ďťż

Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


9






























UCIECZKA PRZED SYBIREM

(Wspomnienia Ireny Telickiej)

- 17 września 1939 r. - dzień grozy, kiedy to sowieckie samoloty przelatywały ze
wschodu na zachód. Obserwowaliśmy to, stojąc na podwórku. Obok naszego domu
przebiegał trakt, którym następnego ranka maszerowały kompanie sowieckich
żołnierzy. Całą rodzinę ogarnął lęk i ogromny niepokój. Był on uzasadniony, bo w
nocy obudził nas brzęk wybijanych szyb w krużganku obok drzwi wejściowych do
naszego domu i gromki okrzyk żołnierzy. - Adkroj!
Żołnierze zachowywali się agresywnie. Ojciec doskonale znał język rosyjski, więc
w stosunku do nas nie zachowywali się groźnie. Ale zdarzyło się, że jeden z nich
uderzył go kolba w twarz wrzeszcząc: "Ty kułak adoj auruzje! Ja z mamą w takiej
sytuacji odsunęłyśmy się w kąt kuchni. Czekałyśmy w wielkim przerażeniu, że
zaraz nas wszystkich zaczną maltretować, albo wystrzelają.
Ojciec miał dwie dubeltówki. Jedną jednak oddał jeszcze przed wkroczeniem wojsk
radzieckich i uzyskał zaświadczenie, że jej nie ma. Okazywał się nim przed
okupantem, że nie posiada już żadnej broni. Sowieccy żołdacy zaraz zabrali nam
konie, świnie, rower i ojcu zegarek. Przerażeni ich zachowaniem nie nocowaliśmy
w domu. Obawialiśmy się pogróżek kierowanych pod adresem ojca, że jest kułakiem.
Jesień była długa i ciepła, tak, że do listopada nocowaliśmy w ziemniakach lub w
kukurydzy. Cały listopad spędziliśmy w ziemiance. Budowaliśmy ja kilka nocy.
Zima była mroźna i ciężka do przeżycia. W obawie przed wywiezieniem czy
aresztowaniem ojciec załatwił mieszkanie na noclegi dla całej rodziny u
znajomego Ukraińca - Kołonika...
Była to komórka dobudowana do stodoły. Cały czas musieliśmy być czujni. Tata
natychmiast wszedł w kontakt z zaprzyjaźnionym enakwidzistą. Za to, że miał
powiedzieć o tym, czy będziemy aresztowani i wywiezieni na Sybir otrzymał
wszystkie ruble, które były utargowane za piękna holenderskiej rasy krowę.
Pewnej szatańsko mroźnej nocy usłyszeliśmy warkot samochodu, który podjechał pod
nasz dom...
Na szczęście nas tam nie było. Choć nas nie zabrano, to i tak byliśmy skazani na
poniewierkę i prześladowania. Znajomy enkawudzista powiedział ojcu krótko: - Ty
odsiuda udiraj!. Wyprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy. Załatwione było to wśród
znajomych ojca w nocy lub wcześnie rano. Jedliśmy jedynie dwa razy dziennie. I
tylko jedynie chleb i mleko. Za dnia nie wychodziliśmy z szopy. Klepisko za
stodołą było jedynym naszym wybiegiem. Mogliśmy się na nim trochę rozgrzać.
Niska temperatura bardzo nam dokuczała. Ukrainiec zabraniał nam wychodzić na
podwórko. W ciągłym strachu i zimnie doczekaliśmy w końcu wiosny...
Pewnego dnia ojciec dowiedział się, że we Włodzimierzu jest komisja niemiecko -
sowiecka i Niemcy przyjmują polskich uciekinierów. I tak pewnego wieczoru
zabraliśmy walizki i wynajętym samochodem pod osłoną nocy tam pojechaliśmy.
Szczęśliwie wysiedliśmy przed kościołem parafialnym. Posiedzieliśmy pod murem
do rana. Polaków - uciekinierów było bardzo dużo. Czekaliśmy. Spaliśmy gdzie
popadło.
Ojciec niezwłocznie zgłosił się do wspomnianej komisji, która miała zdecydować o
legalnym przekroczeniu granicy na Bugu. Każdemu zgłaszającemu się sowieci
zabierali wszelkie dokumenty. Czekających nas było ponad 7 tysięcy. W lipcu
skończyło się nasze oczekiwanie, gdyż z powodu nieporozumień z okupantami
komisja została rozwiązana. Po tym wydarzeniu zaraz następnego dnia na bocznym
torze stacji został podstawiony duży skład wagonów...
Ja siostrą Leokadią poszłyśmy tam sprawdzić czy rzeczywiście jest prawdą to, co
o tym pociągu opowiadał nam ojciec. Spotykałyśmy go jak namawiał znajomych do
szybkiego wyjazdu z Włodzimierza. Nikt nie chciał uwierzyć, że wielkie
niebezpieczeństwo wisi na włosku. Nie spodziewaliśmy się, że już w najbliższą
noc sowieci otoczą miasto. Ojciec nie czekając na to wynajął kierowcę, który
samochodem ciężarowym przewiózł nas bez jakichkolwiek dokumentów do Łucka. Gdy
tylko tam dojechaliśmy, ojciec wynajął wóz konny i woźnicę, który przewiózł na
do Dubna. Tam dobry przyjaciel Czech przechował nas dwa dni. Po przekupieniu
enkawudzisty ojciec usłyszał od niego: - Udiraj skoro! Kto niebut tiebia srazu
rozponajet wsiech arestujut!
Nie zastanawiając się wyjechaliśmy, wystraszeni, wozem konnym do Krzemieńca.
Stąd pod osłoną nocy, biorąc cały bagaż na plecy i buty w ręce, żeby się nie
rozleciały, poszliśmy prosto na wschód do Koteburga. Szliśmy tak 20 km.
Doszliśmy w końcu do wsi Pinki, w której przed wojną ojciec był właścicielem 50
- hektarowego gospodarstwa rolnego. Na miejscu okazało się, że wszyscy Polacy,
oprócz stryja, zostali wywiezieni na Sybir. Ta wiadomość bardzo nas
zaniepokoiła. Tym bardziej, że w pobliskiej wiosce urzędowali żołnierze.
Sąsiedzi stryja okazywali nam jawną wrogość.
Te nie sprzyjające warunki zdopingowały nas do zrobienia lepianki. Wchodziliśmy
do niej zawsze na noc. Do końca lata i nawet jesienią żywiliśmy się jedynie
owocami leśnymi i grzybami, które zbieraliśmy rankiem w pobliskim lesie. Przed
głodem w zimie uratował nas ogromny urodzaj na nie. Jednakowoż jedliśmy tylko
dwa razy dziennie. Musieliśmy także liczyć jednie na siebie, bo rodzina stryja
była dość liczna...
W ciągłym strachu i lęku, w chłodzie i niedostatku doczekaliśmy w końcu wiosny.
Kiedy stajały śniegi i słońce zaczęło przygrzewać, ojciec pojechał do Dubna,
ażeby wybadać sytuację i przeprowadzić wywiad z odpowiednimi osobami. Po kilku
dniach wrócił oznajmiając, że już w niedługim czasie wrócimy na swoje i skończy
się nasza poniewierka. Wróciliśmy do Dubna 21 czerwca 1941 r. Zamieszkaliśmy w
wynajętym domu. Choć nie było w nim okien i pieca, to cieszyliśmy się, że już
jesteśmy wolni od strachu...

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •