twarz Mandorallena pociemniała.
- Azali sądzisz, że jest ktoś wśród żyjących, kto śmiałby fałszywie podać
się za mnie?
- Sir Andorigu! - zawołał z parapetu inny rycerz. - To w istocie sir
Mandorallen. W zeszłym roku spotkałem się z nim w szrankach wielkiego
turnieju, a spotkanie to kosztowało mnie złamane ramię i dzwonienie w uszach,
które po dziś dzień nie ustało.
- Ach - odparł sir Andorig. - Skoro świadczysz za nim, sir Helberginie,
przyznam, że zaiste jest to bękart z Vo Mandor.
- Wkrótce będziesz chyba musiał coś z nim zrobić - mruknął do
Mandorallena Barak.
- Takież odnoszę wrażenie - przyznał rycerz.
- Kim jednakże są ci inni za tobą, panie rycerzu, którzy także pragną
przekroczyć te progi? - chciał wiedzieć sir Andorig. - Nie pozwolę, by otworzono
bramę przed obcymi z dalekich stron.
Mandorallen wyprostował się w siodle.
- Patrzcie! - zawołał głosem, słyszanym chyba w całym mieście. -
Przynoszę wam honor bez miary. Otwórzcie na oścież pałacową bramę i gotujcie
się, każdy z osobna i wszyscy razem, do złożenia hołdu. Spoglądacie bowiem w
święte oblicze Belgaratha Czarodzieja, Człowieka Przedwiecznego, i na boską
postać jego córki, lady Polgary, którzy przybyli do Vo Mimbre, by o rozmaitych
sprawach radzić z władcą Arendii.
- Czy to nie przesada? - zapytał szeptem Garion. - Taki mają tu zwyczaj,
skarbie - odparła spokojnie ciocia Pol. - W kontaktach z Arendami pewna
ekstrawagancja jest konieczna, by zwrócić ich uwagę. - A któż cię zapewnił, że to
w istocie lord Belgarath? - w głosie Andoriga zabrzmiał cień szyderstwa. - Nie
zegnę kolan przed nieznanym włóczęgą.
- Azaliż wątpisz w moje słowa, rycerzu? - zapytał Mandorallen
niebezpiecznie cichym głosem. - Zechcesz może zejść tutaj i próbie poddać swe
wątpliwości? Czy raczej wolisz na podobieństwo kundla kryć się za parapetem i
ujadać na lepszych od siebie?
- To było dobre - stwierdził z uznaniem Barak. Mandorallen uśmiechnął
się dyskretnie.
- To do niczego nie prowadzi - mruknął pan Wilk. - Będę chyba musiał
udowodnić temu sceptykowi to i owo. Inaczej nigdy nie wejdziemy i nie
zobaczymy Korodullina.
Zsunął się z siodła i w zamyśleniu zdjął z końskiego ogona gałązkę, która
zaczepiła się gdzieś w drodze. Potem w swej lśniąco białej szacie stanął na środku
placu.
- Panie rycerzu! - zawołał łagodnym głosem. - Widzę, żeś człowiekiem
ostrożnym. To godna cecha, ale może zaprowadzić cię zbyt daleko.
- Nie jestem dzieckiem, starcze - odparł ciemnowłosy rycerz tonem
zbliżającym się do granicy obrazy. - Daję wiarę temu tylko, co potwierdzą me
własne oczy.
- To smutne, gdy wierzy się w tak niewiele - ocenił Wilk. Pochylił się i
wsunął gałązkę między dwa granitowe bloki u swych stóp. Odstąpił o krok i
wyciągnął dłoń. Twarz miał niezwykle łagodną.
- Wyświadczę ci przysługę, sir Andorigu - oznajmił. - Odrodzę twoją
wiarę. Patrz uważnie.
Wymówił cicho jedno słowo, którego Garion nie dosłyszał, wywołało ono
jednak znajomą już falę w jego umyśle.
Z początku nic się nie działo. Potem oba głazy wypiętrzyły się ze
zgrzytem, a gałązka pogrubiała i rosnąc sięgnęła wyciągniętej dłoni pana Wilka. Z
pałacu dobiegły okrzyki zdumienia, gdy młode pędy strzeliły na boki. Wilk
podniósł dłoń wyżej, a gałązka rosła posłusznie. Pędy sięgały wciąż dalej. Teraz
było to już młode drzewo i wciąż rosło. Jeden z granitowych bloków pękł z
suchym trzaskiem.
Zaległa absolutna cisza i wszystkie oczy wpatrywały się w drzewo. Pan
Wilk wyciągnął obie ręce i odwrócił je dłońmi do góry. Przemówił znowu, a
czubki gałęzi nabrzmiały wypuszczając pączki. A potem drzewo okryło się
kwiatami o białych i różowych płatkach.
- Jabłoń, Pol. Nie sądzisz? - rzucił przez ramię.
- Na to wygląda, ojcze - przyznała.
Delikatnie poklepał pień i zwrócił się do rycerza, który drżący i blady
opadł na kolana.
- A więc, sir Andorigu - zapytał. - W co teraz wierzysz?
- Wybacz mi proszę, święty Belgaracie - błagał zduszonym głosem
Andorig.
Pan Wilk wyprostował się i przemówił surowo, a jego słowa układały się
w miarowe kadencje mowy Arendów równie łatwo, jak wcześniej cioci Pol.
- Naznaczam ci tedy, rycerzu, obowiązek troski o to drzewo. Wyrosło
bowiem, by twą wiarę i ufność odrodzić. Dług ten spłacać musisz czułością i
miłością, z jaką potrzeby jego zaspokajał będziesz. Z czasem urodzi owoce, a ty
zbierzesz je i oddasz każdemu, kto poprosić cię zechce. Dla łaski twej duszy nie
odmówisz nikomu, choćby najniższego był stanu. Jako drzewo wolno owoce swe
daje, tako i ty wolno oddawał je będziesz.
- Ładne posunięcie - pochwaliła ciocia Pol.
Wilk mrugnął wesoło.
- Uczynię, co mi nakazałeś, święty Belgaracie - wykrztusił sir Andorig. -
Klnę się na me serce.
Pan Wilk wrócił do swego wierzchowca.
- Przynajmniej zrobi w życiu jedną pożyteczną rzecz - mruknął.
Nikt już nie dyskutował. Bramy pałacu rozwarły się ze zgrzytem, a oni
wjechali na wewnętrzny dziedziniec i zsiedli z koni. Dworzanie klęczeli,
niektórzy nawet płakali wyciągając ręce, by dotknąć szaty pana Wilka. Postępując
za Mandorallenem szli przez szerokie, wyłożone gobelinami korytarze, a za ich
plecami rósł coraz większy tłum. Otworzyły się przed nimi drzwi sali tronowej.
Komnata była wielką, wysoko sklepioną halą z rzeźbionymi filarami
sięgającymi stropu. Ogromne, wąskie okna między nimi przepuszczały przez
witraże promienie światła jakby układane z klejnotów. Podłoga była z
polerowanego marmuru, a na przykrytym dywanem podwyższeniu stał podwójny
tron Arendii. Za nim zwieszały się ciężkie purpurowe kotary. Po bokach wisiała
starożytna broń dwudziestu pokoleń arendzkich królów. Lance, maczugi i
ogromne miecze, wyższe niż ktokolwiek z ludzi, tkwiły między postrzępionymi
wojennymi proporcami zapomnianych władców.
Korodullin z Arendii był młodym, z wyglądu chorowitym mężczyzną w
wyszywanej złotem purpurowej szacie. Dużą złotą koronę nosił tak, jakby była
dla niego za ciężka. Obok władcy na podwójnym tronie zasiadła piękna i blada
królowa. Nieco bojaźliwie spoglądali na tłum otaczający pana Wilka, który
zbliżył się do szerokich stopni wiodących do tronu.
- Królu mój. - Mandorallen przyklęknął na jedno kolano. - Oto staje w
twej obecności świątobliwy Belgarath, uczeń Aldura i opoka, na której od
początku czasu wspierały się królestwa Zachodu.
- On wie, kim jestem, Mandorallenie - wtrącił pan Wilk. Wystąpił i skłonił
się lekko. - Bądźcie pozdrowieni, Korodullinie i Mayaserano. Przykro mi, że
wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać.
- Zaszczyt to dla nas, szlachetny Belgaracie - odparł młody władca
głosem, którego dźwięczne tony kontrastowały z delikatnym wyglądem.
- Ojciec mój często o tobie mówił - dodała królowa.
- Byliśmy dobrymi przyjaciółmi - zapewnił Wilk. - Pozwólcie mi
przedstawić córkę mą, Polgarę.
- Pani. - Król z szacunkiem pochylił głowę. - Świat cały zna twą potęgę,
lecz ludzie zbyt rzadko wychwalali twoją urodę.
- Na pewno się polubimy - odparła ciepło ciocia Pol i uśmiechnęła się do
Korodullina.
- Serce me drży na widok kwiatu wszelkiej kobiecości - oświadczyła
królowa.
Ciocia Pol spojrzała na nią w zamyśleniu.
- Musimy porozmawiać, Mayaserano - oświadczyła z powagą. - Na
osobności i bez zwłoki.
Królowa była zaskoczona.
Pan Wilk przedstawił pozostałych i po kolei składali pokłon przed władcą.
- Witajcie, czcigodni goście - rzekł król. - Mój skromny dwór niegodny
jest tak szlachetnej kompanii.
- Nie mamy zbyt wiele czasu, Korodullinie - oświadczył Wilk. -
Gościnność dworu Arendii jest cudem tego świata. Nie chciałbym urazić ciebie
ani twej pięknej królowej, pomijając elementy protokołu, które ozdobą są tych
progów. Mam jednak pewne informacje, które muszę przekazać ci na osobności.
Sprawa jest niezwykle pilna.
- Natychmiast zatem jestem do twej dyspozycji. - Król wstał. - Wybaczcie
nam, przyjaciele - zwrócił się do zebranej w sali szlachty. - Jednakowoż ten
starożytny przyjaciel naszego królewskiego rodu posiada informacje, które dla
naszych tylko uszu są przeznaczone, a przy tym pilne bez miary. Pozwólcie więc,
proszę, że oddalimy się teraz na czas niedługi, by wysłuchać owych wieści.
Powrócimy wkrótce.
- Polgaro - rzucił pan Wilk.
- Nie zwlekaj, ojcze - odparła. - W tej chwili muszę pomówić z
Mayaseraną o sprawach niezwykle dla niej istotnych.
- Nie możesz z tym zaczekać? - Nie, ojcze, nie mogę.
Ujęła królową pod ramię i wyszły obie. Pan Wilk spoglądał za nią przez
chwilę, wzruszył ramionami i wraz z Korodullinem także opuścił salę tronową.
Zapadła kłopotliwa cisza.
- Wysoce niewłaściwe - stwierdził z przyganą stary dworzanin o rzadkich
siwych włosach.
- Konieczny pośpiech, panie - wyjaśnił mu Mandorallen. - Jak suponował
czcigodny Belgarath, misja nasza niezwykłą ma wagę dla przetrwania królestw
Zachodu. Nasz Pradawny Wróg wkrótce znów może wyruszyć. Niewiele, lękam
się, czasu pozostało do dnia, gdy na mimbrańskich rycerzach skupi się znowu
impet straszliwej wojny.
