Blog literacki, portal erotyczny - seks i humor nie z tej ziemi


15






























Rozdział III
Na morzu
Delfin posiadał dobr± załogę – nie marynarzy do walki, marynarzy do abordażu[33]
lecz ludzi dobrze obsługuj±cych statek. Nie potrzeba było lepszych. Wszystkie te
zuchy to byli ludzie zdeterminowani i wszyscy mniej lub więcej byli kupcami.
Ludzie ci biegali nie tyle za sław± ile za zyskiem. Nie obchodziła ich ani bandera
pod jak± pływaj±, ani barwy których mieli bronić strzałami armatnimi. Zreszt±
cał± artylerię parowca stanowiły dwa małe działka, zdatne jedynie do dawania
sygnałów.
Delfin płyn±ł szybko, potwierdzaj±c nadzieje budowniczych oraz kapitana i
wkrótce znalazł się poza granicami wód brytyjskich. Do tej pory nie spotkał
żadnego okrętu; szeroka droga oceanu była całkowicie wolna. Zreszt± żaden okręt
marynarki federalnej nie miał prawa atakować go, płyn±cego pod flag± angielsk±;
mógł jedynie płyn±ć za nim i zniszczyć go w chwili przerwania linii blokady.
Także James Playfair pokładał cał± nadzieję w szybko¶ci swego statku, wła¶nie
żeby nie być schwytanym.
Na wszelki wypadek jednak miano się na baczno¶ci. Pomimo zimna, zawsze
jeden z majtków znajdował się w bocianim gnieĽdzie,[34] by zawczasu dać znać o
najmniejszym żaglu pojawiaj±cym się na horyzoncie.
Gdy nadszedł wieczór, kapitan James przekazał szczegółowe polecenia panu
Mathew.
– Nie pozostawiaj długo wachtowych[35] w bocianim gnieĽdzie – powiedział. –
Może ich opanować zimno, a nie ma dobrego pilnowania w takiej sytuacji.
Zmieniaj często swoich ludzi.
– Zrozumiałem, kapitanie – odpowiedział pan Mathew.
– Polecam panu do tej służby Crockstona. Ten chwat twierdzi, że ma wspaniały
wzrok – poddamy go próbie. Wł±cz go do wachty rannej, w czasie mgieł
porannych. Gdyby zaszło co¶ nowego proszę mnie powiadomić.
To powiedziawszy, James Playfair poszedł do swej kajuty. Pan Mathew kazał
zawołać Crockstona i przekazał mu rozkazy kapitana.
– Jutro o godzinie szóstej rano – powiedział – udasz się na swój posterunek
obserwacyjny na fokmaszcie.[36]
Crockston zamiast odpowiedzi zamruczał niby twierdz±co, ale zaledwie pan
Mathew odwrócił się plecami, marynarz wypowiedział kilka niezrozumiałych
słów, a w końcu zawołał:
– Co, u diabła, miał na my¶li z tym fokmasztem?!
W tej chwili zjawił się na przednim pomo¶cie jego bratanek, John Stiggs.
– No i jak, mój dzielny Crockstonie? – zapytał.
– No i jak? Jako¶ idzie! Jako¶ idzie! – odpowiedział zapytany z wymuszonym
u¶miechem. – To tylko nieszczę¶cie, iż przeklęty parowiec otrz±sa swoje pchły
jak pies, który wylazł z wody i dlatego robi mi się trochę niedobrze.
– Biedny przyjacielu! – powiedział uczeń, spogl±daj±c na Crockstona z
wyrazem żywej wdzięczno¶ci.
– Gdy pomy¶lę – odparł marynarz – że w moim wieku dopadła mnie morska
choroba! Jaka ze mnie baba! Ale to minie, to minie… Sprawia mi także kłopot ten
fokmaszt.
– Drogi Crockstonie!… I to wszystko dla mnie!…
– Dla ciebie i dla niego – odpowiedział Crockston. – Ale nie mówmy o tym.
Miejmy nadzieję, że Bóg nas nie opu¶ci.
Po tych słowach John Stiggs i Crockston powrócili do kubryku;[37] marynarz nie
zasn±ł wcze¶niej dopóki nie zobaczył młodego ucznia spokojnie ¶pi±cego w
w±skiej kabinie, dla nich przeznaczonej.
Na drugi dzień Crockston wstał o godzinie szóstej poszedł na pokład, by udać
się na swój posterunek. Zastępca kazał mu wspi±ć się na bocianie gniazdo i pilnie
na wszystko uważać.
Po tych słowach marynarz wydawał się zakłopotany, następnie podj±wszy
decyzję skierował się na tyln± czę¶ć Delfina.
– Dok±d idziesz? – krzykn±ł pan Mathew.
– Tam, gdzie mnie pan posyła – odpowiedział Crockston.
– Kazałem ci i¶ć na fokmaszt!
– Ech, przecież tam idę – odpowiedział najspokojniej Crockston i kontynuował
swoj± drogę w kierunku rufówki.
