Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi
10. Wyprawa pod Wiedeń
Podczas gdy wielobarwna armia Kara Mustafy, pierwotnie li-
cząca około 165 000 ludzi, atakowała z fanatyczną i niezmordo-
waną, heroiczną wprost odwagą wały obronne Wiednia, podczas
gdy artyleria dowodzona przez francuskiego renegata, ekskapu-
cyna Ahmeda beja, burzyła bastiony i zewnętrzne okopy, a jan-
czarzy w rowach łącznikowych zbliżali się do linii obrony Star-
hemberga, książę Karol lotaryński na zewnątrz, wraz ze swoim
niewielkim liczebnie wojskiem, próbował zatrudniać Turków tak
długo, dopóki nie pojawią się pod Wiedniem sprzymierzeńcy
z Rzeszy Niemieckiej i z Polski, przy czym starał się przeszko-
dzić również nieregularnym siłom Kara Mustafy w rozpraszaniu
się po nieszczęsnej Austrii i w dokonywaniu mordów. Aż do Enns
i na południe, daleko w głąb Styrii, roiło się od Tatarów. Cesar-
ski dwór wraz z urzędami i wielce czcigodną nadworną radą
wojenną uciekał przed tymi potworami z krajów dziedzicznych
aż do Pasawy, gdzie wreszcie Leopold I znalazł spokój.
Książę Karol tego samego dnia, 17 lipca, założył swą kwaterę
główną w Jedlersee. Swoją ośmiotysięczną kawalerią osłonił jed-
nocześnie trasę wmarszu Polaków, którzy nadciągali z północy,
i oddziałów książąt Rzeszy, które zbliżały się z zachodu; wciąż
niepokoił Turków pod Wiedniem i mógł zakłócać ich kontakty
na tyłach z Węgrami. Jako pierwsze godne wzmianki posiłki
przybyły 20 lipca znakomite polskie oddziały zaciężne Hieronima
Lubomirskiego. Przy ich wsparciu pociągnął Lotaryńczyk na
Preszburg, zdobył to okupowane przez bandy Thókółyego miasto
i pobił węgierskich rebeliantów. Walka prowadzona była z praw-
dziwie barbarzyńską dzikością. "Wyszukiwano spośród pojma-
nych co znaczniejszych, innych zabijano." Po tej potyczce
z 29 lipca austriacko-polska kawaleria pozostawała na Polu Mo-
'Wyprawa pod Wiedeń,
rawskim; często biła się z tureckimi i węgierskimi zagonan
Pod koniec sierpnia posunęła się aż do samego Dunaju. Tai
w pobliżu Wiednia, odniosła wspaniałe zwycięstwo nad gru]
wojska tatarsko-tureckiego, która przekroczyła rzekę. Z te,
swojego obozu pod Stockerau wyruszył wówczas Lotaryńczyk :
spotkanie króla polskiego.
Sobieski W ciągu dziesięciu dni przemierzył Śląsk austriac
i Morawy. Otoczony świetnym orszakiem, z synem Jakube
u boku, lecz ach, bez najdroższej Marysieńki, z którą się rozs'
płacząc na granicy kraju 22 sierpnia, był wszędzie witany v
watami przez napływające tłumy ludu jako zbawca. Tak w:
król był w swoim żywiole. Lubił podobać się i być uczynny
upajał się sławą, którą go częstowano na wyrost, i chwałą, ktc
uczciwie zamierzał zdobyć. Był naprawdę szczęśliwy, że pr;
prowadził swoich Polaków cesarzowi do walki .z Turkami o Swii
Krzyż. "Co dzień jak do ślubu ubierać się muszę i jak pan młc
wjeżdżać z kawalkadą" - żartuje w liście do małżonki. U prc
cesarskich prowincji powitał go najczołobitniej hrabia Schs
gotsch; od tej pory codziennie odbywają się bankiety w który
z zamków szlacheckich, obecne są zaciekawione i podziwiaj
go damy, wśród których spotyka się nawet stare i młode zna
me z Warszawy. A te braterskie, prawie czułe, własnoręcz
pisane listy, w takim samym stopniu nieczytelne, co prostodl;
ne, najjaśniejszego sprzymierzeńca! Z Pasawy, z 24 sierpnia,
włosku, a nie po łacinie, aby móc korespondować bez drażi
cej tytulatury: "lo gradisco sommamente e procureró in o
occasione di conoscerlo con ogni vero fraterno affetto."1 Dób
że ten przepełniony błogim uczuciem dla wdzięcznych Aust
ków Jachniczek nie miał wglądu w akta, które zrzędni, pom;
biurokraci wymieniali między sobą na temat tego, naprą'
godnego najświetniejszej gościnności obcego monarchy. Sobi
"powinien sam pokrywać wydatki" - mruczy izba dworska,
nieważ przybył jako sprzymierzeniec, a nie jako gość. Ranni
scy oficerowie mają tylko prawo do bezpłatnej kwatery - bi
inne przykurzone westchnienie tego samego urzędu - wszy
inne, jedzenie, lekarstwa, powinni opłacać z własnej kieszeni
Władcy, oczywiście, nie dano odczuć nic z owych wielkod
nych uczuć. Ani jemu, ani jego synowi, ani nikomu z tu
' przyjmę go z największą serdecznością i wykorzystam każdą śpi
ność, aby go poznać, przepełniony prawdziwie braterskim uczuciem.
198 Rozdział 10
wielkich panów: szwagrowi, comte de Maligny, senatorom na
czele z podkanclerzym Gnińskim, ani lekarzowi przybocznemu
Braunowi, ani przebiegłemu opatowi Hackiemu, sekretarzom
Sarnowskiemu i Talentiemu oraz "kuchennym, piwniczym, sta-
jennym i sześciu służącym", sześciu trębaczom i doboszom, dwu-
dziestu z pikiety, trzem szwajcarom i tyluż kamerdynerom. Jeśli
chodzi o misera plebs, to ten potrafił już sam sobie radzić albo,
mówiąc wyraźniej, dopomóc gospodarzom w sprawowaniu gościn-
ności. Regularne oddziały, przede wszystkim elita husarii i inni
szlacheccy kawalerzyści, swoją rycerskością zdobyły sympatię
ludności. Tabor jednakże i część piechoty "wydawały się niewy-
szukanym, obdartym, zakurzonym, wymęczonym, źle umunduro-
wanym tłumem, oprócz szabel mieli albo muszkiety, lufy, albo
półczekany, a wielu nawet tylko maczugi, handżary albo olbrzy-
mie kije; maszerowali przy drumlach albo szałamajach, lub w
zupełnej ciszy. Szli w złym szyku albo też nawet bezładnie
i przypominali raczej Cyganów niż żołnierzy." Ci wojownicy,
którym później przypisano niejedną plamę na czystej tarczy ho-
noru polskiego wojska, brali sobie to, czego im nie dawano,
i pozostawiali złe wspomnienie, które jednakże nie wymazało
pamięci o przyjaznym, wielkodusznym i budzącym bojaźliwy
szacunek królu oraz o jego wspaniałej kawalerii.
Droga Sobieskiego wiodła z Tarnowskich Gór przez Gliwice,
Racibórz, Opawę, Ołomuniec, Brno do Mikulova. Tu spotkał się
król z grupą armii Sieniawskiego, która w dwanaście dni prze-
była 320 km górzystego terenu przy trzech dniach popasu. Osła-
niała ona główne siły armii pod wodzą Jabłonowskiego, w liczbie
20 000 ludzi, którzy wyruszyli prosto z Trembowli w kierunku
Dunaju. Gdy Jan III zebrał już wokół siebie armię Sieniaw-
skiego, wkrótce potem spotkał się niespodziewanie w pierwszej
większej dolnoaustriackiej miejscowości z księciem lotaryńskim,
który nadjechał tam, aby go powitać. Stało się to 31 sierpnia
o godzinie drugiej po południu. Królowi przyświecała gwiazda po-
myślności. Dzień przedtem towarzyszył jakiś czas wojsku w dro-
dze orzeł, właśnie dopiero co ukazała się na horyzoncie tęcza w
kształcie półksiężyca, a teraz wreszcie został uczyniony pierwszy
krok na ostatnim odcinku drogi do zwycięstwa.
Król i książę zmierzyli się wzajemnie przenikliwie i od pierw-
szego wejrzenia przypadli sobie do gustu. Mocnymi pociągnięcia-
mi pióra przedstawił Sobieski w liście do Marysieńki dawnego
Wyprawa pod Wiedeń
rywala, a obecnie towarzysza broni: "Nos aquilin1 barzo i ni
en perroquet2, ospa dość znaczna na twarzy... Suknia na n:
szara, bez wszystkiego, guziki tylko złote..., kapelusz bez pi'
Buty żółte były przed dwiema miesiącami albo trzema. A\
tout ceci ce n'est pas une minę d'un marchand ou d'un Italii
jednak d'un honnete homme et d'un homme de condition.3 D;
kurs bardzo dobry w co go nie tkniesz. Modeste,4 niewiele n
wiący i wojnę rozumie bardzo dobrze... Perruque blonde, n
cnotliwa; znać, że cale o strój nie dba." A Lotaryńczyk o i
bieskim? Posłuchajmy więc jego przyjaciela Taaffe'a zami
małomównego księcia: "The King of Poland is le plus honne
homme of his kingdom."5 A teraz posłuchajmy kroniki wydarz
Pełen temperamentu Jan III zaczyna od gwałtownej akargi,
on wraz ze swoim wojskiem jest już na miejscu, lecz książ
Rzeszy nie zdobyli się na pośpiech. Lotaryńczyk otrzymał, oc
wiście, dokładną instrukcję od nadwornej rady wojennej, w
kim stylu ma prowadzić dyskurs z królem z Polski - bez ż
nego impegno;8 lecz on mało się troszczy o instrukcję i łagc
tego dobrodusznego, gniewającego się Ajaksa, który zresztą w
le nie myśli o odmarszu. Podczas parady polskich oddziałów k;
że Karol kilkoma słowami rozpędza zły humor Sobieskiego.
tem zasiadają do stołu. Najpierw podziwia się wzajemnie gr
towne polityczne i militarne wiadomości rozmówcy, potem na
melancholijny Lotaryńczyk się rozwesela, i to coraz bard;
W końcu całe to świetne towarzystwo jest tak pijane, że c
się zmóc powszechnemu wzruszeniu. Nienawykły do polsl
obyczajów w piciu Lotaryńczyk pyta wciąż od nowa, jak po \
sku brzmi "ojciec" i "brat", i zapewnia obu Sobieskich nieusi
nie, że jednego uwielbia jak ojca, a drugiego kocha jak bi
Wreszcie wierny Taaffe stawia z trudem księcia na nogi, WSE
na konia i prowadzi w chłodnym, orzeźwiającym powietrzu i
z powrotem do obozu w Stockerau.
Jan III czeka cztery dni w Oberhollabrunn na polską ai
pod wodzą Jabłonowskiego, następnie kontynuuje swą podrć
1 orli
2 haczykowaty
3 Przy tym wszystkim nie ma wyglądu kupca czy Włocha, ale czło-s
dwornego, i to wysokiej kondycji.
4 Skromny
5 Król Polski jest najuczciwszym człowiekiem w tym królestwie.
' bez zobowiązań
200
Rozdział 10
stronę Dunaju. W Stetteldori, w zamku hrabiego Hardegga, roz-
poczęły się 3 września obrady dowódców, obecnie już połączo-
nych, sprzymierzonych sił zbrojnych. Nie tylko Polacy, lecz tak-
że sojusznicy z Rzeszy dołączyli do cesarskiej armii idącej z od-
sieczą. Musimy teraz przez chwilę spojrzeć wstecz, żeby naszki-
cować postawę książąt Rzeszy, Francji, papieża i pozostałych
europejskich państw wobec wojny tureckiej. Przegląd ten uwy-
pukli nam lepiej rolę Sobieskiego i jego Polaków w bitwie o oswo-
bodzenie Wiednia.