- Niech będzie błogosławiony język, co takie wieści przynosi! - zawołał
siwowłosy mężczyzna. - Bałem się bowiem, że obejrzałem już swą ostatnią bitwę
i w zdziecinnieniu na łożu umrę. Dzięki wielkiemu Chaldanowi, że wigor
zachować mi pozwolił i że me siły nie odeszły z upływem ledwie ośmiu
dziesiątków lat. Garion samotnie stanął pod ścianą, próbując rozwiązać swój
problem. Wydarzenia przywiodły go na dwór króla Korodullina, zanim zdążył się
przygotować do wypełnienia nieprzyjemnego obowiązku. Dał słowo
Lelldorinowi, że przekaże władcy pewne informacje, nie miał jednak pojęcia, jak
zacząć. Onieśmielała go wyszukana etykieta arendzkiego dworu, tak różna od
rubasznych obyczajów w pałacu Anhega w Val Alorn czy niemal domowej
atmosfery u króla Fulracha w Sendarii. To było Vo Mimbre i sam pomysł, że
wykrzyczy wszystko, co wie o szaleńczym spisku grupki asturskich zapaleńców,
tak jak wykrzyczał wiadomość o jarlu Jarviku w Chereku, wydawał się teraz
wykluczony.
Nagle uderzyły go wspomnienia. Sytuacja była tak podobna, że
przypominała jakąś złożoną rozgrywkę. Ruchy na planszy były niemal
identyczne: wtedy i teraz znalazł się w pozycji, gdy musiał zablokować kluczowe
posunięcie, po którym ginie król, a państwo pogrąża się w chaosie. Czuł się
dziwnie bezradny, jak gdyby całym jego życiem kierowały palce dwóch graczy
bez twarzy, przesuwających piony po tej samej planszy. A gra, o ile mógł to
osądzić, trwała już całą wieczność. Nie miał żadnych wątpliwości w kwestii tego,
co powinno być zrobione. Jednak to on musiał znaleźć sposób, by tego dokonać.
Król Korodullin był wyraźnie wstrząśnięty, gdy pół godziny później
wkroczył do sali tronowej u boku pana Wilka. Z trudem panował nad sobą.
- Wybaczcie, szlachetni panowie - przeprosił. - Jednakże niepokojące
usłyszałem wieści. Zapomnijmy wszakże o troskach i świętujmy tę wiekopomną
wizytę. Przywołajcie grajków i każcie gotować bankiet.
Przy drzwiach nastąpiło jakieś poruszenie. Człowiek w czarnej szacie
wkroczył do sali tronowej eskortowany przez sześciu mimbrańskich rycerzy w
pełnej zbroi. Spoglądali podejrzliwe, trzymając dłonie na rękojeściach mieczy,
jakby wyzywali każdego, by odważył się stanąć na drodze ich przywódcy. Kiedy
mężczyzna podszedł bliżej, Garion dostrzegł kanciaste oczy i blizny na
policzkach. Ten człowiek był Murgiem.
Barak stanowczym gestem chwycił Hettara za ramię.
Murgo najwyraźniej ubierał się w pośpiechu i z trudem chwytał oddech po
szybkim marszu.
- Wasza królewska mość - wysapał, składając dworski pokłon przed
Korodullinem. - Właśnie mi doniesiono, że goście zjawili się na twym dworze.
Pospieszyłem więc, by powitać ich w imieniu mego pana, Taura Urgasa.
Korodullin zesztywniał.
- Nie przypominam sobie, bym cię tu wzywał, Nachaku - oświadczył
chłodno.
- Jest więc tak, jakom się obawiał - odparł Murgo. - Posłańcy owi źle o
mojej rasie mówili, próbując zerwać przyjaźń, jaka trwa między tronami Arendii i
Cthol Murgos. Smuci mnie, że wasza wysokość ucho nadstawiał tym
oszczerstwom, nie dając mi zaiste żadnej szansy obrony. Czy to godne
postępowanie, wasza królewska mość?
- Kto to jest? - spytał Korodullina pan Wilk.
- Nachak - wyjaśnił król. - Ambasador Cthol Murgos. Zaliż mam cię
przedstawić, o Starożytny?
- To zbędne - stwierdził obojętnie pan Wilk. - Każdy Murgo na tym
świecie wie, kim jestem. Matki w Cthol Murgos straszą moim imieniem
nieposłuszne dzieci.
- Ale ja nie jestem dzieckiem, starcze - rzekł wzgardliwie Nachak. - Nie
lękam się ciebie.
- To duża nieostrożność - zauważył Silk.
Dźwięk imienia Murga podziałał na Gariona jak cios. Patrząc na
poznaczoną bliznami twarz człowieka, który tak wykorzystał Lelldorina i jego
przyjaciół, chłopiec pojął, że grający ponownie przesunęli pionki i ustawili je w
decydującej pozycji. Wynik rozgrywki raz jeszcze zależał tylko od niego.
- Jakie kłamstwa powtórzyłeś królowi? - zapytał pana Wilka Nachak.
- Żadnych kłamstw, Nachaku. Tylko prawdę. To zupełnie wystarczy.
- Protestuję, wasza wysokość - ambasador zwrócił się do króla. - Gorąco
protestuję. Cały świat wie o jego nienawiści do mego narodu. Jak mogłeś
pozwolić, by zatruł kłamstwami twoje uczucia wobec nas?
- Zapomniał o zaistach i azaliżach - mruknął drwiąco Silk.
- Jest zdenerwowany - odparł Barak. - Zdenerwowani Murgowie są
zwykle niezręczni. To jedna z ich wad.
- Alornowie! - warknął pogardliwie Nachak.
- Zgadza się, Murgu - przyznał lodowatym tonem Barak. Wciąż ściskał
ramię Hettara.
Nachak spojrzał i jego oczy rozszerzyły się nagle, jakby dopiero teraz
zauważył Algara. Cofnął się przed pełnym nienawiści wzrokiem Hettara, a jego
sześciu rycerzy zbliżyło się czujnie.
- Wasza wysokość - syknął. - Poznaję tego człowieka. To Hettar z Algarii,
znany morderca. Żądam, byś go aresztował.
- Żądasz, Nachaku? - powtórzył król, a jego oczy błysnęły groźnie. - Azali
żądania śmiesz mi stawiać na moim własnym dworze?
- Wybacz mi, wasza królewska mość - przeprosił szybko Nachak. - Ale
widok tej bestii tak wyprowadził mnie z równowagi, że zapomniałem o
manierach.
- Rozsądek nakazywałby ci odejść, Nachaku - poradził pan Wilk. - To
niedobry pomysł, by Murgo przebywał samotnie w obecności tak wielu Alornów.
W takich warunkach zdarzają się czasem wypadki.
- Dziadku - odezwał się natarczywie Garion. Nie wiedział skąd, ale miał
pewność, że musi przemówić. Nachak nie może opuścić sali tronowej. Gracze bez
twarzy dokonali ostatnich posunięć i tutaj właśnie rozgrywka musi się
rozstrzygnąć.
- Dziadku - powtórzył. - Muszę ci coś powiedzieć.
- Nie teraz, Garionie. - Wilk wciąż wpatrywał się groźnym wzrokiem w
Murga.
- To ważne, dziadku. Bardzo ważne.
Pan Wilk odwrócił się, jakby chciał odpowiedzieć mu gniewnie, ale wtedy
coś zauważył - coś, czego nie mógł zobaczyć nikt inny w tej komnacie - i w
zdumieniu otworzył szeroko oczy.
- Dobrze, Garionie - rzekł z niezwykłym spokojem. - Mów.
- Pewni ludzie planują zgładzenie króla Arendii. - Garion powiedział to
głośniej, niż zamierzał. Nagła cisza i zapadła w sali tronowej.
Nachak zbladł, odruchowo przesunął dłoń do rękojeści miecza i
znieruchomiał. Garion z całą wyrazistością zdał sobie sprawę, że tuż za nim stoi
ogromny Barak, a obok Hettar w czarnej skórze, posępny jak sama śmierć.
Nachak cofnął się i skinął na swych zakutych w stal rycerzy. Natychmiast
utworzyli wokół niego ochronny krąg. Sięgnęli do broni.
- Nie zostanę tu ani chwili, by wysłuchiwać takich oszczerstw - oznajmił
Murgo.
- Nie dałem ci przyzwolenia, byś odszedł, Nachaku - przypomniał mu
chłodno Korodullin. - Przez pewien czas jeszcze twa obecność będzie pożądana.
Młody władca surowo i z mocą spojrzał w oczy ambasadora. Potem
zwrócił się do Gariona.
- Mów śmiało, chłopcze, i z niczyjej strony nie lękaj się odwetu za twe
słowa.
Garion nabrał tchu.
- Nie znam dokładnie wszystkich szczegółów, wasza królewska mość -
wyjaśnił. - Dowiedziałem się o tym przypadkiem.
- Powiedz, ile możesz - zachęcił król.
- Z tego co wiem, kiedy latem wasza królewska mość wyruszy do Vo
Astur, grupa ludzi zamierza dokonać zamachu gdzieś na trakcie.
- Z pewnością asturscy zdrajcy - uznał siwowłosy dworzanin.
- Oni nazywają siebie patriotami - odpowiedział Garion.
- Nie wątpię - parsknął mężczyzna.
- Takie próby nie są rzadkością - oświadczył król. - Podejmiemy kroki, by
temu zapobiec. Dzięki ci za to ostrzeżenie.
- To nie wszystko, wasza wysokość - mówił dalej Garion. - Kiedy
zaatakują, będą nosić mundury tolnedrańskich legionistów.
Silk gwizdnął przez zęby.
- Chodzi o to, by szlachta uwierzyła, że zostałeś zamordowany przez
Tolnedran. Ci ludzie są pewni, że Mimbre natychmiast wypowie wojnę imperium,
a kiedy to nastąpi, wkroczą tu legiony. Wtedy, gdy wszyscy ruszą do walki,
ogłoszą niepodległość Asturii wobec tronu Arendii. Wierzą w poparcie
wszystkich Asturów.
- Rozumiem - zamyślił się król. - To chytrze pomyślany plan, choć
przejawia subtelność nietypową dla naszych zapalczywych asturskich braci.
Jednakże nic jeszcze nie usłyszałem, co by łączyło emisariusza Taura Urgasa z tą
zdradą.
- On to wszystko wymyślił, wasza królewska mość. Przekazał im wszelkie
informacje i dostarczył złota, by mogli kupić tolnedrańskie mundury i zachęcić
niezdecydowanych.
- Kłamie! - wybuchnął Nachak. ,
- Będziesz miał prawo do odpowiedzi, Nachaku - uspokoił go władca, po
czym zwrócił się do Gariona. - Chcę zbadać tę sprawę dokładniej. Jakże zdobyłeś
te wiadomości?
- Nie mogę powiedzieć, wasza wysokość - odparł z wysiłkiem Garion. -
Dałem słowo. Jeden z tych ludzi wyznał mi wszystko, by dowieść, że jest moim
przyjacielem. Powierzył mi własne życie, aby pokazać, jak bardzo mi ufa. Nie
mogę go zdradzić.
- Twa lojalność zaiste dobrze świadczy o tobie, młody Garionie -
pochwalił go król. - Jednakże oskarżenie ambasadora Murgów niezwykłej jest
wagi. Azali zdołasz, nie zdradzając zaufania, wykazać prawdę swych słów?
Garion bezradnie pokręcił głową.
- To poważna sprawa, wasza królewska mość - oświadczył Nachak. -
Jestem osobistym przedstawicielem Taura Urgasa. Ten kłamliwy urwis to
wychowanek Belgaratha, a jego szalona, nie poparta dowodami opowieść to
oczywista próba wbicia klina niezgody między trony Arendii i Cthol Murgos. Nie
można pozwolić, by rzucano takie oskarżenia. Trzeba zmusić chłopca, by wskazał
tych wymyślonych spiskowców albo przyznał, że kłamie.