– Drwisz sobie ze mnie? – zawołał zniecierpliwiony pan Mathew. – Idziesz
szukać bocianiego gniazda na bezanmaszcie?[38] Wygl±dasz jak cockney,[39] który
ledwo zna się na splataniu sznurków a nie na wykonaniu olinowania. Na jakiej to
łajbie[40] uczyłe¶ się żeglarstwa, przyjacielu? Na fokmaszt, idioto, na fokmaszt!
Marynarze, którzy przybiegli na słowa pierwszego oficera nie mogli
powstrzymać wielkiego wybuchu ¶miechu, widz±c zbitego z tropu Crockstona,
który powracał w kierunku przedniego mostka.
– Jak to – powiedział, uważnie ogl±daj±c maszt, którego wierzchołek
całkowicie zakrywały poranne mgły. – Jak to, mam się wdrapać tam wysoko?
– Tak – stwierdził pan Mathew – i spiesz się! Na ¦więtego Patrycka, okręt
federalny miałby czas wbić swój bukszpryt[41] w nasze olinowanie na dziobie,
zanim ten próżniak dojdzie na swoje miejsce. Pójdziesz już w końcu?!
Crockston nie powiedziawszy ani słowa, z trudno¶ci± wdrapał się na reję,[42]
następnie zacz±ł wspinać się po wyblinkach,[43] z oznakami niezręczno¶ci jak
człowiek, który nie wie do czego służ± ręce i nogi; dotarłszy do marsa[44] i
rzuciwszy dookoła wzrokiem zamarł w bezruchu, uczepiwszy się olinowania z
sił± człowieka doznaj±cego zawrotu głowy. Mathew, zdumiony tak±
niezręczno¶ci±, czuj±c ogarniaj±cy go gniew, kazał zej¶ć mu natychmiast na
pokład.
– Ten człowiek – powiedział do bosmana – nigdy w swoim życiu nie był
marynarzem. Johnston, idĽ zobaczyć co on ma w swojej walizie.
Bosman natychmiast poszedł do pomieszczenia załogi. Przez ten czas
Crockston złaził z trudno¶ci±, lecz nog± zaczepił o olinowanie i upadł ciężko na
pokład.
– Niedołęga! Dubeltowe bydlę! Marynarz słodkich wód! – zawołał pan Mathew
na pocieszenie. – Czego szukasz na pokładzie Delfina? Mówiłe¶, że jeste¶
wytrawnym marynarzem, a nie umiesz odróżnić bezanmasztu od fokmasztu.
Dobrze więc, trochę pogadamy ze sob±!
Crockston nie odpowiadał. Pochylił plecy, jak człowiek na wszystko
przygotowany. W tej chwili powrócił na pokład bosman.
– Oto wszystko, co znalazłem w walizie tego wie¶niaka – powiedział do
pierwszego oficera. – Jeden podejrzany portfel z listami.
– Daj go tu! – powiedział pan Mathew. – Listy ze stemplem Stanów
Zjednoczonych Północy! “Pan Halliburtt z Bostonu.”! Abolicjonista! Federalista!
Nędzniku! Jeste¶ szpiegiem! Zakradłe¶ się na statek, by nas spokojnie zdradzić!
Twoja sprawa jest załatwiona! Poznasz pazury dziewięcioogonowego kota.[45]
– Bosmanie, proszę zawiadomić kapitana. Pozostali pilnować tego łajdaka!
Crockston, słuchaj±c takich komplementów, miał minę starego diabła.
Tymczasem przywi±zano go do kabestanu[46] tak, że nie mógł ruszyć ani ręk± ani
nog±.
Kilka minut póĽniej James Playfair wyszedł ze swej kajuty i skierował się na
przedni pomost. Jednocze¶nie Mathew przedstawił mu dokładnie cał± sprawę.
– Co na to odpowiesz? – zapytał kapitan, z trudno¶ci± hamuj±c gniew.
– Nic – odpowiedział Crockston.
– Czego szukasz na moim statku?
– Niczego.
– Czego się teraz spodziewasz?
– Niczego.
– Kim jeste¶? Amerykaninem, jak na to wskazuj± listy?
Crockston nie odpowiedział.
– Bosmanie – powiedział James Playfair – pięćdziesi±t uderzeń dyscyplin±
temu człowiekowi dla rozwi±zania języka. Będziesz zadowolony, Crockstonie?
– Zobaczy się – odpowiedział, nie mrugn±wszy okiem, stryj nowicjusza Johna
Stiggsa.
– Ruszcie się! – krzykn±ł bosman.
Na ten rozkaz dwóch silnych majtków zdjęło z Crockstona wełnian± bluzę i już
straszliwe narzędzie miało spa¶ć na jego plecy, gdy wtem John Stiggs, blady i
przygnębiony wpadł na pokład.
– Kapitanie! – krzykn±ł.
– A, synowiec! – powiedział James Playfair.
– Kapitanie – powiedział chłopiec, czyni±c wielki wysiłek – to, czego
Crockston nie chciał powiedzieć to powiem ja! Niczego nie zataję ani nie ukryję!
Tak, Crockston jest Amerykaninem i ja jestem nim także. Jeste¶my wrogami
zwolenników niewolnictwa lecz nie mamy złych zamiarów aby zdradzić Delfina i
wydać go statkom federalnym.