Zamiar Porty, aby zadać śmiertelny cios chrześcijańskiej Euro-
pie, znany był w Rzymie i Wiedniu, jak pamiętamy, od lata 1682
roku. Od tamtej pory każda poczta z Istambułu przynosiła nowe
szczegóły o jawnie przygotowywanych zbrojeniach i o coraz bar-
dziej precyzujących się planach Porty, by uderzyć bezpośrednio
na stolicę cesarstwa. Dyplomacja Stolicy Apostolskiej i austriac-
kich ministrów próbowała zawczasu podjąć polityczne i finanso-
we przygotowania, dzięki którym dopiero można było uzupełnić
siły militarne. Podstawowym problemem w pozytywnym sensie
było zwerbowanie współuczestników, w negatywnym: wydarcie
Turkom ich faktycznego sprzymierzeńca - Francji.
Oprócz Polski brano przede wszystkim pod uwagę militarne
wsparcie ze strony większych niemieckich księstw Rzeszy. Oczy-
wiście tylko tych, które nie były w danym momencie sprzymie-
rzone z Francją. Jako pierwsza 26 stycznia zawarła układ z ce-
sarzem Bawaria. Maksymilian Emanuel, przyszły zięć Leopolda I,
ciałem i duszą był za walką z islamem; pomoc tego znakomitego
żołnierza była cenna i skuteczna, już choćby z powodu bliskiego
sąsiedztwa. Elektor saski, Jan Jerzy III, mniej świetny, mniej
uzdolniony od Witteisbacha, lecz nie mniej dzielny, został po-
zyskany dopiero w czasie oblężenia Wiednia, dzięki porozumie-
niu zawartemu 30 lipca. Poza tym zapewniły swoją pomoc okręgi
szwabski i frankoński. Jedynie najznaczniejszy swego czasu nie-
miecki książę, Fryderyk Wilhelm brandenburski, trzymał się na
uboczu. Nie czynił tego chętnie. Walczyły w nim do końca dwa
przeciwstawne dążenia; wreszcie chrześcijańskie poczucie odpo-
wiedzialności i patriotyzmu wobec Rzeszy uległo nieświętemu
egoizmowi księcia terytorialnego, który chciał wyciągnąć dodat-
kową korzyść z fatalnej sytuacji cesarza. Wielkiego Elektora ha-
mowały poza tym w jego decyzji ogólnopolityczne powiązania.
Sobieski, sojusznik Leopolda I, był od dawna przeciwnikiem
Hohenzollernów, nawet jeśli między Berlinem i Warszawą tak
Wyprawa pod Wiedeń
często nawiązywana bywała owa nieszczera przyjaźń. Przez P
laków i Szwedów Fryderyk Wilhelm został zdany na odnowi
nie przymierza z Francją; tak więc doszło do tego, że przy osw
bodzaniu Wiednia zabrakło Brandenburgii.
To rozszczepienie hohenzollernowskiej polityki doszło do gło
już na warszawskim sejmie w 1683 roku. Crockow, ambasad
elektora, występował dużo mniej gwałtownie przeciw lid
z Austrią, wystrzegał się jawnego zerwania stosunków z dv,
rem, a Fryderyk Wilhelm, płacąc Sobieskiemu umowne odszl-
dowanie za Radziwiłłowskie dobra na Litwie, przyczynił się i
średnio do wydatków na polskie zbrojenia. Z drugiej stro
Berlin, właśnie z powodu należących do małżonki margrabię
Ludwika posiadłości, był z Sapiehami w tajnym porozumień
magnaci owi jednak, wraz z Grzymułtowskim i Stanisław'
Lubomirskim, pod naciskiem opinii publicznej i na skutek af(
Morsztyna zaniechali opozycji przeciwko Janowi III i wojnie
reckiej. Fryderyk Wilhelm jednakże troszczył się bardziej o s\
ich polskich przyjaciół niż o swego przeciwnika Sobieskiego.
Lecz oto znowu żądano spełnienia obowiązków potwierdzona
układem dotyczących pomocy na wojnę z Turkami dla kr
i Rzeczypospolitej. Jako poseł przybył Załuski i prosił o wsp
cię, nie tyle już argumentując odpowiednimi paktami, co ape
jąć do wrodzonej szlachetności elektora. Jan III opisywał w
rywającym liście zagrożenie Wiednia i swoje własne olbrzyi
zbrojenia; przypominał Hohenzollernowi o jego przynależne
do Rzeszy, przeciwko której zwróciła się przecież złość niew;
nych. Na to Fryderyk Wilhelm odpowiedział "bellissima letter
oświadczając, że z radością będzie bił muzułmanów pod róż
zami Sobieskiego; jako brandenburski kontyngent przyrzecz
wysłać 900 żołnierzy piechoty i dwie kompanie dragonów. \
stawienie większego korpusu posiłkowego, o który prowadził
gocjacje w Pasawie książę Anhaltu, rozbiło się o pretensje Hoh
zollerna do odszkodowania. Leopold I, będąc w największych
rapatach, nie dał na sobie wymusić uznania brandenbursi
roszczeń do dziedzictwa zmarłego przed kilkoma laty śląski
Piasta. Ponieważ cesarz odrzucił także pośrednictwo elekt
między Habsburgiem i Burbonem, Fryderyk Wilhelm wyć
się na pozycję niesatysfakcjonującej neutralności, z powodu l
rej żaden z zainteresowanych, a szczególnie ten niezaintereso
nv, nie czuł się dobrze.
' najpiękniejszym listem
202
Rozdzial 10
Dłoń Ludwika XIV powstrzymywała jego berlińskiego sojusz- ''
nika; ona przesłała osmańskiemu sprzymierzeńcowi przyjazne po-
zdrowienie i zachętę. Jeżeli niezaangażowanie Brandenburgii by- J
ło hańbą, to oficjalną francuską politykę odczuto jako przestęp-
stwo wobec elementarnych zasad, które nawet w tym wieku po-
zbawionego skrupułów rozsądku politycznego nie zostały jeszcze
wymazane ze świadomości europejskich narodów. Już postępo-
wanie gabinetu wersalskiego wobec Polski oburzyło francuską
arystokrację, która przywykła przecież podziwiać ślepo każdy ||
krok swego władcy. Potulny jak święty baranek, dworski kroni- K
karz Sourches pisał w swoim dzienniku, a okazał się przy tym t!
bardziej święty niż potulny: ,,Une nouvelle bien facheuse. La , {j
Pologne s'etoit declaree contre la France et les politiciens disoient !?
qu'on avoit grand tort menager si peu le roi de Pologne. Cepen- :
dant on temoignoit en France ne faire aucun cas de cette rup-
ture."1 Jeżeli już zerwanie z Polską i przyjaźń z Turcją, która
je spowodowała, były dezaprobowane przez opinię publiczną
Francji, to niechęć ta wzrosła aż do buntu przeciwko wszech-
potężnemu monarsze, kiedy ten w wojnie między cesarzem a suł-
tanem jawnie stanął po stronie niewiernych. Członkowie najzna-
komitszych rodów wymykali się potajemnie, aby udać się do
obozu chrześcijańskiej armii, między innymi książę Burbon,
siostrzeniec Kondeusza, i obaj bracia sabaudzcy - Carignan,
z których młodszy kiedyś miał być sławny jako książę Eugeniusz,
szlachetny rycerz.
Nie poruszony entuzjazmem tej krucjaty ów niegodny następ-
ca świętego Ludwika uprawiał śmiałą, hazardową grę. Chciał,
aby Turcy zdobyli Wiedeń. Kiedy potem Leopold I, pozbawiony
przez francuskie knowania pomocy innych państw, nie byłby
zdolny odbić swej stolicy i kiedy kraj leżałby otworem dla pu-
stoszących ogniem Tatarów, wówczas ten zimny kalkulator w
Wersalu zamierzał wystąpić w roli zbawcy i zaproponować znaj-
dującym się w opresji Niemcom pomoc całej potęgi Francji, lecz
za cenę dymisji niedorosłego do swego zadania Habsburga i wy-
boru Delfina na rzymskiego króla. Wówczas to wreszcie zosta-
łaby usunięta owa niesprawiedliwość, że ta pierwsza monarchia
i najjaśniej oświecona dynastia nie zarządza całym dziedzictwem
1 Bardzo przykra wiadomość. Polska opowiedziała się przeciwko Francji
i politycy twierdzili, iż niesłusznie tak mało dbamy o króla Polski. Tym-
czasem we Francji wiele świadczy o tym, że nie przywiązuje się żadnej
wagi do tego zerwania [stosunków].
Wyprawa pod Wiedeń
Karola Wielkiego. Albowiem w to, że Osmani zostaną pobi
przez armię Ludwika XIV, kto wie, może całkiem wypędzę
z Europy, nie wątpił on ani przez minutę. Dopiero w świet
tych rozważań można zmierzyć stopień oburzenia, jakim płoń
Burbon z powodu Sobieskiego: jakiś polski król elekcyjny i fra:
cuska szlachcianka z prowincji ważyli się narazić na szwal
wspaniałe wielkomocarstwowe plany dziedzica Karolingów z p
wołania, wspierając chwiejący się tron habsburski!
Teraz jest też jasne, dlaczego każda próba przypominał
o chrześcijańskiej solidarności ze strony papieża i cesarza r
znajdowała żadnego posłuchu w Wersalu. Innocenty XI szturm
wał francuskiego króla listownymi ponagleniami do zawarcia p
kój u, stałemu przedstawicielowi Stolicy Apostolskiej we Franc
Ranucciemu, dodano do towarzystwa specjalnego nuncjus;
Wszystko na próżno. Politykę Ludwika XIV w owym czasie ir
żerny ocenić najlepiej na podstawie instrukcji, których udzie
swoim dyplomatom. Do d'Estr6es'a, 4 maja: miejmy nadzie
że jedność Austrii i Polski nie potrwa długo, trzeba odebi
włoskim państwom ochotę do pomocy dla Habsburga. Do Rei
naca, w Berlinie, 6 maja: należy, po odejściu Vitry'ego, nawias
z Brandenburgii bezpośredni kontakt z polskimi przeciwnika
Sobieskiego, aby pogrzebać gotowość wojenną tego kraju. '.
Guuleragues'a, 9 czerwca: Porta może być spokojna, że Frani
nie poprze w żaden sposób cesarza. 6 lipca do d'Estrees'a
kardynała, który reprezentował arcychrześcijańskiego króla
papieża - na raporty o zapale Innocentego XI do krucjaty: ,
verrais sans peine le desordre et la confusion dont pourront e
suivis les vastes projets qu'il [Ojciec Święty] fait avec la cour
Vienne."1 Wreszcie, 20 lipca, znowu do Guilleragues'a: "La cc
de Vienne me demande que je veuille bien m'obliger de ne r:
faire contre elle ni contre aucun Etat de 1'Empire tant qu'e
aura la guerre avec les Turcs; je suis bien eloigne de donner
semblables assurances."2
Zamiast zapewnienia, o które prosił tak usilnie Sobieski,
1 Bez przykrości patrzyłbym na niepokoje i zamieszki, jakie mogą
zdarzyć na skutek szerokich projektów, czynionych [przez Ojca Swii
go] wespół z dworem wiedeńskim.
2 Dwór wiedeński prosi mnie, abym zechciał zobowiązać się, iż nie u(
nie niczego wbrew niemu ani wbrew żadnemu państwu Cesarstwa,
póki trwa wojna z Turkami; jednakże daleki jestem od dawania poć
nych zapewnień.
204 Rozdzial 10
miast obietnicy, że podczas wojny Austrii z barbarzyńcami nie
przeszkodzi jej w tym żadnym atakiem, wystosował Ludwik XIV,
26 lipca, ledwie dowiedziawszy się o oblężeniu Wiednia, ultima-
tum do cesarza. Poseł Yerjus czynił wszystko, by wymusić zer-
wanie, a kiedy cesarski charge d'affaires poskarżył się z tego po-
wodu Colbertowi de Croissy, potraktowano to z wyjątkowym
grubiaństwem. Powiedziano nuncjuszowi Ranucciemu, że jeśli
tylko Leopold I spełni francuskie warunki, to jest możliwe, iż
rozważy się kwestię pomocy. 26 sierpnia Ludwik XIV odpowie-
dział w podobnym sensie z arogancką wyniosłością papieżowi. W
końcu francuska armia napadła l września na austriackie Nider-
landy, aby, podczas gdy austriackie wojsko zajęte było walką z
Osmanami, zagarnąć upragniony łup wojenny.
Wzgląd na Francję spowodował, że włoskie państwa raczej się
wstrzymały ze swoją pomocą dla zagrożonego chrześcijaństwa.
Tak naprawdę to sympatie całego Półwyspu Apenińskiego były
po stronie cesarza i Polaków. Niezliczone pisemka ulotne infor-
mowały o przebiegu walki, z napiętą uwagą nasłuchiwano huku
dział pod Wiedniem; albowiem wiedziano nadto dobrze, że na-
stępstwem zwycięstwa muzułmanów może być ich wizyta w Ita-
lii. Czyż Kara Mustafa nie ogłosił, że po stolicy cesarskiej przyj-
dzie kolej na rezydencję papieża? Innocenty XI już w połowie
maja zwrócił się do najważniejszych rządów włoskich, do obu
dożów w Wenecji i w Genui, do wielkiego księcia Toskanii, do
książąt Sabaudii, Modeny i Parmy oraz do kilku jeszcze pomniej-
szych arystokratów. Większość z nich zapewniła finansowy wkład
na zbrojenia. Lecz ci jedyni, którzy byliby zdolni do znaczniejszej
pomocy wojskowej, Wenecjanie, za bardzo bali się Turków i Fran-
cuzów, aby usłuchać wezwania papieża, chociaż Innocenty dla
jedności całego świata chrześcijańskiego w walce z odwiecznym
wrogiem zakończył długotrwały konflikt z adriatycką republiką.
Tak więc zagrożony Wiedeń mógł, jeśli pominiemy pojedyn-
czych ochotników, którzy spieszyli ze wszystkich regionów, liczyć
tylko na pomoc trzech sprzymierzeńców: Rzeszy, Polski i papie-
ża. Zbyteczny byłby doprawdy spór, który z sojuszników miał
największy udział w ratowaniu miasta i chrześcijańskiego Zacho-
du. Pewne jest, że nie odniesiono by sukcesu, gdyby zabrakło choć
jednego z nich. Niemcy i Polska, każde z osobna, byłyby za sła-
be, aby wywalczyć w połączeniu z cesarskimi siłami militarne
zwycięstwo o przekonywającej sile. Papież zaś stworzył moral-
ną i finansową podstawę tego ostatecznego tryumfu. Mówiliśmy
Wyprawa pod Wiedeń
o wielkiej ofiarności Polaków, możemy potwierdzić wielki wys
łęk gospodarczy Austrii i Rzeszy. Bez poparcia Kościoła jednak:
sojusznicy na dłuższą metę niewiele by zdziałali, mianowicie n
tyle ze względu na koszty prowadzenia wojny, co na powolnos
z jaką wpływały podatki. To właśnie wciąż sprawna w dawan
zaliczek i do nich skłonna kasa papieska wraz ze swymi milion
wymi subsydiami przyczyniła się w sposób decydujący do teg
że uniknięto szkodliwego zastoju w zbrojeniach i wypłatach ż<
du.
Inne zasługi Stolicy Apostolskiej należy ocenić jeszcze wyż'
zachętę, której nie szczędziła sprzymierzonym, i starania, dzic
którym, podczas gdy nikt inny nie mógł tego dokonać, v,
wnątrz Ligi panowała zgoda, a kiełkujące spory były wciąż ła^
dzone. Moralny autorytet papieskiej perswazji ujawnił się już
Polsce przy zmaganiach o polsko-austriacki sojusz. Pismo O,
Świętego do polskich stanów i niezliczone interwencje nunc,
sza Pallaviciniego uchroniły to przymierze przed rozbiciem; i
króla zaś breve Innocentego XF były pokrzepieniem i zach^
W^rto je przeczytać - na przykład pismo z 20 lutego albo ;
maja, w których najwyższy duszpasterz składa gratulacje mon
sze z okazji zawarcia układu z cesarzem - aby zrozumieć i
działywanie tych obliczonych w jednakowej mierze na w(
uczucie i rozum orędzi. Wciąż od nowa to odwoływanie się do n
szlachetniejszych instynktów Sobieskiego: aby Pan zastępów
błogosławił mężną decyzję króla, te plany, które chrześcijańst
i wierze katolickiej przyniosą zbawienie, ku chwale jego imiei
a wrogom ku wiecznej hańbie. Jest w pewnej mierze odzewem
hasło to, co sekretarz monarchy wyruszającego właśnie
Wiedeń pisze do kardynała Barberiniego: "Se la Maesta del
si mette in Campagna, e che habbi ii commando anche dei
sarei come si e convenuto, V. E. mi creda che fara miracoli e
s'immortalera."1
Jeśli Sobieski będzie dowodził też siłami cesarskimi -
był drażliwy punkt, kamień obrazy, który należało usunąć
co najmniej przeskoczyć, była to może największa sztuczka
pieskiej dyplomacji. Albowiem Turcy mogli przewędrować p:
Węgry, zdobyć Wiedeń, wedrzeć się do Rzeszy, aż nad Ba
albo nad kanał La Manche, jednego jednak nie byliby w stanie
1 Jeśli Jego Królewska Mość podejmie wyprawę i jeśli będzie dow
także [oddziałami] cesarskimi, jak to zostało uzgodnione, niech mi
.sza Eminencja wierzy, że uczyni cuda i osiągnie nieśmiertelną sławę.
206 Rozdział 20
konać: zmienić uświęconego ceremoniału cesarskiego dworu i jeśli
nawet nie Leopolda I, to jego ministrów z pewnością nie zmusiliby
do rezygnacji z owego swoistego sposobu rozumowania, który roz-
winął się w nie mniej swoistej atmosferze wiedeńskiego Hof-
burgu jak osobliwa roślina cieplarniana. Byłoby to podejście wy-
jątkowo ahistoryczne, gdybyśmy ten sposób myślenia, z którego
można się uśmiać serdecznie, przeklinali z oburzeniem moralisty
albo przykładali doń inne, niestosowne do tego czasu miary.
Hiszpański ceremoniał i wszystko, co się z tym wiązało, wyrastał,
tak jak królestwo słońca Ludwika XIV, z pewnego światopoglądu,
który w namaszczonym władcy widział najważniejszy obiekt
ziemskiego kultu. Tak jak nie powinno się złośliwie krytykować
poszczególnych przejawów francuskiego absolutyzmu, jeśli się nie
poruszy jego podstawowych przesłanek, na tejże samej zasadzie
nie wolno kwestionować logicznego następstwa wiary w nadane
przez Boga zwierzchnictwo Habsburgów jako rzymskich cesarzy.