- Dał słowo, Nachaku - przypomniał król.
- To on tak twierdzi. - Murgo skrzywił się z lekceważeniem. -
Wypróbujmy go. Godzina w izbie tortur może go skłonić do mówienia.
- Na ogół nie żywię zaufania do zeznań składanych na mękach -
oświadczył Korodullin.
- Jeśli zadowoli to waszą królewską mość - wtrącił Mandorallen - może to
być, że pomogę rozwiązać tę kwestię.
Garion rzucił mu pełne lęku spojrzenie. Mandorallen znał Lelldorina i bez
trudu mógł odgadnąć prawdę. Co więcej, Mandorallen był Mimbratom, a
Korodullin jego królem. Nie tylko nic go nie zmuszało do milczenia, ale
obowiązek właściwie nakazywał wyznać wszystko, co wie.
- Sir Mandorallenie - odpowiedział z powagą król. - Legendarne jest twe
oddanie sprawie prawdy i honoru. Azali zdołasz wskazać owych spiskowców?
Pytanie zawisło groźnie w powietrzu.
- Nie, panie - odparł stanowczo Mandorallen. - Wiem jednakże, iż Garion
prawdomównym i uczciwym jest chłopcem. Ręczę za niego.
- To słabe dowody - stwierdził Nachak. - Ja oświadczam, że on kłamie. I
do czego to nas prowadzi?
- Chłopiec jest mym towarzyszem - rzekł Mandorallen. - Nie będę
narzędziem służącym do złamania jego słowa, bowiem honor tego młodzieńca
równie jest mi drogi jak mój własny. Nasze prawa stanowią wszakże, iż sprawa,
której dowodów brakuje, może być rozstrzygnięta przez próbę walki. Stanę w
szranki za tego chłopca. Oświadczam przy wszystkich zgromadzonych, że ten oto
Nachak to zdradziecki łotr, co wraz z innymi spisek uknuł, by zgładzić mego
króla.
Zdjął stalową rękawicę i cisnął ją na podłogę. Łoskot jej uderzenia
zabrzmiał jak grom.
- Podejmij wyzwanie, Murgu - rzucił z pogardą Mandorallen. - Albo niech
je za ciebie przyjmie któryś z tych rycerzy-pochlebców. Udowodnię twe łotrostwo
na ciele twoim bądź na ciele twego czempiona.
Nachak spojrzał na rękawicę, potem na wielkiego rycerza, stojącego przed
nim w oskarżycielskiej pozie. Nerwowo oblizał wargi i rozejrzał się. Prócz
Mandorallena nikt ze zgromadzonej szlachty nie miał broni. Murgo zmrużył oczy
w nagłej desperacji.
- Zabijcie go! - warknął do sześciu mężów w zbrojach, którzy go otaczali.
Rycerze byli zaskoczeni, niepewni, co mają czynić.
- Zabijcie go! - rozkazał Nachak. - Tysiąc sztuk złota dla tego, kto
pozbawi go życia!
Po tych słowach twarze całej szóstki przybrały wyraz zdecydowania. Jak
jeden dobyli mieczy i równą linią ruszyli na Mandorallena, unosząc tarcze.
Rozległy się krzyki i jęki, gdy szlachcice i ich damy starali się zejść im z drogi.
- Cóż to za zdrada? - zapytał dumnie Mandorallen. - Azaliż tak
rozmiłowani jesteście w tym Murgu i jego złocie, że chwytacie za broń w
obecności króla, otwarcie łamiąc zakazy prawa? Odrzućcie miecze.
Zbliżali się groźnie, nie zważając na jego słowa.
- Broń się, sir Mandorallenie! - zawołał Korodullin, unosząc się na tronie.
- Zwalniam cię z ograniczeń prawa.
Barak jednak ruszył już na pomoc. Widząc, że Mandorallen nie zabrał do
sali tronowej swej tarczy, zerwał ze ściany ogromny, dwuręczny miecz.