– Co chcieli¶cie tutaj robić? – zapytał kapitan ostrym tonem, z uwag± wpatruj±c
się w nowicjusza.
Ten przez chwilę zdawał się wahać, potem głosem do¶ć stanowczym
powiedział:
– Kapitanie, chciałbym pomówić z panem na osobno¶ci.
Podczas gdy John Stiggs przedstawiał tę pro¶bę, James Playfair nie przestał
przypatrywać się mu z uwag±. Młoda i łagodna twarz nowicjusza, głos wyj±tkowo
sympatyczny, jego białe i delikatne ręce całkowicie ukryte pod br±zow± warstw±,
wielkie oczy, których słodyczy nie zdołało zatrzeć wzruszenie, wszystko to razem
zrodziło dziwny domysł w umy¶le kapitana. Kiedy John Stiggs przedstawiał
swoj± pro¶bę Playfair uważnie patrzał na Crockstona, który wzruszył ramionami;
następnie popatrzył na chłopca okrętowego pytaj±cym wzrokiem, którego ten nie
mógł wytrzymać i rzekł jedno słowo:
– ChodĽ!
John Stiggs poszedł za kapitanem na rufówkę; tam, James Playfair otwieraj±c
drzwi swojej kajuty, powiedział do nowicjusza, którego policzki były blade z
emocji:
– Proszę uprzejmie, niech pani wejdzie.
Na te słowa John zarumienił się i dwie łzy mimo woli stoczyły mu się po
twarzy.
– Niech się pani uspokoi – rzekł James Playfair łagodniejszym tonem – i zechce
mi wytłumaczyć, z jakiego powodu mam honor widzieć pani± na moim statku?
Młoda dziewczyna wstrzymała się chwilę z odpowiedzi±, następnie zachęcona
spojrzeniem kapitana zdecydowała się mówić.
– Panie – powiedziała – chcę poł±czyć się z moim ojcem w Charleston. Ale
miasto to jest otoczone od strony l±du i blokowane od morza. Nie wiedziałam jak
się tam dostać, kiedy dowiedziałam się, że Delfin zamierza przerwać blokadę.
Postarałam się załatwić miejsce na pańskim statku i proszę mi wybaczyć, że
post±piłam bez pańskiej zgody. Pan odmówiłby mi z pewno¶ci±.
– Oczywi¶cie – powiedział James Playfair.
– Dobrze zatem stało się, że pana o to nie prosiłam – odpowiedziała młoda
dziewczyna stanowczym głosem.
Kapitan skrzyżował ramiona, przeszedł się po kajucie, następnie zawrócił.
– Jak się pani nazywa? – spytał.
– Jenny Halliburtt.
– Jak widziałem z adresów na listach znalezionych przy Crockstonie, pani
ojciec jest z Bostonu.
– Tak, panie kapitanie.
– I ten człowiek Północy znajduje się w mie¶cie Południa, po¶ród gwałtownych
walk w Stanach Zjednoczonych?
– Mój ojciec jest uwięziony. Znajdował się na pocz±tku wojny w Charleston,
kiedy wojska Unii zostały wypędzone przez Konfederatów z Fortu Sumter.[47]
Przekonania mego ojca wywołały wrogo¶ć partii zwolenników niewolnictwa i
został uwięziony z rozkazu generała Beauregarda. Byłam wtedy w Anglii u jednej
krewnej, która zmarła. Zostawszy sama, bez nikogo oprócz wiernego sługi
rodziny, Crockstona, postanowiłam powrócić do ojca i z nim dzielić więzienie.
– Kim jest pan Halliburtt? – spytał James Playfair.
– Prawym i dzielnym dziennikarzem – odpowiedziała z pewn± dum± Jenny. –
Jednym z najszacowniejszych redaktorów dziennika Tribune i jednym z
najodważniejszych obrońców spraw Czarnych.
– Abolicjonista! – zawołał gwałtownie kapitan. – Jeden z tych ludzi, którzy pod
pozorem zniesienia niewolnictwa, krwi± własny kraj zalali!
– Panie – rzekła Jenny Halliburtt, bledn±c – obrażasz mego ojca. Nie
zapominaj, że tutaj ja tylko jedna pozostaję mu do obrony.
Żywy rumieniec wyst±pił na twarz kapitana. Być może, iż pocz±tkowo
zamierzał ostro odpowiedzieć młodej kobiecie ale po chwili pohamował się i
otwieraj±c drzwi kajuty, zawołał:
– Bosman!
Bosman stawił się na rozkaz.
– Ta kajuta od dzisiejszego dnia należeć będzie do panny Jenny Halliburtt. Dla
mnie przygotować hamak w głębi rufówki. Nic więcej nie potrzebuję.
Bosman spogl±dał zdumionym wzrokiem na chłopca okrętowego, którego
nazwano pann±, lecz na znak kapitana oddalił się.
– Teraz jeste¶ pani u siebie – powiedział młody dowódca Delfina i wyszedł.

KONIEC ROZDZIAŁU
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • qualintaka.pev.pl
  •