Zarzuty trzeba kierować przeciwko temu czy innemu systemowi,
lecz nie to jest przecież zadaniem badacza historii. Dlatego przy
tych żałośnie śmiesznych, denerwujących sprzeczkach o dowódz-
two i o prymat w chrześcijańskiej armii przysługuje nam tylko
tyle z prawa do nieprzychylnej krytyki, by móc poinformować,
jak w tę walkę o ideały mieszało się to, co ludzkie, aż nadto
ludzkie.
Przeciwko takiej małoduszności skierowana była mądra, pełna
umiaru i fachowa działalność papieskiej dyplomacji. Nuncjusz
Buonvisi, często już przez nas wysławiany z powodu swych nie-
przeciętnych zdolności, wyjechał wraz z dworem cesarskim do
Pasawy i tam, pośród setek innych zadań do rozwiązania, zajmo-
wał się paraliżowaniem wpływu hiszpańskiego ambasadora Bor-
gomainera, by w ten sposób przewlec wybuch wojny francusko-
-austriackiej; następnie dążył do tego, by zapewnić Sobieskiemu
przysługujące mu według umowy naczelne dowództwo nad całą
potęgą zbrojną sprzymierzonych. Tego rodzaju komendę mógł
sprzątnąć sprzed nosa polskiemu monarsze tylko cesarz; jednakże
Buonvisi znał nadto dobrze charakter i naturę Leopolda I, aby
w tym szukającym spokoju, nieśmiałym, dobrodusznym i subtel-
nym, bojażliwym i wcale niegłupim władcy widzieć wodza w
decydującej bitwie z islamem.
Aby wesprzeć Buonvisiego w tych tygodniach najwyższego na-
pięcia, mianowano ojca Marka d'Aviano papieskim legatem. Le-
opold I zaprosił tego świątobliwego człowieka, mając w pamięci-
Wyprawa pod Wiedeń
jego oddziaływanie w Austrii, aby pomógł Habsburgom w i<
ciężkim zmartwieniu duszpasterską i świecką radą. Innocenty 1
dostrzegł w nadzwyczajnej osobowości kapucyna najwłaściwsz
go mentora i doradcę, zawołanego pośrednika; przekazał mu na
dalej sięgające pełnomocnictwa. 4 września ojciec Marco dots
do Stetteldorfu, akurat w chwili, gdy był tam najbardziej p
trzebny. Cesarscy ministrowie mieli właśnie zamiar obudzić gł
pimi intrygami zawiści, które zagroziłyby dziełu, mającemu z
pewniony już efekt.
Przypomnijmy sobie gwałtowną niechęć, jaką budził aż do n
stania wojny tureckiej ten ,,francuski" podopieczny Sobies
wśród znacznej części arystokracji należącej do dworu austris
kiego. Wielkodusznego księcia Lotaryngii, kiedy zawarł zna;
mość z Janem III, nie można już liczyć do tych, którzy chci
nawet potem jeszcze szykanować elekcyjnego króla, gdy ten wr
ze swoim wojskiem przybył, by służyć pomocą w walce z c
wiecznym wrogiem. Mimo to przewodniczący rady wojennej H(
mann von Baden, kanclerz nadworny Strattmann, wicekancl(
cesarstwa Kónigsegg i hiszpańskie stronnictwo rzucali wciąż r
we kłody na drogę, która wiodła do zwycięstwa. To oni mieli
swoim sumieniu owo niezbyt przyjazne nastawienie do maszei
jących przez kraj sojuszników, oni byli tymi, którzy wzbrani
się przed pokrywaniem wydatków Jana III; oni od początku (
mawiali mu uzdolnień przywódczych, a jego armii istotnej roli
odsieczy Wiednia. Wymyślali ceremonialne trudności i powoc
wali owe przykre sprzeczki o pierwszeństwo.
Jednakże powszechnie panowało przekonanie o dużym znać:
Riu polskiej pomocy, a przede wszystkim o koniecznej obecne
samego Sobieskiego. Nie mamy na myśli przy tym tylko słów I
taryńczyka, że król polski znaczy więcej niż cała armia, i t;
podobnych uprzejmości skierowanych do Jana III, lecz obiekty
ne dowody, które dopiero po wiekach wyszły z archiwów na św
tło dzienne. Francuski ambasador Sebeville i nuncjusz Buon'
zgodnie przedstawiali radość, która panowała w Wiedniu po
warciu sojuszu z Polską, następnie po pomyślnym przebiegu
brad warszawskiego sejmu, wreszcie na wiadomość o zbrojeni
sprzymierzeńca. Odkąd niewierni otoczyli żelaznym pierścieni
stolicę cesarstwa, cała uwaga Austriaków zwrócona była na n
ciągające wojska polskie. Z jakąż radością nadworna rada i
jenna powiadamia 18 lipca Lotaryńczyka i Kaplirza "o śpies
cych w sukurs Polakach!". 24 lipca taż sama rada śle hrabiego
208 Rozdział 10
affe'a do jego dostojnego przyjaciela księcia Karola z pilnym o-
strzeżeniem, by nie przystępował do "dzieła głównego", dopóki
nie przybędą na miejsce Polacy. Tego samego dnia kurier z War-
szawy przekazał wiadomość od Zierowskiego, że sam Sobieski
chce się przyłączyć do wyzwalania Wiednia; a ten meldunek
"sollevó gli animi abbattuti dalie presente disgrazie."1 27 lipca
pojawił się hrabia Thurn z tą "dobrą wieścią" na dworze Leopol-
da I, a 3 sierpnia cesarz pisał do Jana III: ,,Grato sinceroque ani-
mi sensu hanc auxiliorum promptitudinem non ex percussi tan-
tum foederis ratione, sed Serenitatis Yestrae propriae propensio
nis erga nos fortunasque nostras beneyolo affectu provenientem
amplectamur."2 12 sierpnia wenecki ambasador Contarini rapor-
tuje: cała nadzieja cesarskiego dworu wiąże się z Sobieskim, "so-
liło a vincere e deprimere ii barbaro orgoglio".3
Leopold I z pewnością pragnął zamanifestować wyrażoną w
liście do Sobieskiego wdzięczność jakimś szczególnym względem,
jednakże przy bezpośrednim kontakcie, pomijając już wszystkie
intrygi i złośliwości, dała znać o sobie owa "incompatibilite d'hu-
meur"4 między Wiedniem i Warszawą, której obawiał się w swo-
im raporcie do kardynała-sekretarza stanu z 26 sierpnia mądry
Pallavicini. Zapewnione Janowi III owe "grandi honori", ,,buon
trattamento"5 Polaków, przynajmniej na wyższych stanowiskach
austriackiej administracji, zostały zachowane; a mimo to już przy
pierwszym zetknięciu, by nie powiedzieć pierwszym starciu, po-
leciały iskry. Hrabią Schaffgotsch, witając króla, przekazał pismo,
w którym cesarz jeszcze raz mówił o swej "dovuta riconoscenza".*
Sobieski wyłowił jednak ze słów austriackiego kawalera tylko
"des conseils ou plutót des impertinences de leur cour".7 Musimy
oczywiście tu dorzucić, że Schaffgotsch został przedtem zaopatrzo-
ny przez nadworną radę wojenną w dokładną instrukcję zacho-
wania się wobec króla i że ten zbiurokratyzowany hrabia nie ob-
1 dodał otuchy ludziom zgnębionym obecnymi nieszczęściami.
2 Wdzięcznym i szczerym sercem wysoko cenimy tę gotowość [dostarcze-
nia] posiłków, wynikającą nie tylko z pilnej potrzeby, przewidzianej przy-
mierzem, lecz także z życzliwej skłonności i usposobienia Waszej Jasności
ku nam i z niepowodzeń, jakie nas spotkały.
3 przywykłym do pokonywania i tłumienia barbarzyńskiej pychy.
4 niezgodność charakterów
5 wielkie zaszczyty, dobre traktowanie
6 należnym uznaniu.
' rady lub raczej impertynencje tamtejszego dworu.
Wyprawa pod Wźedeń
chodził się tak dowolnie z tego rodzaju instrukcjami, jak mógł to
czynić książę lotaryński.
Ileż by to się dopiero musiało namnożyć urazów, gdyby cesarz
posłuchał namowy swoich ministrów i udał się do kwatery gław-
nej! Strattmann i Kónigsegg, Hermann von Baden i Sinelli, któ-
-rym Jan III tak przedtem, jak i potem tkwił jak cierń w krótko-
wzrocznym oku, urabiali Leopolda I bez przerwy. Ten sumienny
monarcha przeżywał tygodnie najgłębszej psychicznej opresji.
Było mu przykro, że jest z dala od pola bitwy, na którym wal-
czono o los jego rezydencji; następnie wierzył, w swej skromności
nie robiąc sobie złudzeń co do swoich militarnych uzdolnień, że
mógłby być pożyteczny jako arbiter- pośród tak wielu książąt, gdy-
by wybuchły owe nieuniknione w czasach baroku sprzeczki z po-
wodu ceremoniału. Jednak czuł też, że musiałby ciążyć Sobieskie-
mu: już choćby dlatego, iż wówczas nominalne dowództwo przy-
padłoby cesarzowi. Tak więc wahał się Leopold ze swoją decyzją
dzień w dzień, trzy tygodnie z górą: "jechać, nie jechać?"
25 sierpnia kamaryla skłania go do tego, by opuścił Pasawę :
pojechał statkiem na razie przynajmniej do Linzu. Władca powia-
damia o tym listownie znajdującego-się już w drodze do Austri
''ojca Marka d'Aviano. Następnego dnia budzą się znowu skrupu-
ły i Leopold I pyta swego zaufanego, Waldecka, czy cesarski
obecność w obozie rzeczywiście jest konieczna, czy też tylko ko
rzystna. Na całe szczęście dla chrześcijaństwa ojciec Marco jes
teraz już na miejscu i udaje mu się to, w czym nawet Buonvisie
mu'by się nie poszczęściło. Nadworna rada wojenna wysył
3 września, jeszcze we właściwym terminie, wiadomość do Schaff
gotscha, że naczelne dowództwo należy się Janowi III i że cesar
nie pociągnie w pole. Tak więc w Stetteldorfie na radzie wojen
nej wszystko idzie jak po sznurku.
Sobieski przewodniczył. Jego poczucie własnej godności miał
zadośćuczynienie, że jak "władca świata i jak mistrz nad mistrzs
mi przewodził jako arbiter w radzie tak wielu wodzów zebrs
nych tu armii". Wraz z królem zasiadali obaj elektorzy^ bawarsi
i saski, cesarski generał-lejtnant książę Karol lotaryński, mai
grabią badeński i książę von Waldeck. Prócz tego czołówka cesai
skiej generalicji i polscy hetmani. Dwa plany były brane pod ro;
wagę: oswobadzać Wiedeń od południa czy poprowadzić nata:
cię ze wzgórz Lasu Wiedeńskiego. Inne projekty, jak szczególn
broniony wcześniej przez austriackich generałów plan napaści i
tureckie tyły pod Preszburgiem, były już teraz nie do zrealiz
14 - Jan Sobieski
210 Rozdział 10
wania, gdyż sprzymierzone armie stały w Niecce Tullneńskiej,
a krytyczna sytuacja Wiednia nie pozwalała na długotrwałe ma-
newry oskrzydlające. Z tego powodu zrezygnowano również z nę-
cącego pomysłu odrzucenia nieprzyjaciela w kierunku północnym
na Dunaj i przez to wystawienia go na całkowitą zagładę. Zanim
bowiem zakończono by trudny marsz w półkolu, stolicę zajęliby
osmańscy żołnierze.
Sobieski, jak sobie przypominamy, już wcześniej uzgodnił z
Lotaryńczykiem plan działań wojennych. Po spotkaniu w Ober-
hollabrunn książę Karol pozyskał również Waldecka, a ten do-
prowadził przewodniczącego cesarskiej rady wojennej do tego, by
się nie sprzeciwiał marszowi przez góry i atakowi z północy, zre-
zygnował zaś z własnego planu ze względu na zbyt czasochłonną
drogę okrężną aż do pogranicza z Węgrami. Zebrani w Stettel-
dorfie książęta i generałowie rozeszli się w najlepszej zgodzie,
,,quos omnes Rex admiratione sua implevit ipsoque Regio vultu
et alacritate ad ulteriores labores accendit".1 Następnego dnia
zamknął się Sobieski wraz ze swoimi najbliższymi współpracowni-
kami, aby podyktować dyspozycje do bitwy. Nic nie jest bar-
dziej błędne niż twierdzenie, że władca traktował swoje zadanie
tylko reprezentacyjnie. Monarcha siedział cały dzień nad mapami,
rozważał swoje rozporządzenia, rozmawiał też swobodnie i niewy-
muszenie z innymi wodzami, przede wszystkim z Lotaryńczy-
kiem, z którym się doskonale rozumiał. Tak, zdaje się, że Sobie-
ski solidnie się przepracował, bowiem zawładnęła nim jego czę-
sta dolegliwość, uporczywa migrena, i tylko z wielkim samozapar-
ciem ukończył plan bitwy, mistrzowskie dzieło twórczej fantazji
wodza. <
Tymczasem jednak ponownie ożywające uszczypliwości dwor-
skich pochlebców i biurokratów o mało nie wyprowadziłyby z-
równowagi tego subtelnie unerwionego artysty, który tylko wów-
czas był zdolny do najwyższych dokonań, kiedy nic nie zakłóca-
ło jego nastroju. Marco d'Aviano, po przybyciu do Sobieskiego,
nie miał nic pilniejszego do roboty, niż natychmiast błagalnie
ostrzec Leopolda I przed dalszą podróżą, albowiem inaczej król
by się rozgniewał. Ta prośba z 5 września nie powstrzymała bi-
skupa Sinellegd i najwyższego ochmistrza dworu, księcia Dietrich-
steina, od nalegań na okazującego na to mało chęci cesarza, aby
1 których król napełnił podziwem dla siebie swym królewskim wyglądem
;i wzniecił zapał do największych trudów
'Wyprawa pod Wżedelt
pojechał do kwatery głównej. Hrabia Sohaffgotsch, komisarz au-
striacki przy królu polskim, otrzymał 7 września polecenie, żeb^
przekazać Sobieskiemu radosną wiadomość, iż Leopold chce przy-
być następnego dnia do armii i należy mieć nadzieję, iż Janowi II:
będzie to odpowiadać. Efekt był, jak oczekiwano, druzgocący
Schaffgotsch wysłał natychmiast posłańca z radą, by cesarz ra'
czej się nie śpieszył, gdyż mogłoby to przeszkodzić operacjorr
wojskowym. Leopold, który ósmego wyruszył z Linzu, już v
Durnstein tego żałował. Informacja od Schaffgotscha zmusiła g>
do natychmiastowego zatrzymania się. Pozostał tam u stóp zamku
w którym niegdyś Ryszard Lwie Serce marniał w więzieniu,
czekał cierpliwie, czy go też jakiś poseł nie wybawi z tego mimo
wolnego aresztu na ,,dożywotnim okręcie". Dworacy nie bardz'
mogli zrozumieć; co ich władcę ukąsiło. Ten dobry książę pragną
przecież tylko, jak sam pisał do Marka d'Aviano, żeby odsiec
Wiednia przez przybycie Najjaśniejszej Osoby nie doznała szko
dy: ,,Voglio e desidero che neppure un memento si perda pe:
questo rispetto in dare ii soccorso a Vienna,"1
Dzięki nieobecności Leopolda na placu boju, podczas dni te
rozstrzygającej o losie chrześcijaństwa walki panowało bezchmur
ne niebo zgody. Tak więc nie mamy nic do opowiedzenia o intry
gach czy politycznych finezjach, przynajmniej aż do czasu zwy
cięstwa; teraz oręż miał głos. W czasie od 4 do 6 września wojsk
dokonało przeprawy przez świeżo sporządzony most na Dunaj
pod Tulln. Turcy, co wydaje się dziwne, nie uczynili żadnej prc
by, by przeszkodzić przeciwnikowi w przejściu na drugi brze;
Wieczorem, 7 września, wojska cesarskie, Rzeszy i Polacy byli gc
towi do marszu na Wiedeń. Następny poranek ujrzał podniósł
scenę, której miejsce umieszcza się błędnie na Kahienbergu: o
ciec Marco odprawiał mszę, przy której ministrantem był Sobif
ski. Król i katoliccy książęta przyjęli komunię z rąk kapucyn
Ów rozpalił modlących kazaniem trafiającym do każdego serc
"Prawdziwie to jest człowiek złączony z Panem Bogiem, nie pn
stak i nie żaden bigot." Tymi słowy określił Jan III wrażeni
które ów legat w mnisim habicie wywarł na książętach.
9 września wojsko dotarło do wzgórz Lasu Wiedeńskiego: pr,
we skrzydło - Polacy - pod Kónigstetten; środek - wojsi
Rzeszy - pod St. Andra; i lewe skrzydło - cesarscy, pośrc
1 Chcę i życzę sobie, aby z tego powodu nie stracono ani chwili w ni
sieniu pomocy Wiedniowi.
212 Rozdział 20
których znajdował się korpus Hieronima Lubomirskiego - pod
Greifenstein. Tego dnia zebrano się na ostatnią naradę wojenną
w Tulln. Między Sobieskim i Lotaryńczykiem panowało jak zwy-
kle najgłębsze porozumienie. "II en use fort bien avec moi, c'est
un honnete homme et ii entend le metier de la guerre plus que
les autres"1 - chwali król cesarskiego generała-lejtnanta. Zno-
wu dzień męczącego marszu po drogach jak na złamanie karku.
Następnie armia obsadza linię Kirchbach-Kierling-Klosterneuburg.
Generał Heissier stoi na Kahienbergu, jeden z oddziałów wspina
się na Leopoidsberg. Sobieski nocuje pod dębem. Przedtem naka-
zał wskazać sygnałami świetlnymi oblężonym wiedeńczykom,
gdzie znajduje się odsiecz.
1 Jest ze mną w dobrej komitywie, to człowiek z towarzystwa i zna się
na rzemiośle wojennym lepiej niż inni.