- Mandorallenie! - zawołał i pchnął oręż po podłodze. Wielki miecz sunął
podskakując lekko, aż Mandorallen zatrzymał go nogą, pochylił się i chwycił za
rękojeść.
Sześciu rycerzy straciło nieco pewności siebie widząc, jak dwiema rękami
podnosi ciężką, sześciostopową klingę.
Barak z szerokim uśmiechem chwycił w jedną rękę miecz, w drugą swój
topór bojowy. Hettar, nisko trzymając szablę, z kocią zwinnością krążył wokół
niezdarnych rycerzy. Garion bez namysłu także sięgnął po broń, lecz palce pana
Wilka zacisnęły się na jego przedramieniu. - Nie mieszaj się do tego - rzucił
starzec i odciągnął go w bok, dalej od pola bliskiej już walki. Pierwszy cios
Mandorallena trafił w uniesioną pospiesznie tarczę, strzaskał ramię rycerza w
karmazynowej opończy, powalił go i odepchnął na dziesięć stóp. Barak toporem
Odbił pchnięcie, a mieczem uderzył w tarczę przeciwnika. Hettar wprawnie
unikał niezręcznych ciosów rycerza w zbroi zdobionej zieloną emalią, szablą zaś
sięgał błyskawicznie do jego chronionej przyłbicą twarzy. Stalowy szczęk mieczy
rozlegał się echem w sali tronowej Korodullina, a fontanny iskier strzelały z
ostrzy. Potężnymi uderzeniami Mandorallen powalił drugiego z przeciwników.
Szeroki zamach dwuręcznego miecza trafił poniżej tarczy. Rycerz wrzasnął, gdy
klinga rozcięła pancerz. Padł, brocząc krwią z rany sięgającej do połowy ciała.
Chytrym ciosem topora Barak wygiął boczną powierzchnię hełmu krępego
rycerza, który okręcił się bezwładnie i runął na posadzkę. Hettar wykonał
pozorowany atak, po czym wsunął szablę w szczelinę przyłbicy przeciwnika.
Rycerz zesztywniał, gdy ostrze dotarło do mózgu.
Wir bitewnego chaosu przesuwał się po sali; szlachcice i damy
odskakiwali na wszystkie strony, by uniknąć ran. Nachak patrzył z lękiem, jak
jego ludzie padają jeden po drugim. Potem nagle odwrócił się i rzucił do wyjścia.
- Ucieka! - zawołał Garion, lecz Hettar już pędził za Murgiem. Straszna
twarz i zakrwawiona szabla sprawiały, że grupy dworzan i płaczących w
przerażeniu dam rozstępowały się, otwierając drogę. Nachak dotarł już niemal do
drzwi, gdy Hettar długimi skokami przedarł się przez tłum i zablokował wyjście.
Z krzykiem rozpaczy ambasador wyrwał miecz z pochwy, a Garion poczuł nagły,
niespodziewany przypływ litości dla tego człowieka.
Murgo podniósł miecz, a Hettar świsnął szablą prawie jak pejczem,
uderzając go w jedno, potem w drugie ramię. Nachak desperacko usiłował
podnieść zdrętwiałe ręce, by osłonić głowę, lecz klinga Hettara nagle opadła.
Potem, z niezwykłą, płynną gracją, Algar powolnym sztychem przebił Murga na
wylot. Garion widział ostrze szabli, wysuwające się spomiędzy łopatek Nachaka.
Ambasador wciągnął powietrze, upuścił miecz i dwiema rękami chwycił
nadgarstek Hettara. Jednak Algar niepowstrzymanie obracał dłoń, skręcając ostrą,
zakrzywioną klingę w ciele wroga. Nachak jęknął okropnie i zadrżał. Potem jego
palce ześliznęły się z ręki Hettara, a nogi ugięły. Krew zabulgotała mu w płucach,
gdy westchnął i wolno upadł na plecy, zsuwając się bezwładnie z ostrza szabli
Hettara.

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •